Wpływ ryjówek na życie biegacza

Autor: • 2 lutego 2012 • Blog, Inne8 komentarzy2773

Długie wycieczki biegowe sprzyjają rozluźnieniu myśli. Uciekają one na wszystkie strony, układając się w mniej lub bardziej sensowne spostrzeżenia. W moim przypadku na jakość tych spostrzeżeń ma wpływ pogoda. Jeśli lecą z nieba żaby, jeśli żal psa na dwór wypuścić, to wtedy myśli są tylko jedne – odliczanie kilometrów do końca treningu i wizualizacja siebie w ciepłym pomieszczeniu z ciepłą herbatą. Jeśli jednak jest tak, jak dziś – bezchmurnie, słonecznie (o -13 stopniach nie będę wspominał), to podczas treningu nogi wykonują jedną robotę, a głowa drugą. 
Spotkałem dziś na treningu rowerzystę. Miał już najechane dziś ponad 70 kilometrów. Chwilę pogawędziliśmy. Na odchodne stwierdził, że my – biegacze – mamy znacznie gorzej od niego – rowerzysty. Na moje pytanie dlaczego tak sądzi odpowiedział, że nam, poruszającym się na dwóch nogach i wolniej niż na dwóch kółkach, bardziej doskwiera samotność na trasie. Uzasadnił: krajobraz obok nas przemija znaczniej wolniej, asfalt pod nogami zwija się nie za szybko, a i rzadziej widzi się parę czy grupę biegaczy, niż grupę rowerzystów (przynajmniej tam, gdzie mieszkam). Przyjąłem jego wypowiedź i obiecałem, że następnym razem, gdy się spotkamy odpowiem mu co o tym sądzę (bo nawet chwila postoju na takim mrozie sprawiała, że człowiek przemarzał do szpiku kości). Samotność długodystansowca. Istnieje, czy nie?  
Powychodziły z tego myśli nieuczesane, jak u pana Leca, a dodatkowo także zmrożone arktycznym otoczeniem. Nie znalazłem jednak wśród tych myśli odpowiedzi: zgadzam/nie zgadzam się z Tobą, kolego na rowerze. Zacząłem myśleć o tej dzisiejszej wycieczce… 
Nie mogę czuć się samotnym na trasie. Nie mogę powiedzieć, że doskwiera mi uczucie jakiejś pustki. Przecież nie jestem sam, podczas pokonywania tych moich kilometrów! Przecież grupa saren, która przebiegła kilkadziesiąt metrów ode mnie, też jest moim towarzyszem. Nieważne, że tylko przez kilka minut, przez które obserwujemy siebie nawzajem, nie zakłócając swojego mikroświata. Przecież Expands to małe, włochate coś, które przebiegło niemalże tuż przed moimi nogami, wyskakując nagle z kupy liści (najpewniej ryjówka, bo one żyją w Polsce, podobnie jak żubr, bóbr, kurwa, łoś, lis, wilk, kuna, koń i wydra… – chyba czas wrócić do „Chłopaki nie płaczą”), także towarzyszyło mi w tym biegu. Kierowcy, którzy pukali się w głowę, widząc sople lodu na mojej brodzie, także sprawiali, że nie czułem się ani przez chwilę samotny. Nawet wiatr. On także sprawia, że nie jesteśmy sami w walce z kilometrami – albo utrudnia nam sprawę, dmuchając prosto w twarz, albo tę sprawę ułatwia, napierając na nasze plecy. 
Jednak bywa tak, że szukamy tej samotności. Chcemy być samotni na własne życzenie. Tylko my, droga i zegarek. Zlewamy się w jedną całość i nie przyjmujemy żadnych bodźców z zewnątrz. Skupienie i determinacja. Konkretna, ciężka praca do wykonania. Nie myślimy o sarnach, ryjówkach, o kolorze nieba, o spadających liściach. Nie myślimy o rzeczach przyjemnych. Nie myślimy też o rzeczach nieprzyjemnych. Wprowadzamy umysł w stan czuwania, pozostawiając przy życiu tylko niewielki fragment, który pozwoli nam zrobić na treningu lub na zawodach to, co sobie założyliśmy. Wtedy jesteśmy samotni. Samotni z wyboru. 
Zresztą, chyba każdy z nas ma inną definicję samotności, każdy z nas potrzebuje czegoś innego – i w drodze i po jej przebyciu – żeby tej samotności nie czuć, albo żeby odczuwać ją ze zdwojoną siłą. Każdy jest inny. Dla jednego chwila z ryjówką, to powód do radości, a jeszcze inny ryjówki nawet nie zauważy…
Poza tym poszedłbym ku stwierdzeniu, że znacznie istotniejsze od tego, czy jesteśmy tymi samotnymi długodystansowcami na trasie jest to, czy ten stan utrzymuje się po zejściu z niej. Czy mamy komu wpaść w ramiona na mecie, czy możemy komuś opowiedzieć, że widzieliśmy ryjówkę, czy czeka na nas gorąca herbata zaparzona przez kogoś. Tym, którzy tak mają, nie straszne są deszcze, wichury, śnieżyce, wolnozwijający się asfalt, bo oni i tak biegną z kimś. A ci, którzy tego nie mają, to czasem by się nawet do takiej ryjówki przytulili…

Podobne wpisy

8 Odpowiedzi na Wpływ ryjówek na życie biegacza

  1. Daniel Trzebiatowski napisał(a):

    Masz rację Marcinie, biegacze może biegają w osamotnieniu ale nie czują się samotni. Teraz gdy siedzę w domu z nogą w gipsie mogę powiedzieć że czuję się samotny, ale nigdy podczas treningu, nawet na długich wybieganiach. I to nas rozróżnia od ludzi „nie biegających” i myślę że tylko nasze środowisko biegaczy jest w stanie to zrozumieć.

    Pozdrawiam
    Super artykuł 🙂

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Noga w gipsie? O, chłopie, to coś Ty narozrabiał???
      Jak długo jeszcze będziesz „odpoczywał”…?

    • Daniel Trzebiatowski napisał(a):

      Na 6.03 mam zaplanowaną wizytę u ortopedy i ściągany gips. Małe złamanie, nie będzie potrzebna rehabilitacja. No cóż miłość do biegania była większa od warunków pogodowych. W zeszły czwartek wyszedłem na bieg, przebiegałem przez ulicę i łup, było strasznie ślisko. Dlatego no trzeba uważać i to jeszcze bardziej niż zwykle.

  2. Anonymous napisał(a):

    Zawodowym biegaczem nie jestem. Od wielkiego dzwonu, od chwilowego „od jutra chudnę”, od chęci naprawienia kręgosłupa, od poprawienia swojej kondycji fizycznej i od kilku jeszcze innych powodów, raz na jakiś dłuższy czas zakładam swoje reeboki i wybiegam. Zawsze ta sama trasa, która jakoś nigdy mi się nie nudzi. Czy jestem wtedy samotna? Nie.. Sama tak. Nigdy samotna. Nie jestem samotna, bo otaczają mnie ludzie, którym na mnie zależy i którzy kochają mnie różnymi definicjami miłości. Sama jestem od czasu do czasu. Z wyboru. Jak podczas tych kilku chwil, kiedy postanawiam „od nowa” biegać. Jestem sam na sam z moimi myślami i przemyśleniami. Koncentruje się na oddechu i biegnę w rytm muzyki. Jestem sama. I jest mi z tym dobrze. No i generalnie fajnie jest jak jest fajnie i tak btw. to póki co najlepszy Twój artykuł. Bardzo fajnie się go czytało 😉

    pozdrawiam, ania k. 🙂

    • Marcin Kargol napisał(a):

      No właśnie, do tego zmierzam – dobrze, kiedy są ci bliscy, kiedy jest ktoś, kto mimo, że nieobecny fizycznie, to psychicznie zawsze, na każdym kilometrze. To nas chroni przed samotnością, ale dzięki temu możemy pobyć sami z: myślami, muzyką, oddechem, (nie)przetartymi ścieżkami…
      🙂

      A tak na marginesie – może by tak częściej, niż od wielkiego dzwonu butki na nogi zakładać?:)

    • Anonymous napisał(a):

      Nooooooo.. Fajnie by było ;p po sesji zamierzam się znowu za to wziąć ;p z tym, że muszę u siebie wyrobić taką „rutynę”. Zaprogramować sobie np. bieganie w poszczególne dni tygodnia. Z tym, że jak sobie już raz pomyślę „ok, dziś nie pójdę, ale w zamian pobiegam jutro”, to już wiem, że jutro nie pobiegam 😛 taka silna wola na krótką metę ;p

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Rutyna przyjdzie z czasem. Najlepiej wziąć się za realizację jakiegoś planu i po drugim, trzecim, piątym wyjściu zaczniesz czuć, że kolejny trening nie stoi pod znakiem zapytania z kategorii „czy”, tylko „o której” na przykład… 🙂
      Wszystkim na początku jest ciężko zebrać się do kupy, żeby zacząć działać… 🙂

  3. TOMEK napisał(a):

    Uwielbiam samotność podczas biegania. Mój bieg, mój smród, moja muzyka. I druga strona – przecież nie biegam tylko dla siebie. Chcę za kilkanaście lat biegać z moim synem na zawodach. Za dwadzieścia parę lat szaleć z wnukami, a nie „dajcie dziadziowi spokój, bo go boli”…

    Jutro spróbuję dwóch treningów. A od 12 do 16 lutego biegam w górach. I nie ma ch… – 100 km trzeba w górach nabiegać. O kilka minut mogę mieć od Ciebie gorszą życiówkę maratońską, ale nie o kilkanaście…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *