VIII 12-godzinny Podziemny Bieg Sztafetowy w Bochni. Relacja.

Autor: • 12 marca 2012 • Blog, Inne, Relacje15 komentarzy6663

Po dwóch kąpielach solankowych, lekkim poniedziałkowym rozruchu i nieco większej poniedziałkowej kolacji mogę wziąć się za opisywanie tego, co działo się podczas weekendu w kopalni soli w Bochni, podczas 12-godzinnego Podziemnego Biegu Sztafetowego. A działo się tyle, że tak na dobrą sprawę nie wiem od czego mógłbym zacząć. Myślę więc, że zacznę od początku…

Początek był taki, że kiedy okazało się, że moja drużyna została wylosowana i że jedziemy do Bochni, to pomyślałem sobie, że to przecież jakaś abstrakcja jest, zwyczajnie popaprany pomysł. Bo kto o zdrowych zmysłach daje się zwieźć ponad 200 metrów pod ziemię po to, żeby przez 12 godzin biegać, męczyć się, pocić…
No, kto? Kto poza nami i ćwierć tysiącem innych biegaczy z całej Polski…? Ale jak już się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B. Spakowaliśmy się, wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy w blisko pięciusetkilometrową trasę, kończącą się gdzieś w Małopolsce.

W sobotni poranek nie odczuwałem żadnego przedstartowego stresu. Pobudka koło 8 rano, śniadanie – wbrew wszystkim biegowym zasadom – bardzo obfite, przebierka w ciuchy biegowe i można było udać się na start. A w zasadzie do strefy zmian, bo na start udawali się tylko zawodnicy startujący na pierwszej zmianie w każdej sztafecie. Reszta oczekiwała we wspomnianej strefie. W naszej ekipie byłem drugim zawodnikiem, a że pierwotnie ustaliliśmy, że zmieniamy się co okrążenie, bardzo szybko pojawiłem się na trasie z zamiarem pokonania jednego, bardzo szybkiego okrążenia. Jak się okazało, musiałem na dzień dobry pokonać dwie pętle, bo mój zmiennik zagubił się gdzieś i nie było go tam, gdzie być powinien.
Na złe mi to jednak nie wyszło, bo pokonałem te pętle w takim czasie, że gdybym dorzucił jeszcze 160 metrów do pełnych pięciu kilometrów, to zszedłbym poniżej 20 minut, czyli 2 minuty lepiej, niż moja obecna życiówka. To już mi pokazało, że jest moc w nogach. Ale tych okrążeń miało być wiele więcej…

Trasa biegu to jedna pętla o długości 2420 metrów. Chociaż żeby być precyzyjnym, powinienem napisać, że to jest długość pętli, gdyż sama trasa ma 1210 metrów. Po wystartowaniu ze strefy zmian biegliśmy korytarzem przez około 500 metrów. W połowie tej odległości zaczynał się podbieg, który w normalnych warunkach mógłby zostać prawie że niezauważony, ale tutaj, szczególnie w drugiej części zawodów, dawał się we znaki. Podobnie jak cholernie zimny wiatr, który był tym mocniejszy, im bliżej było końca tego pięciuset metrowego odcinka. Na jego końcu (przy jakimś szybie wentylacyjnym – stąd ten przeciąg) znajdowała się mata i nawrotka. Teraz z górki wracamy tą samą drogą, mijamy strefę zmian, przebiegamy przez kaplicę św. Kingi i zaczynamy najtrudniejszy – w moim subiektywnym odczuciu – odcinek.

Mimo, że też było z górki, to droga od kaplicy do nawrotki na końcu tej części trasy była cholernie nużąca i cholernie męcząca psychicznie. Po nawrotce natomiast, kiedy trasa zaczynała się lekko wspinać, czułem że dostaję drugi oddech i biegło mi się znacznie lżej. Z tego miejsca to 700 metrów do strefy zmian. Warto było gdzieś na wysokości kaplicy (czyli jakieś 150 metrów przed strefą) zwolnić lub przyspieszyć, żeby nie wbiegać do strefy z kimś z boku, dzięki czemu zmiana zawodnika przebiegała sprawniej i bez tłoku.

Pierwsze pięć godzin zleciało bez większych problemów. Psychicznie i fizycznie trzymałem się na wysokim poziomie. Po każdej pętli nawodnienie, kawałek banana albo jakiegoś batona, rozciąganko lekkie, a przede wszystkim ubranie się w ciepłe ciuchy! Zimno tam, jak jasna cholera! Przy okazji półmetka stwierdziliśmy, że czas iść coś zjeść. Ja poszedłem jako trzeci. Najpierw porcja makaronu z sosem, która była zdecydowanie za mała. Stwierdziłem, że skoro już jestem na dole (strefa zmian i trasa były na wyższym poziomie, niż spanie, jedzenie itp.), to się po części przebiorę.
I to była doskonała decyzja – wybaczcie dosłowność, ale zmiana gaci i skarpetek na suche, przyniosła mi wielką ulgę. Nogi zaczęły żyć na nowo. I jajca też. Podobną dobrą decyzją było wpieprzenie kilkunastu łyżek masła czekoladowego. Naładowany energią ruszyłem ku górze, kiedy to okazało się, że mogę skorzystać z masażu. Grzechem byłoby tego nie zrobić, więc posłusznie położyłem się na kozetce i dałem się pougniatać bardzo ładnej pani. Po tym wszystkim mogłem wracać do biegania…

Mijały kolejne godziny. Widziałem mnóstwo kryzysów. Widziałem w wielu oczach „ja już nie chcę tutaj być!”. Słyszałem tradycyjne słowa typu: po co mi to wszystko, nigdy więcej biegania, więcej tu nie wracam itp. Ale każdy walczył dając z siebie tyle, ile mógł w danym momencie wykrzesać. Osobiście cieszyło mnie to, że mimo że i w mojej drużynie pojawiły się takie kryzysy, to miałem siłę i w nogach i we łbie, żeby pomóc kolegom i przelecieć nie jedną, a dwie pętle raz czy drugi. Owszem, żeby nabrać prędkości przelotowej, trzeba było do tego kilkunastu lub kilkudziesięciu metrów, bo jednak zmęczenie mięśni po tylu godzinach jest niesamowite, ale mimo to nogi ciągle mnie niosły. Kończyłem swoją zmianę i wcale nie czułem, że mam dość, że mnie boli. Wiedziałem, że zaraz wstanę, rozgrzeję się na nowo i pobiegnę swoje. A to „moje”, to na przykład na ostatnich dwóch pętlach, czyli zaraz po rozpoczęciu jedenastej godziny biegania, wynosiło kilka sekund ponad 11 minut na okrążenie, czyli grubo poniżej 5 min/kilometr. I tak od samego początku!

Głośnym odliczaniem od dziesięciu do jednego, a następnie jeszcze głośniejszymi krzykami, oklaskami i syreną rozbrzmiewającą w całej kopalni, zakończył się bieg w Bochni. 12 godzin, które na początku wydawało się czymś niesamowitym, potem abstrakcyjnym, a pod koniec absurdalnym, zleciało tak na dobrą sprawę nie wiadomo kiedy. Sobota, od dziesiątej przed południem, do dwudziestej drugiej wieczorem. Cały dzień spędzony na bieganiu… Teraz, kiedy o tym myślę, to podtrzymuję swoje zdanie sprzed kilku akapitów – to abstrakcja i popieprzony pomysł. Ale wszystko w tym zdrowym, biegowym sensie. Myślę, że wiecie o co mi chodzi. Im coś jest bardziej popieprzone i abstrakcyjne, tym lepiej. Bocheńskiej ekipie udało się zrobić niesamowity bieg i jestem przekonany, że utrzymają ten poziom jeszcze przez wiele lat.

Ale pod jednym warunkiem, że start w Bochni pozostanie czymś, gdzie nie można się dostać tak-o, tylko czymś o czym decyduje los. Niech to ciągle będzie bieg w którym udział będzie można potraktować, jako spełnienie jakiegoś małego, biegowego marzenia, jako przygodę, która być może już nigdy się nie powtórzy, bo przecież los jest ślepy. Tak samo jak my bylibyśmy ślepi, gdyby nam w tej kopalni światła wyłączyli.

Co teraz czuję? Że chcę tam wrócić, to po pierwsze. Po drugie czuję, że nabiegałem ponad 43 kilometry, ale nie jest to taki stan, jak po pełnym maratonie. Dzisiaj byłem na małym roztruchtaniu i po paru kilometrach nogi zaczęły wracać do życia.

Co jeszcze? Czuję, że – uwaga, będzie patetycznie – jesteśmy hiperwielką rodziną, a takie biegi tylko to uwydatniają. Przede wszystkim jednak czuję, a w zasadzie wiem, że nawet z ciężkimi nogami, z bólem w mięśniach można biegać, można to robić szybko, a co za tym idzie od soboty wiem, że nie ma takiej siły, która mnie powstrzyma w Dębnie. Nie ma!

Podobne wpisy

15 Odpowiedzi na VIII 12-godzinny Podziemny Bieg Sztafetowy w Bochni. Relacja.

  1. Anonymous napisał(a):

    To ja się boję, że będziesz mnie ciągnął na 3:10 w Dębnie, jak nic Cię nie powstrzyma 😀

    Piękna relacja 🙂

    Pozdrawia Bartuś

  2. Anonymous napisał(a):

    Gratulacje!!!

  3. Emilia napisał(a):

    Fakt, coś w tym jest, że im bardziej impreza biegowa jest popieprzona, tym lepiej 🙂 A ta jest pod tym względem jedną z najlepszych.

    Wielkie gratulacje!

    Ach, te kryzysy w czasie biegu! Podczas mojego nieudanego maratonu w Poznaniu przez pół trasy myślałam sobie, że to pierwszy i ostatni raz, że nigdy więcej nie przebiegnę ani metra, że się na fitness zapiszę jak normalni ludzie, a w kilka sekund po przekroczeniu mety już się odgrażałam, że wiosną też pobiegnę i na pewno poprawię czas 🙂 Każdy biegacz chyba tak ma!

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Kryzysy są nieuniknione. Zawsze fajnie jest wspominać swoje myśli po jakimś czasie. Pamiętam, co myślałem w trakcie i po zeszłorocznym maratonie we Wrocławiu… To były soczyste myśli… 🙂

  4. Kuba (Formatownia) napisał(a):

    Było dokładnie tak, jak napisałeś. Za rok, przy odrobinie szczęścia walczymy o pierwszą 30-tkę!

  5. Wojtek napisał(a):

    No to 3’30” w Dębnie na bank zostanie złamane 😉

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Oby, oby, oby!
      Jestem zadowolony z tego, że dzisiaj już mnie zupełnie nic nie boli:)

      A tak nawiasem mówiąc, to coś u Ciebie system komentarzy wariuje, bo kilka razy próbowałem dodać i lipa…

  6. Anonymous napisał(a):

    Marcin- świetny tekst, ,,dobrze się Ciebie czyta”.

    Teraz Dębno 3:20 😉 ,po tym biegu naprawdę nie było widać żebyś się szczególnie zmęczył 😉 ?

    Krzysiek Kubiak

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Dzięki, Krzysiu!:)

      Jakie 3:20, jakie 3:20? Po 4:45 to ja nie dam rady, choćby nie wiem co… 🙂

      Cieszę się, że tak wyglądałem. O tym będę pisał jutro tutaj, ale wczoraj już nic mnie nie bolało, a dzisiaj zrobiłem sobie trzydziestkę i czuję się fenomenalnie… 🙂

  7. TOMEK napisał(a):

    Czołem, Marcinie!

    Gratuluję rewelacyjnych osiągnięć, zazdroszcząc niejako przy okazji znakomitej formy. Na miesiąc przed Dębnem warto się z niej cieszyć i warto ją hołubić, aby sobie gdzieś nie poszła.

    Im coś jest bardziej popieprzone i abstrakcyjne, tym lepiej – Marcin, to ja miałem to napisać u siebie… 😉

  8. […] był marzec 2012. Pojechałem wówczas do Bochni na superfajny Podziemny Bieg Sztafetowy. Wówczas jeszcze pracowałem w radiu. Mimo, że byłem prezenterem, to stwierdziłem, że zabiorę […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *