X Bieg Rzeźnika. Relacja.

Autor: • 6 czerwca 2013 • Blog, Góry, Relacje, Ultra26 komentarzy10504

Pamiętam jak dziś, kiedy rok temu leżałem na trawie w pobliżu mety IX Biegu Rzeźnika i mówiłem sam do siebie, że nigdy więcej nie przyjadę w Bieszczady. Miałem dość biegania, miałem dość gór, miałem dość wszystkiego. Ten stan przeszedł mi po kilku tygodniach. Po kilku kolejnych miałem już partnera na kolejną edycję biegu. A na kilkanaście tygodni przed tegorocznym biegiem zacząłem odczuwać przedstartową gorączkę i niemożność doczekania się tego, kiedy znów pojawię się w Cisnej, gotowy na to, żeby po raz drugi pokonać blisko 80 kilometrów po Bieszczadach…

OTK Rzeźnik, czyli Ofiarom Trenera Klausa*

Cisna. Niewielka, acz cholernie sympatyczna miejscowość w Bieszczadach. Rokrocznie w okolicach przełomu maja i czerwca wypełnia się ludźmi ubranymi w różne pstrokate, sportowe stroje. Ludzie ci noszą koszulki z nazwami maratonów w których brali udział. Łydki mają jędrne i sprężyste, krok żwawy, a siłą i energią swoją mogliby przestawiać bieszczadzkie szczyty.

Wszystko zmienia się w dzień startu Biegu Rzeźnika. Najwięksi twardziele wyrwani ze snu, zamieniają się w potulne owieczki. Pobudka o pierwszej w nocy, szybki ubiór w ciuchy startowe, 40-minutowa jazda autobusem na start i świadomość tego, że o godzinie 3.30 nad ranem rozpoczyna się blisko 80-kilometrowy bieg czerwonym bieszczadzkim szlakiem sprawiają, że już nie jest tak kolorowo i wesoło. Niektórym chce się spać, niektórym nie chce się zupełnie nic. Ale wyjścia nie ma – się zapłaciło, się przyjechało (dojazd w Bieszczady to temat na odrębną historię), się wstało, się stanęło na starcie, to i się zmobilizować trzeba i wypadałoby zrobić to, po co się tu przyjechało. Czyli dać się sponiewierać.

Ale co to? Nasz reporter zaczyna właśnie rozmowę z jednym z biegaczy! Posłuchajmy więc tej pasjonującej konwersacji!

– Dzień dobry, a może dobry wieczór?!

– Może.

– Widzę, że ma pan numer startowy 69. To znaczy, że tworzycie ze swoim partnerem chyba bardzo zgrany duet, hehe haha hohoho?

– ….

– Ale wróćmy do meritum naszej rozmowy. Co pan teraz czuje?

– Zimno mi. Spać mi się chce. Nie chce mi się biegać.

– To wspaniale! Fantastycznie ujął pan odczucia biegacza przed tak arcytrudnym wyzwaniem, jakim jest udział w Biegu Rzeźnika! Co pan powie słuchaczom naszego radia RAN TU FRI EF-EM na chwilę przed startem?

– Zimno mi. Spać mi się chce. Nie chce mi się biegać.

– Nie-sa-mo-wi-te! Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia na trasie!

Przez bieszczadzki czerwony szlak,
dzisiaj stado koni się przetoczy.

Już świta. Stawka zawodników się rozciągnęła. Deszcz, który padał do momentu startu minął i zaczyna się rozpogadzać – przynajmniej na mniejszych wysokościach. Im wyżej, tym więcej chmur sunących z prawej strony na lewą. Im wyżej, tym robi się bardziej wilgotno i wietrznie. A wiatr jest przeszywający. Z drugiej strony jednak, kiedy się traci na wysokości, od razu robi się cieplej. Ciepło jest też wtedy, kiedy traci się równowagę na strasznie błotnistych zbiegach. Rok temu biegło się w dół ze spuszczonym hamulcem, a teraz trzeba włączyć tryb lekkiej asekuracji. Podejścia jeszcze nie przerażają. Nogi jeszcze nie bolą, jeszcze nie są zmęczone. Do pierwszego przepaku w Cisnej już całkiem niedaleko. Tam zawodnicy będą mogli wziąć w rękę kijki, przez co powinno być nieco łatwiej, zważywszy że dalsze fragmenty trasy będą znacznie trudniejsze.

CIMG3402

A tymczasem ponownie łączymy się z naszym reporterem! Halo, halo!

– Halo, halo, witam ponownie! Znów obok mnie jeden z zawodników. Rozmawialiśmy chwilę przed startem, jak czuje się pan teraz po blisko 4 godzinach biegu?

– Bardzo dobrze, dziękuję. Kimnąłem się nieco po drodze, zjadłem dwa batony, wypiłem pół litra wody i jestem jak nowonarodzony.

– Proszę powiedzieć naszym słuchaczom coś o przebiegu dotychczasowej rywalizacji.

– No, biegniemy, nie? Jesteśmy gdzieś między pierwszym a czterysetnym miejscem. Zaraz będziemy się ślizgać w dół po stoku narciarskim przed Cisną. Potem przepaczek, jedzonko, kijeczki i dalsza dróżka.

– Dziękuję za wyczerpującą relację! Do kolejnego usłyszenia w radiu RAN TU FRI EF-EM!

Boli ręka, boli głowa, bolą plecy, boli noga, ale wyścig nadal trwa.
Bo z Komańczy na Żebraka i przez Cisną…

Przepak w Cisnej zorganizowany bezbłędnie. Biegacze worki z rzeczami otrzymywali bez zbędnej zwłoki. A w workach zwłoki same grubasy kijki, ciuchy na zmianę, jedzenie, picie (za wyjątkiem wody i izotonika, bo tego było mnóstwo na punktach kontrolnych). Do tego żelki, do tego batony. I do tego strategia, żeby na punktach kontrolnych spędzać jak najmniej czasu. Raz, dwa, raz, dwa i w drogę!

Po wyjściu z Cisnej natrafia się na jedno z najtrudniejszych podejść na całej trasie – pod Małe Jasło, Jasło i Okrąglik. Z 560 metrów trzeba wspiąć się na ponad 1100 i należy zrobić to na dystansie około 6 kilometrów. Stromo. Ale dobrze, że są kijki. Biegacze zamieniają się w chodziarzy. Krok za krokiem, ręka za ręką wspinają się czerwonym szlakiem. A szlak nie pomaga. Jest śliski, jest mokry, jest błotnisty. Do tego jest parno, jest duszno, jest ciepło. Mimo to jakoś idzie – dosłownie. Po paru kolejnych kilometrach kolejne podejście pod Fereczatą, a następnie niewygodny zbieg i dotarcie do – jak to kiedyś określił Wasyl – upierdliwca, zwanego „Drogą Mirka”. Jest to ~50 kilometr trasy i wydawać by się mogło, że nie ma nic przyjemniejszego, niż równy i gładki asfalt wymieszany z szutrem, prowadzący przyjemnie w dół w stronę przepaku we wsi Smerek. Otóż to wcale nie jest przyjemne. Zresztą posłuchajmy kolejnej rozmowy naszego reportera.

– Witam raz jeszcze! Tym razem znajdujemy się na tzw. Drodze Mirka. Człapiemy w dół razem z zaprzyjaźnioną parą biegaczy. Jak samopoczucie?

– Boli. Mnie. Kurwa. Palec. Auć.

– Słuchają nas dzieci, więc prosiłbym o używanie delikatniejszych słów…

– Przepraszam. Boli. Mnie. Kurwa. Paluszek.

– Znacznie lepiej! A co się stało?

– Szkolny błąd, panie! Zawsze pisałem i mówiłem: na parę dni przed biegiem obcinajcie paznokcie! Tak pisałem. I co? I nie obciąłem. No i teraz przy każdym zbiegu czuję, jak paznokieć przy dużym palcu lewej stopy obija się o buta. Jebudut, jebudut, jebudut…

– Jebudut, no tak. Czy to oznacza, że będziesz pan leszczem i się pan poddasz?

– W życiu! Przyjechaliśmy tu połamać 12 godzin. To się już raczej nie uda, ale walczymy do samego końca. Tym bardziej, że już za parę kilometrów czeka na nas buła z szynką. A później rozpoczną się najlepsze widoki na całej trasie…

– I tym optymistycznym akcentem oddaję głos do studia RAN TU FRI EF-EM!

I pod górę, powolutku! Marszem prosto, biegiem w dół
Ścieżka, strumień, połonina. Smerek może być tuż, tuż

Faktycznie, przepak w Smereku zawsze wiąże się z bułkami. Z serem, z dżemem, z szynką. Nic, tylko jeść! Ale nie zawsze to takie proste, bo żołądek po 55 kilometrach jest ściśnięty, krew do niego jest dostarczana w absolutnie minimalnych ilościach (cała reszta krąży w mięśniach) i niekoniecznie jest on w stanie przyjąć jakiekolwiek pożywienie. Stąd też w plecakach biegaczy pojawiają się batony proteinowe, żele energetyczne i – tu zaskoczenie – kabanosy! Tak, kabanosy! Takie wysuszone, z dużej ilości mięsa. Jest to posiłek tłusty, słony, kaloryczny i fantastycznie dodający energii. A poza tym nie ma nic przyjemniejszego, niż zapach i smak świeżej ciepłej krwi mięcha na trasie ultramaratonu…

Szlak pnie się do góry. Biegacze pną się razem ze szlakiem. Wykresy tętna zawodników pną się na równi z nimi samymi. Tylko jeleń na rykowisku, którego można było oglądać przed Smerekiem (szczytem, nie miejscowością) miał to wszystko w dupie i żarł trawę. Niektórzy w tym miejscu również gryzą trawę (w przeciwieństwie to polskich piłkarzy). Albo skały. W zależności, w którym miejscu szlaku się znajdują. Podejście pod Smerek jest bardzo wymagające, jednak magia tej krzyżnej góry, która wyłania się po lewej stronie po wyjściu na połoninę, przyciąga w sposób niesamowity.

Krok za krokiem ku szczytowi. A ze szczytu (jeśli pogoda pozwoli) fantastyczne widoki. Pozwalają na moment zapomnieć o bólu nóg, który w tym miejscu jest już wyraźnie wyczuwalny. Do tego pojawiają się turyści, którzy odtąd aż do mety będą stałym elementem krajobrazu. Elementem interaktywnym, bo dopingują oni zawodników szczerze i gorąco. Tak gorąco, jak jest zawodnikom. W końcu to otwarta przestrzeń, ani grama cienia. Słońce kłóci się z wiatrem o to, kto na tej połoninie jest silniejszy i ma więcej do powiedzenia. Biegacze nie zważając na to pokonują kolejne kilometry. Dawno już zbiegli ze Smereka, mijają schronisko Chatka Puchatka. Tu kolejne życzenia powodzenia od tłumu turystów. A później zbieg do Berehów Górnych, czyli do ostatniego punktu kontrolnego. Przenieśmy się na szlak.

– Halo, halo, witam słuchaczy radia RAN TU FRI EF-EM! To już blisko 65 kilometr biegu, za moment zameldujecie się w Berehach! O czym pan teraz myśli?

– O rzece.

– O rzece? Ach, rozumiem, że niby ona płynie niewzruszona tak, jak wy pokonujecie niezwruszeni bieszczadzkie trasy… Piękne to, piękne!

– Nie. O rzece, bo mi palec spuchł i chcę sobie go ochłodzić.

– No tak, w tym całym pięknie nie wolno zapominać o rzeczach przyziemnych, a palec na pewno do nich należy. Oddaję głos do studia!

Bolą pięty, bolą łokcie, bolą palce i paznokcie, ale wyścig nadal trwa!
Za zakrętem już Berehy, przedostatnia przystań…

Jak wytłumaczyć osobom postronnym, że pokonanie 11 kilometrów w mniej niż dwie godziny, to rzecz niemalże niewykonalna na ostatnim etapie Biegu Rzeźnika. Berehy Górne (a w zasadzie Brzegi Górne) leżą na wysokości 740 metrów. (Swoją drogą czy wiedzieliście, że mieszka tam tylko jedna rodzina?). Połonina Caryńska, gdzie należy się wspiąć po wyjściu z ostatniego przepaku jest na wysokości 1290 metrów. I znów jest to wspinaczka tylko na około 6 kilometrach. Najpierw przez las, a później połoniną po skalistym podejściu, które ciągnie się w nieskończoność. Ci, którzy biegali w Biegu Rzeźnika wcześniej powinni być przygotowani psychicznie na to, co się dzieje na ostatnich 11 kilometrach. Powinni, lecz praktycznie zawsze jest to zaskoczenie. Niemniej jednak, pomimo krwi, łez i potu, jaki zostawia się na Caryńskiej, jest to niesamowite przeżycie.

Kiedy już się stanie na szczycie największego wzniesienia połoniny, w człowieku rodzi się myśl, że już absolutnie nic nie jest mu w stanie odebrać zwycięstwa (czyli dotarcia do mety). Później tylko pokonanie małego siodła, ostatniego przewyższenia i można rozpocząć mniej lub bardziej karkołomny (w zależności od stanu nawierzchni i kondycji) zbieg do mety. Zbieg, który podobnie jak podejście pod Połoninę Caryńską, zdaje się nie mieć końca. Ścieżka, schody, ścieżka, schody. Ciągle w dół, ale gdzie jest ta meta? I tak przez kilkanaście minut. Aż tu nagle widać jeden ze słynnych mostków. A kiedy się go już zobaczy, to zmęczenie odpływa w niepamięć. Zresztą, posłuchajmy relacji z miejsca zdarzenia.

– Szanowni państwo, wszyscy razem, tu w radiu RAN TU FRI EF-EM jesteśmy świadkami tego, jak zawodnicy drużyny Condordia Runners Team docierają do mety! Co za tempo!

– A pewnie, że, kurwa, tempo! Inaczej się nie da! Jeden mostek, drugi mostek i ten trzeci, najważniejszy, po którym jest już tylko meta i stado rozhisteryzowanych nastolatek tłumy fanów oraz wieczna chwała!

– Teraz, na ostatnich metrach, jak pan opisze ten start?

– Trochę pod górkę, trochę z górki, trochę deszczowo, trochę słonecznie, trochę biegu, trochę marszu. Pięknie było! Założyliśmy sobie, że będziemy atakować 12 godzin. Niestety nie udało się. Trochę przez warunki na trasie, trochę przez moją słabszą dyspozycję na jednym z fragmentów. Nie zmienia to faktu, że jesteśmy bardzo zadowoleni z osiągniętego wyniku (12:41:37) i z tego, że dotarliśmy cali i zdrowi do mety Biegu Rzeźnika!

– Czy zamierza pan wystartować tu za rok?

– Nie, nie zamierzam więcej przyjeżdżać w Bieszczady. Mam dość biegania, dość gór, dość wszystkiego…

– Dziękuję za rozmowę i do usłyszenia w RAN TU SRI EF-EM!

* * *

* Śródtytuły pochodzą z piosenki „Ofiarom trenera Klausa” Wiewiórek na Drzewie, którą to możecie usłyszeć poniżej 🙂

Podobne wpisy

26 Odpowiedzi na X Bieg Rzeźnika. Relacja.

  1. Bo napisał(a):

    Ale tak bez pozdrowienia znajomych, rodziny i słuchaczy? Ogromne gratulacje – wynik bardzo zacny! Czyli być może za rok spotkamy się na starcie 😉

  2. Dorota napisał(a):

    Gratuluję! I oczywiście nie wierzę w to że nie wrócisz 😉

    Poza tym coraz bardziej boję się Rzeźnika (z każdą następna relacją) i nie wiem czy powinnam o nim marzyć…

  3. Ava napisał(a):

    Boska, powalająca relacja :)))) No i daje poczuć o co biega/chodzi a raczej podchodzi w tym Rzeźniku 😉 Gratulacje dla Ciebie i Partnera!! A jak palec- po paznokciu?

    • marcinkargol napisał(a):

      Paznokieć chyba przeżyje. Opuchlizny brak, od trzech dni biegam nawet. Tyle, że jest siniak pod nim. Zobaczymy czy zejdzie, czy nie…

      • seb napisał(a):

        ja miałem obcięte pazury a i tak spotkało mnie to co Ciebie. Zbiegając do Berehów żałowałem że nie mam jakiegoś ostrego narzędzia, bo pewnie odrąbałbym sobie tego małego gnoja.

  4. Paranoix napisał(a):

    No i to jest relacja, a nie jakieś smuty co ostatnio czytałem w necie, że chciałem w takim czasie, a nie wyszło, bo partner słaby ble ble ble

  5. Zbyszek napisał(a):

    Marcin gratuluje nie tylko udanego startu (wiem że zmienisz zdanie i jeszcze nie raz popędzisz po Bieszczadzkich szlakach) ale zejefajnej relacji:-)

  6. Marcin Biegamblog.pl napisał(a):

    Bardzo fajna relacja, zwłaszcza ta radiowa 🙂
    Gratuluję ukończenia kolejnej „rzeźni” i poprawy czasu.

    Poczytam sobie Twój tekst jeszcze raz w sierpniu przed debiutem w Chudym Wawrzyńcu, kiedy będę sobie robić wizualizację bólu i cierpienia 🙂

  7. TOMEK MAJEWSKI napisał(a):

    Podoba mi się cała relacja. Nie wiem, czy kiedykolwiek pobiegnę w Rzeźniku, ale jeżeli kiedykolwiek pobiegnę, to dzięki takim relacjom jak Twoja.

    I – co najważniejsze – choć może na kogoś takiego w tym ani żadnym momencie nie wyglądam, cieszę się, Marcin, z Twojego sukcesu.

    O, jakże bardzo się cieszę!!!

    • marcinkargol napisał(a):

      Tomasz, a dlaczego miałbyś nie pobiec? Płacisz, przyjeżdżasz, biegniesz i jesteś Rzeźnik 🙂
      I dzięki za ciepłe słowa!

  8. skalysraly napisał(a):

    skaliste podejscie na carynska??? chyba jakies ruchy gorotworcze tam mialy miejsce 31 maja 2013.

    gratulacje ukonczenia i poprawy wyniku – warunki do najlatwiejszych nie nalezaly

    • marcinkargol napisał(a):

      No, może „skaliste” to nie jest odpowiednie słowo. Może powinienem napisać „kamieniste”. W każdym razie miałem na myśli fragment powyżej lasu 🙂

  9. hankaskakanka napisał(a):

    Fajna relacja! Co z paznokciem – zszedł?

  10. Krasus napisał(a):

    Świetne Panie, kapitalne! Żeby tylko Rzeźnik nie pokrywał się datą z Mardułą, jeeeeejku!

  11. Tużza napisał(a):

    Rzeczywiście relacja napisana najzgrabniej z dotychczasowych, z polotem. I wszystko zepsuły te wulgaryzmy – bez tego nawet do Pulitzera!

    • marcinkargol napisał(a):

      Na nagrodach mi nie zależy. A wulgaryzmy? Raz na jakiś czas przemycę jeden lub dwa, aby jak najdokładniej oddać to, co w danym momencie czułem lub myślałem. I raczej tego nie zmienię 🙂 Dzięki mimo to za dobre słowo!

  12. Błażej napisał(a):

    Z tymi paznokciami, to jak z kobitą. Trudna sprawa. Ostatnio obciąłem zbyt krótko i też były problemy. Gratuluję wyniku 🙂

  13. Wojtek napisał(a):

    Tak się wszyscy rzucili na tego Rzeźnika w tym roku, że nie mogę być gorszy. Za rok na pewno zobaczę z czym to się je 😉

  14. Jożin napisał(a):

    Jak zywkle świetna relacja. Za rok planuję też tam się wybrać z takim jednym, więc takie opowieści jak najbardziej przyjemnie się czyta. Przynajmniej na razie 😉

  15. Bartek napisał(a):

    Rzeźnik to jest to ! narazie mam za sobą tylko rzeźniczka, 17 miejsce to mój mały sukces 🙂 zwłaszcza że to był mój pierwszy górski bieg 🙂
    Fajny tekst 🙂

    www . mogewszystko . in

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *