XV Bieg Rzeźnika, czyli Wałbrzyski Sen Sołtysa

Autor: • 15 czerwca 2018 • AsfaltowoKomentarzy (0)1651

Matkoboskoblogersko, ależ mi się zaległych wpisów nazbierało. Harpagan, Rudawska Wyrypa i DYMNo, czyli trzy pucharowe pięćdziesiątki na orientację, z których każda zasługuje na osobną historię, bo działo się dużo. W końcu przysiądę do nich, obiecuję. Ale zanim to – czas na Bieg Rzeźnika. Po raz czwarty pojechałem w Bieszczady, żeby się sponiewierać. I to był zacny czas.

Wałbrzyski Sen Sołtysa

2012 rok. Mój pierwszy Bieg Rzeźnika. Moim partnerem jest Jędrzej, którego poznałem dopiero w Cisnej podczas odbiorów pakietów.

2013 rok. Mój drugi Bieg Rzeźnika. Moim partnerem jest dobry ziomek z Poznania, Seweryn. To był ostatni raz, kiedy biegłem starą trasą po połoninach.

2016 rok. Mój trzeci Bieg Rzeźnika. Moim partnerem jest Paweł, nierodzony brat, przyjaciel, ślubny świadek, dupeczka. Mieliśmy pocisnąć, a zarzygałem wówczas większość krzaków na trasie.

2018 rok. Mój czwarty Bieg Rzeźnika. Moim partnerem jest Radek

Cel mieliśmy prosty – dobrze się bawić, ukończyć bieg w dobrym zdrowiu i zainkasować 4 punkty ITRA, które są mi potrzebne do kwalifikacji na przyszłoroczny Lavaredo Ultra Trail. Każdy z nas przygotowywał się w inny sposób. Radek, mieszkaniec Wałbrzycha, góry ma pod nosem, więc suma przewyższeń z jego treningów była zacna. Ja, mieszkaniec Otwocka, skupiłem się na startach na 50 kilometrów na orientację. Siłą Radka była siła, moją siłą były wybiegane kilometry i godziny spędzone na trasie.

W Bieszczadach pojawiliśmy się kilka dni wcześniej. Aklimatyzacja musi być – wejście z Hanką na plecach na Połoninę Wetlińską jako rozruch było miłym akcentem. Potem dwa dni laby, zbieranie sił, planowanie taktyki i można było przystąpić do działania. 1 czerwca o 3 nad ranem ja po raz czwarty, a Radek po raz pierwszy ruszyliśmy na trasę Biegu Rzeźnika.

Bo najważniejszy jest plan

Nie lubię pierwszego odcinka. Najpierw start z Komańczy. Bieg w tłumie przez prawie godzinę nie należy do moich ulubionych atrakcji. Później się nieco przerzedza, robi się też widno. Ale i tak dla mnie jest nudno. Jeziora Duszatyńskie nie robią na mnie wrażenia. Podobnie jak lasy między Chryszczatą a Wołosaniem. Choć, przyznaję, w tym roku wschodzące słońce w kolorze rurzu wymieszanego z purpurą mogło się podobać. Ale to wyjątek. Pierwsze 33 kilometry Biegu Rzeźnika są dla mnie czymś, co po prostu trzeba odbębnić. Trzeba to było jednak zrobić z głową.

Wiedziałem, że musimy zacząć wolno. Pomny doświadczeń sprzed dwóch lat, nie mogłem pozwolić na takie przepalenie, jakiego dokonaliśmy z Choińskim. Dość powiedzieć, że w 2016 w Cisnej byliśmy po 3 godzinach i 35 minutach. W tym roku z Radkiem na pierwszym przepaku zameldowaliśmy się w czasie 4:21. Wakacje. Plaża. Relaks. Napieraliśmy równym tempem – bez szarpania, bez przyspieszania, bez ścigania się z kimkolwiek. Do tego Radziulek sumiennie reagował na moje co czterdziestominutowe hasła „żryj paszę” – żel, sól, piciu. Z głową i rozsądnie. Dzięki temu w Cisnej byliśmy w naprawdę świetnym stanie.

Nie ukrywam, że miałem obawy przed dalszymi kilometrami. Wszystko przez dramatyczne dla mnie przeżycia sprzed dwóch lat. Przypomnienie poniżej:

Paweł, przepraszam.—To był najmasakryczniejszy bieg, w jakim brałem udział i najmasakryczniejszy stan, w jakim się…

Opublikowany przez Don't stop me now! – www.marcinkargol.pl 27 maja 2016

Bałem się jak cholera. Tym bardziej, że wówczas byłem paradoksalnie znacznie lepiej przygotowany. Nie mówiłem jednak Radkowi, że myślami jestem dwa kilometry dalej przy jednym z krzaczków na podejściu pod Małe Jasło, kiedy to puściłem pierwszego pawia. W tym temacie odezwałem się do swojego partnera dopiero w miejscu zdarzenia. „O, tu rzygnąłem pierwszy raz dwa lata temu” powiedziałem i z poczuciem ulgi, pobiegłem dalej. Co było dobre to to, że demonizowane i przeze mnie podejście pod Jasło i Okrąglik, nie zrobiło na mnie w tym roku wrażenia. Każda góra to było zadanie. Nie jojczyć, wciągnąć się na szczyt, lecieć dalej.

Pałka zapałka, dwa kije

W tym leceniu od paru kilometrów pomagały mi kije. Matkoboskopodejściowo, cóż to jest za fantastyczny wynalazek. I mimo że ten model miałem w rękach dopiero drugi raz (Deadly Sins DS7 – kliku klik), to miałem wrażenie, że wszedłem z nimi na niejedną górę. Moje ręce nadrabiały to, czego na treningach nie wykonały nogi. Dzięki temu na podejściach nie traciłem do Radka tyle, ile pewnie bym tracił wchodząc bez wsparcia.

To był bieg w dużej mierze w ciszy. Radziulek kontemplował swój pierwszy ultramaraton w sobie. Ja nie chciałem przeszkadzać – ważne, że robiliśmy założoną sobie robotę. Ona zaczęła się jednak nieco komplikować, kiedy zaczęło grzać okołopołudniowe słońce. Zamiast zapowiadanych deszczu i burz, zrobiły się duchota, upał i klejące powietrze.

Nienawidzę biegania w upale. To mnie niszczy. Żeby temu zapobiec, zwalniałem w słońcu. Tak było między innymi na dobiegu do drugiego przepaku w szeroko pojętym pobliżu miejscowości Smerek. Kilka kilometrów szutru, lekko pod górkę, niby w lesie, ale jednak kupa słońca. Tego nie lubimy.

Lubimy za to colę. Ona była jeszcze przed przepakiem w Cisnej – to plus mieszkania tuż przy trasie. Ona była w samej Cisnej. Była też w Smereku. I była już za drugim przepakiem, bo ten życiodajny płyn dostarczyła nam żona moja Magdalena. Łomatulu, ileśmy tego wypili, to nie da się zliczyć. Zapakowaliśmy też litr na drogę i ruszyliśmy do góry.

Dosłownie, bo kilkaset metrów za punktem zaczyna się zajebiste podejście – na kilku kilometrach z ~700 metrów wbijamy się na 1199 m na szczyt Rabiej Skały. Dwa lata temu na tym podejściu płakałem, rzygałem i padałem na ryj w trawę. Co było dziwne, doskonale pamiętałem szczegóły tej wędrówki – wiedziałem, kiedy się lekko wypłaszczy, kiedy się skończy las, kiedy zacznie się dzida pod górę na otwartej przestrzeni.

Foto: Jolanta Błasiak-Wielgus

Kiedy usiedliśmy u góry, otworzyliśmy colę i pomyśleliśmy sobie, że najtrudniejsze podejścia już za nami (stan wiedzy na tamtą chwilę), zrobiło nam się dobrze. Byliśmy zmęczeni, zmaltretowani tymi ponad 53 kilometrami, ale było nam dobrze. Żaden z nas nie zdawał sobie jednak sprawy, że pozostałe 28 km do mety, będziemy pokonywać tylko trzy godziny krócej niż dystans do tej pory. A byliśmy w trasie już blisko 9 godzin…

Ultra zaczyna się po pięćdziesiątce

Nie wspomniałem o jednej ważnej rzeczy. Na około 40. kilometrze usłyszałem od Radka „Chyba będę rzygać”. Zmroziło mi to krew w żyłach i zrodziło w mojej głowie najczarniejsze scenariusze. Włącznie z tym, w którym to ja jestem niczym Choiński dwa lata temu, a Radek jest mną i trwa w agonii przez kilka godzin.

Na szczęście paw był tylko jeden i żaden z nas do końca biegu nie narzekał na żołądek. Narzekaliśmy za to na inne rzeczy. Ja na gorąco, a Radek na problemy ze zbieganiem. Od około 60. kilometra wiele zbiegów pokonywaliśmy tylko truchtając w dół. Co mogliśmy, to nadrabialiśmy na płaskich odcinkach, ale tych nie było jakoś przesadnie wiele. Zresztą i mnie zaczęło boleć – lewy piszczel. Nie bardzo wiedziałem, co to jest – bałem się jakiegoś zmęczeniowego urazu, dlatego i podczas schodzenia zacząłem używać kijków.

Odliczaliśmy też kilometry do kolejnego punktu kontrolnego. Z niecierpliwością wyczekiwaliśmy w chwili, w której drugi raz dzisiaj wbijemy się na Okrąglik, a z niego zbiegniemy już do Roztok. Wiedziałem, że jeśli dotrzemy tam, to dotrzemy i do mety, choćbyśmy mieli się zębami podpierać.

Rozmów między nami już prawie nie było. Były krótkie komunikaty. „Żryj!”. „Jak tam?”. „Kurwa!”. System ten się jednak sprawdzał, każdy z nas był w swoim ultraświecie. Radek poznawał to, co dzieje się powyżej 50. kilometra, bo do tej pory dalej w życiu nie zabiegł. Ja na nowo odkrywałem tę trasę Biegu Rzeźnika, podziwiając to, co przegapiłem dwa lata wcześniej.

Są Roztoki Górne. Biegniemy asfaltem, który ciągnie się w nieskończoność. Widać kupę ludzi na horyzoncie. Docieramy do punktu, jest tam cola, jest jedzenie i przede wszystkim jest zimna woda ze strumienia, którą wolontariusze polewają nam głowy. Tak właściwie, to można było niemalże wziąć prysznic, z czego dwukrotnie skorzystałem. Cóż to była za ulga, ależ to pomogło!

Po 10 minutach odpoczynku doszliśmy do siebie. Z pieśnią na ustach i nadzieją w głowach ruszyliśmy dalej. Mapa i profil trasy zakładały, że musimy się jeszcze wbić na Rosochę i Hyrlatą (na nieco ponad 3 kilometrach 400 metrów do góry), zbiec do Lisznej i stamtąd przez nieznane nam wzniesienie dobiec do Cisnej.

Chwilę po wyjściu z Roztok, ukazało nam się podejście. W pytę strome, w pytę długie. Nie interesował nas dystans, interesowała nas wysokość na poziomiem morza. Do góry. 800. Do góry. 900. Do góry. Ponad 1000. Miejscami się wypłaszczało, a na bliskim horyzoncie rysowały się ścieżki, którymi jeszcze będziemy musieli się wspinać. I wreszcie dotarliśmy do miejsca, w którym mogliśmy powiedzieć, że wyżej już dzisiaj nie będziemy. Hyrlata. Jeszcze tylko moment i meta. Tak to sobie wyobrażałem.

Ten moment był jednak rozciągniety w czasie. Najpierw okropny zbieg do Lisznej. Z ponad tysiąca metrów musieliśmy stracić czterysta. Kamienie, korzenie, błoto. Radek miał dość. Widziałem, jak go boli. Ale też widziałem, jak walczy. Ja też musiałem walczyć, bo piszczel dawał się coraz bardziej we znaki. Bolało.

W pewnym momencie usiadł na poboczu. Wyglądał źle. Czuł się źle. Nie chciał iść, nie chciał biec, chciał leżeć. Rozumiałem go jak jasna cholera. Wyciągnęliśmy zestaw naprawczy składający się z półlitrowej butelki coli. Po paru minutach podnieśliśmy się. Radek poleciał przodem. Poleciał tak, że straciłem go z oczu!

„Zbiegałem i płakałem” powiedział do mnie, kiedy go dogoniłem. „Przecież nie zejdziemy z trasy 6 kilometrów przed metą” – rzucił. Byliśmy w Lisznej. Kilka dni wcześniej byłem tam na przejażdżce z córką. Samochodem do Cisnej jest jakieś 7 minut. Biegiem ze 25. Ile będzie trasą biegu? Bałem się tego.

Fighter z Wałbrzycha

Jak się okazało, bałem się słusznie. Pierwsze metry podejścia były bardzo przyjazne. Po chwili zrobiło się nawet dość płasko. Miałem nadzieję, że może tak fajnie będzie już do mety, głupi ja. Po paru minutach zobaczyliśmy to, co tak mocno straszyło na profilu trasy. Ściana. Pionowa ściana. Nachylenie ze 40%. Wszystkie Jasła czy Rabie Skały, to są jakieś popierdółki, w porównaniu do tej drogi. Działała jednak magia mety. Krok za krokiem, kijek za kijkiem. Do góry. Wyżej!

Ciągnęło się to w nieskończoność. Jak bardzo to było zaskakujące, niech posłużą za przykład smsy do Magdy. „Za kilka minut koniec ostatniego podejścia”. 10 minut później – „Kurwa, jednak nie”. 5 minut później – „Ja jebie!”.

W końcu dotarliśmy do góry. Nie było wyjścia, teraz tylko w dół do czerwonego szlaku, a później już prosto do mety. Ale to też oznaczało, że Radek będzie cierpiał. I faktycznie, bolało go. Walczył, jak lew. Rasowy ultras i rasowy fighter. Z każdym metrem zyskiwał u mnie coraz większy szacunek. Nie chciał pomocy, nie chciał kijków. Chciał ómrzeć. Ale najpierw chciał dobiec do mety.

I zrobił to. Zrobiliśmy to. Kilka stopni w górę, potem parę w dół, mostek i dwieście metrów do końca. Wbiegamy na metę razem, wcześniej robiąc pĄpki. Dookoła żony, dzieci, przyjaciele i znajomi. I my. Rzeźniccy partnerzy, którzy nie dali się upałowi, nie dali się 4 tysiącom metrów przewyższenia, nie dali się 82 kilometrom trasy, nie dali się bolącym mięśniom. Niczemu się nie daliśmy, tylko po ponad 14 godzinach Wałbrzyski Sen Sołtysa przybiegając na metę, zrobił to, po co przyjechał w Bieszczady.

* * *

A Radek Mękal jest przekozakiem, ultrafighterem, ma mocną dupę, jeszcze mocniejszą głowę i wszystkim polecam tego rzeźnikowicza. Na ostatnim zejściu mówił, że to nie dla niego i że pierdoli takie długie bieganie. Ale ja wiem, że jeszcze staniemy razem na starcie jakiegoś dobrego ultra. Radziu, dziękuję!

* * *

Dozgonna też wdzięczność dla żon naszych i całego supportu, który wstawał skoro świt, a potem przemierzał dzikie bieszczadzkie ostępy samochodem, na piechotę i w wózku po to, żeby zobaczyć nas przez 8 minut i wrócić z powrotem do punktu wyjścia. Magda, dziękuję!

* * *

Technikalia.
Buty Inov-8 X-Talon 212 (do kupienia w Natural Born Runners)
Skarpetki Inov-8 All Terrain (do kupienia w Natural Born Runners)
Koszulka Smashing pĄpkins
Spodenki Kalenji
Kije Deadly Sins DS7 (do kupienia w Natural Born Runners)
Zjadłem 11 żeli (do kupienia w Natural Born Runners) i 5 snickersów.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *