VII bieg Grand Prix Warszawy. Relacja.

Autor: • 5 października 2014 • Asfaltowo, Blog, RelacjeKomentarzy (0)1684

To miała być normalna sobota. Planowałem przeczłapać z moim zacnym kolegą, Pawłem, jakieś 20 kilometrów. Ot, tak rekreacyjnie, spokojnie, krajoznawczo. Plan ten umarł tak szybko, jak się narodził, bo do akcji wkroczył znany i lubiany Piotr ‚Kwito’ Kwitowski. A wkroczył  z buta i brutalnie. Mniej więcej tak: pobiegłbymzwamialemożezamiasttegotodyszkawgrandprixco? No, to skoro Grand Prix Warszawy, to może faktycznie pobiegniemy? Dyskusja z Pawłem na ten temat trwała jakieś 30 sekund. Kolejne 30 sekund trwały zapisy. A później zastanawialiśmy się tylko na jaki czas pobiec.

Pierwsza piątka w trupa

Grand Prix Warszawy, to cykl biegów zazwyczaj odbywających się na terenie Lasu Kabackiego. 10 kilometrów po szerokich, leśnych ścieżkach. Przez dwa miesiące bytności w stolicy miałem parę okazji, żeby pobiegać po lesie, ale tak do końca to nie wiedziałem, w jaki czas mogę celować na zawodach. Tymbardziej, że przecież moja forma woła o pomstę do nieba – szczególnie, jak idzie o szybkość. Takich treningów nie przeprowadzam prawie, że wcale. A jeśli już sie jakiś pojawi, to na pewno nie jest on na tyle intensywny, żeby mógł zostać uznany za budujący cokolwiek.

Razem z Pawłem i Piotrem stwierdziliśmy, że polecimy sobie po 4:10, 4:15/km. A jeśli by było za szybko, to wtedy sobie zwolnimy. To dość mocno obrazuje, na jakim poziomie biegowym jesteśmy. Po krótkiej rozgrzewce ustawiliśmy się na starcie. Start wąski, kilkadziesiąt osób dookoła, więc było całkiem ciasno.

3, 2, 1, poooooooszli! Rety, ależ ciasno! Wyprzedzamy, wyprzedzamy, wyprzedzamy! Po 300 metrach biegnę solo. Rzut oka na zegarek. Tempo waha się między 4:00 a 4:10/km. Ok, tak to ma wyglądać. Jeśli wytrzymam do piątego kilometra, to będzie dobrze. Na więcej nie liczę. Nie śmiałbym nawet prosić o więcej. Jest dobrze, jak jest. Kilometr za mną. Fajnie, przyjemnie. Biegniemy w lesie, więc temperatura optymalna. Człapu, człapu. Obroty silnika niezbyt wysokie. Czuję, że serce nie bardzo chce się rozpędzić. Nie zakładałem paska od pulsometru, ale znam siebie na tyle, że wiem, że byłyby to dość niskie wartości. Drugi kilometr minął. Tempo ciągle książkowe. No, to biegnę. Nie ma co się zastanawiać. Gdzie jest Paweł? Gdzie jest Piotr? Odwracam się za siebie – widzę Kwita, który depcze mi po piętach. Trzeci kilometr minął. Długa prosta, wyprzedzam kilka osób. Tam, gdzie z górki, to przyspieszam. Później będzie trzeba pod to podbiec. Agrafka. Zawracam. Wypatruję kolegów. Jest Piotr – może 50 metrów za mną. Mocno goni. Cztery za nami. Wypijam łyk izotonika i wyrzucam pustą butelkę, którą niosłem cały czas ze sobą. Po chwili czuję, że łyknąłem również ze sto litrów powietrza. Shiiit! Jeszcze tempo trzymam, ale kolka zaczyna się szykować do ataku. Zawczasu uciskam bolące miejsce…

Druga piątka jeszcze szybciej

Łojezusmaria! Ależ mi przeponę skręciło. Zwolnię, ale tylko na momencik. Na chwilkę. Uciskam. Niemalże dotykam kręgosłupa. Oddycham głęboko. Przechodzi, mija, wracam do żywych. Szósty kilometr najwolniejszy. Średnie tempo 4:21/km. Ale to już przeszłość. Czuję powera w nogach. Redukuję bieg i przyspieszam. Doganiam tych, którzy zdążyli mnie wyprzedzić. Teraz ja wyprzedzam ich. I się oddalam. Mogą poczytać napisy z tyłu mojej koszulki. Siódmy kilometr w tyle. Trzymam tempo. Przychodzi mi to zadziwiająco łatwo. To jest ten moment biegu, kiedy zaczynam się dziwić. Przecież jestem bez formy. Ja nie mam prawa biec tak szybko. Ale biegnę.

Ósmy kilometr już za mną. Dwa do końca. 40 minut rzecz jasna nie do złamania, ale zbliżenie się do życiówki jak najbardziej realne. Nakurwiam więc. Nieco pod górkę, więc robi się ciężej. Ale to nic. Dziś jestem Superman. He-man. Batman. Dawaaaaaaaj, Kargolu! Kilometr do końca. Uuuuuooooo, przyspieszyć już czy jeszcze nie? Rety, ostatnią dychę biegłem półtora roku temu! A ciul tam, przyspieszam! Ostatnia prosta. Za mną czai się jakaś dziewoja. Nie dam się, przyspieszam jeszcze bardziej. Wpadam na metę z czasem 40:52. To tyle, ile moja życiówka na dychę. Ależ to dziwne.

I co teraz?

Kurczę, nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Nie ukrywam, że w tej chwili czuję się jak dziecko we mgle. Z jednej strony przecież nie mam prawa mieć jakiejkolwiek formy. Wczorajszy bieg tłumaczę sobie superkompensacją po zesżłotygodniowym maratonie. Z drugiej strony jednak taki wynik w marcu 2013 nabiegałem z niemałym wysiłkiem, a wczoraj przyszło mi do dość lekko. I wiem, że gdyby trasa była płaska, afaltowa i atestowana, to nową życiówkę miałbym w kieszeni…

Planuję roztrenowanie. Mam przed sobą jeszcze dwa starty. Za tydzień w sobotę Mini Mazowieckie Tropy, czyli 40 kilometrów na orientację. Myślę, że nie wyjdę na bufona, jeśli napiszę, że liczę tam na miejsce co najmniej w pierwszej piątce. Każdy wynik poniżej tego będzie dla mnie porażką. Za dwa tygodnie po raz drugi pojadę zmierzyć się z Harpaganem, czyli 50 km na orientację po pomorskich lasach. 2,5 roku temu wróciłem z tarczą i ze statutetką za 3. miejsce. Teraz takich oczekiwań nie mam, bo nic dwa razy się nie zdarza – szczególnie na Harpaganie. Po tym natomiast chcę odpocząć jakieś dwa tygodnie. Tylko, czy ja mam po czym odpoczywać? Cały sezon na pół gwizdka, kilometraż tygodniowy/miesięczny żałosny… Fakszit, nie wiem nic.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *