Zaporowy Półmaraton. Relacja

Autor: • 2 października 2015 • #nbrteam, Blog, Góry, Relacje, Ultra6 komentarzy2429

Dawno mnie tu nie było. Musiałem odsapnąć. Musiałem odetchnąć. Musiałem sobie poukładać i przemeblować życie. Czytaliście tę relację, więc możecie się domyślać, że nie było to proste. Na szczęście wszystko poszło mocno do przodu. Zmieniłem pracę, na moim przedramieniu pojawił się bardzo ważny symbol dla mnie, a do tego pożegnałem się z symbolem, który przez ostatnie miesiące był dla mnie najważniejszy, choć był taki malutki…

Na pewno jednak symboliczna nie była pomoc, którą otrzymywałem zewsząd. Nie były to miliony osób. Nie były to setki osób. Nie były to nawet dziesiątki osób. Ale było to kilka sztuk człowieków, które sprawiło, że udało mi się wyjść na prostą. Pomoc ta miara różny wymiar i rozmiar. Jedna z form takiej pomocy czekała na mnie w Bieszczadach…

zaporowy logo

Mój maraton, a nawet triathlon rozpoczął się już w o 2 w nocy z piątku na sobotę. O tej godzinie wsiadłem w samochod i ruszylem w 400-kilometrową drogę z Warszawy nad zaporę w Myczkowcach. Dlaczego tak? Ano dlatego, że obiecałem Matce BO, że pojawię się tamże w sobotę rano i wspomogę ją w działaniach związanych z Zaporowym Triathlonem.

foto: marcinkargol.pl

foto: marcinkargol.pl

Pierwszą konkurencję zaliczyłem – o 9 rano pojawiłem się na miejscu (po drodze zaliczając 45 minut snu pod Rzeszowem) i od razu rozpocząłem swoją karierę jako sędzia w strefie zmian. To był bardzo długi dzień, ktory w całości spędziłem stojąc lub chodząc, parokrotnie zmokłem tak, jak to się moknie tylko w Bieszczadach, gdy przyjdzie burza i oberwanie chmury i generalnie ómierałem na stojąco. Dlatego też już o 20:30 zameldowałem się w śpiworku.

Deszczowo, burzowo

Wyszedłem z niego o 10 dnia następnego. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz spałem tak długo… O 11, kilka godzin po ultrasach, startowaliśmy my – zaporowi półmaratończycy. Dawno nie miałem takiego dylematu, jak idzie o ubiór. W nocy burza, przed startem ulewa. Niby ciepło, ale mokro… Co tu zrobić? W rezultacie zdecydowałem się na dwie krótkie warstwy Smashing Pąpkinsowe.

Zakładałem, że całą trasę – 22 kilometry i ok. 700 metrów przewyższenia – ogarnę w jakieś 2,5 godziny. Stwierdziłem, że nawet jak zmoknę, to raczej nie zdążę zmarznąć, tym bardziej, że po wydarzeniach sprzed miesiąca, o których pisałem na początku tej relacji, ciągle miałem w sobie ochotę na zniszczenie. A poza tym zbliża się Harpagan-50! Absolutny cel nr 1 tej jesieni.

Po treningowych, pierwszozakresowych 25 kilometrach z Pawłem ze średnim tempem 4:52/km sprzed półtora tygodnia, Zaporowy Półmaraton miał być potwierdzeniem tego, że moc w nogach rośnie.

foto: Smashing Pąpkins

foto: Smashing Pąpkins

O 11 prawie setka popaprańców wystartowała na masakrycznie mokre i błotniste bieszczadzkie szlaki. Ruszyliśmy z Orelca z fantastycznego miejsca, jakim jest Zagroda Magija. Robiliśmy 22-kilometrową pętlę i wracaliśmy na metę. Po pierwszym kilometrze byłem na mniej więcej 15. miejscu. Do pierwszego podbiegu było szybko. 4 min/km lekką ręką. Uznałem szybko, że cisnę na pełnej mocy tyle, ile się da.

Podróż w czasie. Zbiegiem

Podejścia nigdy nie były moją mocną stroną, więc na nich nie upatrywałem swojej szansy. Widziałem swoją słabość przez 2/3 dystansu, kiedy to biegłem za/przed/obok zwyciężczyni w kategorii kobiet Iwoną Kik. Na podejściach potrafiła odejść mi na kilkadziesiąt metrów. Nad tym muszę pracować. Ale na zbiegach była inna bajka. Taka, której dawno nie było.

Jakieś dwa czy trzy lata temu, podczas biegania z Bormanem (zapraszam do jego Magicznego Lasu) i Michałem po Bormanowych Pętelkach w Karkonoszach, skręciłem sobie kostkę. Bardzo. Od tamtej pory lewa noga jest bardzo niestabilna. Wykręca się nawet w równym terenie, a na zbiegach to już zupełnie jest dramat. Asekuracja, wolniejsze tempo…

Ale nie w niedzielę. Nie do końca wiem, jak to się działo, ale na tym błocie, na którym 90% zawodników jeździło jak na łyżwach, ja leciałem w dół, jak przyklejony do podłoża. Kurczę, zupełnie jak trzy lata temu! Na Rzeźniku, na Maratonie Karkonoskim, czy na Biegu Siedmiu Dolin! Teraz dodatkowo kolosalną robotę robiły buty. Aaaahhh! To jak moje ukochane Inov-8 X-Talony 212 gryzły ten teren, to jest poezja! Szymborska zbiegów! Miłosz pracujących czwórek! Gombrowicz przyczepności!

#dobropowraca

Gdzieś na 11 kilometrze odkleiłem się od dwóch zawodników – jednego pĄpkinsa, który deptał mi po piętach i jeszcze jednego kolegi, który też gdzieś majaczył mi za plecami. Zrobiłem to w sposób, o którym do tej pory tylko czytałem i słyszałem – na podbiegu. Zamiast czekać do szczytu, przyspieszyłem mocno jakieś 100 metrów przed i od razu ruszyłem w szaleńczy bieg w dół. Jak się okazało, to był kluczowy moment, bo od tamtego momentu sukcesywnie budowałem coraz to większą przewagę.

W 3/4 trasy stwierdziłem, że czas pożegnać się z Iwoną. Zredukowałem bieg i mając jakieś 5-6 kilometrów do mety, przyspieszyłem. Koleżanka szybko została za moimi plecami, a ja zostałem sam. Przyspieszenie było na tyle duże, że na 3 kilometry przed metą zobaczyłem przed sobą Roberta Siwirskiego, który uciekł mi mocno po punkcie kontrolnym w okolicach zapory w Myczkowcach, a którego wdzięczność zaskarbiłem sobie chwilę wcześniej, bo gdybym do niego nie krzyknął, że pomylił trasę, to poleciałby w bliżej nieokreślonym kierunku. Ale że #dobropowraca, to nawet się nie zastanawiałem, co robić.

Ogień z dupy, meta czeka

To był piękny bieg. Idealny. Dawno nie czułem się w biegu liniowym tak pewnie i mocno, jak w niedzielę. Nogi pracowały i chciały zapierdalać. Głowa pracowała i również chciała zapierdalać. Cały człowiek tego chciał. I to robił. Wszystko zgrywało się w sposób idealny – zmęczenie, kontrola tempa, kontrola rywali, dystans. Robert był jakieś 400 metrów przede mną, kiedy zobaczyłem go przed sobą. O, rety! Czyżby ażeby? Dużo nie przyspieszę, ale może troszkę? Gonię! 350 metrów. Widzę, że skręcił w prawo. Zaraz skręcam i ja. I widzę przed sobą niesamowity widok. Pole po żniwach, szeroka ścieżka i kilka co raz, to mniejszych pagórków, przez które będziemy biec. Piękne! Widzę też, jak Robert znika za pierwszą górką. Nie ma czasu na podziwianie krajobrazów. Ogień z dupy!

foto: marcinkargol.pl

foto: marcinkargol.pl

Górka, zbieg, górka, zbieg. Ani myślę zwolnić! Czuję się fenomenalnie i tak samo fenomelanie mi się biegnie. Jest asfalt, czyli zaraz meta. Skręcam, widzę bramę, widzę Matkę BO, oglądam się za siebie – mam czas. Przed linią mety padam na glebę, robię kilka pĄpasów i dopiero przewalam się przez linię.

2:08:35, pół minuty straty do Roberta. 22 minuty ponad plan minimum. Zniszczenie zaliczone. A najważniejsze było dla mnie to, że udało mi się zająć zajebiste 13. miejsce! Hah! Tym zajarałem się jak Joanna D’Arc na stosie! Tego mi było trzeba! Nie ma nie mogę. Absolutnie-nie-ma-nie-mogę!

I tak aby podsumować: Zaporowy Ultramaraton/Półmaraton/Triathlon, to przekozacka impreza! 

Podobne wpisy

6 Odpowiedzi na Zaporowy Półmaraton. Relacja

  1. Bartek napisał(a):

    Czy to możliwe że na 11 km odklejałeś się ode mnie bo byłem chyba 3 pąpkinesm na mecie.

  2. Bo napisał(a):

    Mam nadzieję, że za rok wpadniesz już z własnej nieprzymuszonej woli 🙂 Jeszcze raz wielkie dzięki za pomoc i gratulacje za świetny wynik! Mówiłam, że Bieszczady ozdrawiają? A? 🙂

  3. […] 2 października 2015 | Zaporowy Półmaraton. Relacja […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *