Zimowy Ultramaraton Karkonoski. Relacja.

Autor: • 12 marca 2015 • #nbrteam, Blog, Góry, Relacje, Ultra6 komentarzy3835

Czasem jest tak, że smutek z powodu zakończonego biegu pojawia się nie na mecie, ale kilka czy kilkanaście godzin później, kiedy wraca się pół tysiąca kilometrów do domu i okazuje się, że nie ma już Karkonoszy na wyciągnięcie ręki, że nie ma się gdzie wspiąć 1600 metrów nad poziom morza, żeby niemalże dotknąć ręką niesamowicie błękitnego nieba…

Zacznij od Bacha Maca

Zimowy Ultramaraton Karkonoski 2015 rozpoczął się dla mnie w piątek. Wczesnym popołudniem wyruszyliśmy razem z Pawłem i spółką z Warszawy na podbój Karkonoszy. Wszystko zaczęło się od McDonaldsa, gdzie musieliśmy się zjawić ze względu na nasze żony i narzeczone. I psa. Choć jemu chodziło chyba bardziej o frytki. W sumie ze względu na nas, prawdziwym ultrasów, mężczyzn z krwi i kości, też – kanapka drwala czy inny big mac to coś, czego prawdziwi sportowcy nigdy sobie nie odmawiają! Po tym wszystkim nastąpiła długa, bo blisko 500-kilometrowa droga do Karpacza. Z tego miejsca chciałbym podziękować Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad za drogę S8 i proszę o jej szybkie przedłużenie na równi z brakującym odcinkiem autostrady A1. Wtedy na ZUK będzie jeździć się jeszcze lepiej.

Niemniej jednak było cudownie. I podczas drogi, i przed biegiem, i w trakcie biegu, i po biegu, i dzień później. Najlepsi ludzie świata; ci, których kocham całym sercem, zebrali się w stolicy Karkonoszy po to, by pobyć razem. A przy okazji przebiec równie cudowny i najlepszy bieg.

Ciepło, cieplej, gorąco

Pobudka, 4:15. Nieludzka pora. Boli tym bardziej, że dzień wcześniej wstałem o 5. I w czwartek podobnie. Z piątku na sobotę spać poszedłem po północy, więc deficyt snu był znaczny. Podniosłem się z łóżka z trudem. Z niemniejszym trudem próbowałem się spakować i ubrać. Z jednej strony prognozy były dość optymistyczne, z drugiej jednak kilkaset metrów różnicy w wysokości mogło sprawić, że znajdziemy się w innej strefie klimatycznej.

Jakoś udało się zebrać do kupy i w sumie trafiłem z ciuchami. Zestaw ultrakarkonoski na człowieku wyglądał tak: buty Inox-8 X-Talon, spodnie leginsy + Dobsom R-90, bielizna termiczna, bluza z długim rękawem (jednoczęściowa), druga bluza New Line (zapinana) i na to koszulka-bez-której-ten-bieg-nie-byłby-taki-sam, czyli coś z serii KOCHAM KRASUSA! Do tego zestaw zimowy w postaci rękawiczek i buffa. Kiedy wyszedłem z hotelu i przeszedłem 100 metrów do autobusu, stwierdziłem, że jest całkiem ciepło. Po blisko godzinnej jeździe i wysiadce w Jakuszycach byłem absolutnie pewien – jest bardzo ciepło. Nie miałem jednak świadomości, jak bardzo ciepło będzie mi półtorej godziny później.

Gdzie spojrzę, dookoła dżungla śnieg

Start masowy. Punktualnie o siódmej 250 osób ruszyło na podbój Karkonoszy. Ćwierć tysiąca wariatów, którzy jakiś czas wcześniej zapragnęli przelecieć 52 kilometry po najfajniejszych polskich górach, wybiegło na trasę Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego.

Początek szybki. Trochę po śniegu, trochę po asfalcie. Trwało to jakieś 8 minut, bo później wpadliśmy na zielony szlak, prowadzacy na Halę Szrenicką. Szlak, prowadzący w śniegu, którego głębokość wahała się od 5 do 55 centymetrów, w zależności od tego, gdzie postawiło się nogę. Wydeptany przez czołówkę środek szlaku, zapewniał tylko minimalny komfort i stabilność na podejściu. Miejscami nawet tego nie było. Długi wąż biegaczy wspinał się mozolnie przez siedem kilometrów. Biegowa żmija wiła się na zboczu, pokonując kolejne metry w górę i w dół. Anakonda ubrana w obcisłe gacie, dusiła potwora, który zaczął u wielu pojawiać się niezwykle szybko – zadyszka, rwące i palące łydki, ból pleców od ciężkiego plecaka i ciągłego balansowania ciałem.

Na Hali Szrenickiej byłem wymordowany. Spocony jak świnia, zmęczony jak wół i generalnie było fajnie. Ciągle powtarzałem sobie hasło, które przyświecało mi przed tym biegiem: chcę się zniszczyć. Szło mi w tej materii bardzo dobrze. Pit stop ogarnięty i można było ciąć dalej. Śniegu jakby mniej, ale i tak ciężko było złapać odpowiedni biegowy rytm i krok. Wbrew pozorom najprzyjemniejszymi momentami – czyli tymi, gdzie dało się biec z rozsądną prędkością i w miarę komfortowo – były zbiegi, kiedy to nogi zapadały się na kilkanaście/kilkadziesiąt centymetrów w śnieg. Można było wówczas wyłączyć strach, tylko polegać na poduszce, która rozpościerała się pod nogami i w razie upadku zamortyzowałaby naszą twarz lub dupsko. Goniło się w dół mocno. Szczególnie zbieg z Wielkiego Szyszaka, czy też odcinek od spalonego schroniska do Przełęczy Karkonoskiej. To było miodne! Pozwalało też choć na moment przestać myśleć o skurczach, które łapały mnie w mięśniach, o których istnieniu nie miałem pojęcia.

Aby do półmetka

Gdzieś daleko z przodu był Krasus. Uciekł na starcie zaraz za czołówką i tyle go widziałem. Nieco bliżej powinien być Paweł. On natomiast dołożył mi sporo metrów na podejściu do Hali Szrenickiej. Tuż za mną była Kasia z Łyskiem. Wyjście ze schroniska Odrodzenie i dolot do Równi pod Śnieżką był bardzo bolesny. Narzekałem Kasicy. Marudziłem jej. Byłem malkontentem takim, jakiego jeszcze Karkonosze nie widziały. Parłem jednak do przodu. Niedługo przed Śnieżką zobaczyłem znajomy plecak. Po chwili buty też okazały się znajome. Kurde, Choiński!

Paweł wyglądał słabo. Był zniszczony przez chorobę, z którą walczył w całym tygodniu, poprzedzającym ZUK-a. Wyszło to z niego, niestety. Wahał się, walczył – zejść z trasy, czy nie? I ja zacząłem walczyć. Po pierwsze nie chciałem zostawić mojego słoiczego funfla na pastwę losu. Wyrzuty sumienia, gdyby coś się wydarzyło, zjadłyby mnie doszczętnie. Po drugie nie wierzyłem, że uda mi się ukończyć ten bieg w ładny i przyjemy sposób. Gryzłem się w sobie z 15 minut. W Domu Śląskim zjedliśmy zupę, kminiąc, co tu uczynić. Paweł jednak wydał mi wyraźne polecenie: goń. Siedem razy upewniłem się, czy na pewno sobie poradzi. Kiedy nabrałem tej pewności, ruszyłem w dalszą drogę. Wiedziałem, że od Śnieżki będzie już tylko łatwiej, choć do mety i tak zostanie jeszcze wiele kilometrów.

Zakosy. Znam je doskonale. Uwielbiałem wspinać się tą drogą przed remontem szlaku. Kamienne stopnie różnej wysokości był czymś, co lubiłem. Teraz szlak jest wygładzony i droga pod górkę jest trochę przyjemniejsza. Oczywiście mało jest przyjemności we wchodzeniu na 1602 metry nad poziomem morza, mając w nogach blisko 30 kilometrów i ponad 1100 metrów pokonanych w górę. Do tego jeszcze w głowie rywalizacja z Krasusem. W tej kwestii wątpliwości przestałem mieć gdzieś w połowie podejścia – wiedziałem, że to ja będę gotował Wicesłoikowi słoicze jedzenie i to ja stanę się Modestem Amaro biegowych internetów. Owe wątpliwości były co do tego, co mnie czeka na szczycie. Po mniej więcej 18 minutach człapania, pojawiłem się obok obserwatorium. Pragnąłem coli, nie miałem ze sobą gotówki, w środku nie można było płacić kartą (ależ miałem pragnienia). Combo. Trudno, pobiegłem dalej…

Zniszczenie i reset

Pawełku, raz jeszcze dziękuję Ci za to, że wygoniłeś mnie z Domu Śląskiego i kazałeś mi kontynuować zawody! Kiedy ruszyłem w stronę Czarnej Kopy, kiedy rozpoczęła się ta łatwiejsza część trasy Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego, kiedy błękit nieba spotykał się z bielą wzniesień dookoła, kiedy słońce zaczęło cudownie przygrzewać, poczułem, że zaczyna się zupełnie nowy bieg. Będzie patos: wszystko siedzi w naszych głowach! Kurczę, kiedy to wszystko zobaczyłem i poczułem; kiedy to wszystko do mnie dotarło i zacząłem całym człowiekiem chłonąć wszystko to, co było dookoła, zniknęły skurcze, zniknęło zmęczenie, zniknął ból. Pojawiło się wielkie flow i gigantyczny paszczobanan!

Do Przełęczy Okraj doleciałem szybciej, niż mogłem to sobie wyobrazić. Po drodze pozbyłem się jednej z bluz. Zrobiło się naprawdę ciepło. Tak ciepło, jak wówczas, kiedy usłyszałem, że mam zapłacić sześć złotych za kubeczek coli o pojemności 0,2l w jednym z barów na przełęczy (Kasica, wiszę Ci kasę ciągle, oddam w robocie jutro!). Tej coli musiałem się napić. Miałem ogromne ssanie na ten jakże pyszny, zdrowy i odżywczy napój. Chwilę później dotarłem do ostatniego punktu kontrolnego. Tam ciasteczka, herbatka, pogaduszki – kurczę, gdzie tu się spieszyć, kiedy jest tak przyjemnie!?!

Pozostało 15 kilometrów. W dużej mierze je przebiegłem. W dużej mierze szybko, bo warunki na to pozwalały. Im niżej, tym mniej śniegu i tym bardziej można było trzymać tempo z górki. Po drodze zdarzyło się kilka podejść. Jedne mniejsze, drugie większe. Jedne krótsze, jedne dłuższe. Jednak wszystkie do przeżycia. Najgorsze były dwa ostatnie. Najpierw 1,5 kilometra wzdłuż jakiegoś strumienia na 4 kilometry przed metą, a następnie na kilometr przed finiszem mocno pod górkę w okolicach cmentarza w Karpaczu. Kiedy jednak zobaczyłem, że wybiegłem na szczycie stoku Kolorowa, który znam doskonale (to właśnie tam lata temu zostałem Mistrzem Polski Dziennikarzy w Saneczkarstwie), wiedziałem, że jestem już w domu. Spuściłem hamulec i poleciałem w dół. Przemknąłem przez stok i wybiegłem na karpacki deptak (który jeszcze jakiś czas temu był ulicą).

Kocham ich wszystkich

50 metrów przed metą czekał na mnie Krasus. Kocham Krasusa, więc go przytuliłem. Generalnie żeśmy się, jako dwa Mańki, dwa słoje, wyściskali. Na mecie czekała Najlepsza Narzeczona Świata, Paweł, jego cudowna żona, ich jeszcze cudowniejszy pies (Misza, zostaw rodziców, chodź do nas!), żona Krasusowa też była, a nawet moja mama się tamże pojawiła. Wszyscy Mistrzowie Świata byli tego dnia w Karpaczu. Stężenie cudowności człowieków na metr kwadratowy przekraczało wszelkie granice.

I ta cudowność była czymś, dzięki czemu ZUK wspominam tak, jak wspominam. Owszem, możnaby się rozwodzić o niesamowitej trasie, o cudownych widokach, o fantastycznych wolontariuszach, o pysznym jedzeniu na punktach, o super sponsorach, o wielkiej robocie organizatorów… Można pisać o tym wszystkim całe księgi, ale to wszystko byłoby niczym, gdyby nie zostało uzupełnione przez Niesamowitych i Wielkich Ludzi, którzy na ten weekend zjechali w Karkonosze.

Warto być

Piątkowe pizza i piwo w gronie biegowych, a jak bardzo bliskich, tak zwyczajnie, osób; selfie z fotoradarem; rozmowy na szlaku; MMS od Kasi z nią i colą w ręce; uścisk z Krasusem przed metą; medal na szyi; niedzielny luz z wycieczką na Kopę (własnonożną) i basenem na czele; improwizowany, a jakże udany Dzień Kobiet; i wiele, wiele, wieeeeeele innych zdarzeń i zdarzątek – wszystko to było, jest i będzie najważniejszym elementem moich Zimowo Ultramaratońsko Karkonoskich wspomnień.

 

 

 

Podobne wpisy

6 Odpowiedzi na Zimowy Ultramaraton Karkonoski. Relacja.

  1. Dorota napisał(a):

    BRAWO Maniek 🙂 Superowa relacja i zazdraszczam…

  2. magda napisał(a):

    I znow wciagajaca relacja, Ty piszesz, a czlowiek czyta i czuje jakby tam byl. Rewelacja.
    gratulacje!!! 🙂

  3. Suunto napisał(a):

    Szczerze podziwiam i gratuluję. Ja co prawda biegam dość sporo i od dawna. Bieg 10 – 15 km jest dla mnie jak najbardziej osiągalny, ale jak dodać do tego temperaturę, wysokość i śnieg to mam wrażenie, że padłbym po 2 km 🙂 Pozdrawiam i życzę dalszej wytrwałości.

  4. Paweł napisał(a):

    Nic tylko gratulować. Szczerze podziwiam 🙂

  5. […] 12 marca 2015 | Zimowy Ultramaraton Karkonoski. Relacja. […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *