STUdnia – gra miejska. Relacja.

Autor: • 6 grudnia 2014 • Blog, Mapa i Kompas, Relacje5 komentarzy3605

„Dobra, to ja spadam wieszać pranie i kończyć relację z Funex Orient!” napisał Kargol do Pawła Choińskiego, po czym wziął się za tworzenie relacji z dzisiejszych zawodów, czyli gry miejskiej STUdnia, zorganizowanej przez Fundację Maraton Warszawski. Określenie „zawody”, pomimo tego, że element rywalizacji był obecny dość mocno, nie pasuje mi do tego wydarzenia. Przede wszystkim dlatego, że kameralność STUdni oraz ilość fajnych, uśmiechniętych biegowych mordek sprawiały, że absolutnie nie czuło się tego, że na trasie będzie toczyć się jakaś walka.

Punkty i zadania

Dobra, może trochę kłamię. Gdzieś po 20 minutach biegu powiedziałem do Przemka Rosy, który był trzecim ogniwem naszej ekipy Smashing Pąpkins zapomnieliśmy powiedzieć ci o jednym szczególe – chcemy to wygrać. Rzeczywiście od samego początku biegu, który odbywał się dokładnie na 100 dni przez jubileuszowym 10. Półmaratonem Warszawskim, dyktowaliśmy z kolegą Choińskim mocne tempo, które miało nam zagwarantować sukces.

Idea biegu była prosta. Start z Krakowskiego Przedmieścia. 10 punktów kontrolnych, a na każdym z nich wolontariusz fundacji i zadanie do wykonania lub pytanie, na które należało poprawnie odpowiedzieć. 19 zespołów na starcie, co trzy minuty ruszały trzy drużyny, każda na początek do innego punktu kontrolnego. My ruszyliśmy w drugiej turze. Smashing Pąpkins w składzie Choiński, Rosa i Kargol.

Pierwszy punkt przy pomniku M.C. Skłodowskiej i do ułożenia puzzle. Te były wsypane do słoików i należało wybrać jeden z nich. Jako Słoik Roku 2014 błyskawicznie sięgnąłem po najfajniejszy słoiczek. Po wysypaniu zawarości zobaczyłem, że na układance jest biegacz przebrany za ratownika, więc nawet nie zaczęliśmy ich do siebie dopasowywać. Naklejka na kartę startową i ogień z dupy. Kolejny punkt, kolejne zadanie. Złapać zająca. Szybki bieg Wybrzeżem Gdańskim, zając (a może królik) zlokalizowany i złapany. Zając był w porzo, bo dał nam cukierki – dzięki, zającu!!! Kolejny punkt i kolejne zadanie przy Browarnej. 3,5 kilometra za nami.

Zakazane mordki na mecie :)

Zakazane mordki na mecie 🙂

Tempo między punktami nie spada poniżej 4:15/km. Nie straszne nam dziurawe chodniki, przechodnie czy czerwone światła na przejściach dla pieszych. Gonimy jak opętani. Park Breyera, Most Poniatowskiego, Plac Trzech Krzyży (i tworzenie litery „I” za pomocą nas, człowieków), brama przy Poznańskiej i odkodowywanie szyfru, skrzyżowanie Marszałkowskiej ze Świętokrzyską i wymyślanie wierszyka z nazwą drużyny, który później musieli z nami wykrzyczeć przypadkowi przechodnie (na szczęście trick psychologiczny w postaci „o, pójdziecie z nami i nam pomożecie”, czyli postawienie przesympatycznej parki przed faktem dokonanym sprawił, że zajęło nam to bardzo mało czasu), a na koniec Park Saski i liczenie liczby zawodników, którzy przez 9 lat ukończyli półmaratony w Warszawie. Po tym wszystkim jeszcze większy ogień z dupy w stronę mety. Swoją drogą nie sądziłem, że po mieście można w tak szybki i skuteczny sposób ciąć na azymut!

And the winner is

Wszystko zajęło nam nieco ponad 1 godzinę i 6 minut. Przebiegliśmy dokładnie 11 kilometrów, czyli tyle, ile wynosił orientacyjny dystans, podawany przez organizatora. Wiedzieliśmy, że jest dobrze. Nadzieja na zwycięstwo rozżarzała się bardzo szybko. Okazało się jednak, że pojawiła się ekipa szybsza od nas. Wyprzedzili nas o 70 sekund! Smashing Pąpkins zajęli zaszczytne drugie miejsce! Mniej więcej tyle – wspomniane 70 sekund – czekaliśmy na czerwonym świetle na Marszałkowskiej – akurat ruch był za duży, aby ignorować sygnalizator. Choć, co ciekawe, chwilę później byłem bliski przebiegnięcia tuż przed radiowozem w miejscu zupełnie do tego nie przeznaczonym. Na swoje usprawiedliwienie jednak dodam, że w ogóle nie widziałem tego pojazdu! Również o mniej więcej tyle za długo rozkmninialiśmy zagadkę-szyfr w ramach jedno z zadań. Tajemnicy Enigmy, to byśmy nigdy nie rozwikłali…

Flow

Nowy sezon rozpoczęliśmy w sposób niezwykle przyjemny towarzysko. To jest największy plus dnia dzisiejszego. Nie to, że było podium (choć, rzecz jasna, jest to miłe). Plusem jest spotkanie mniej-lub-bardziej-znajomych-ryjków i spędzenie z nimi bardzo fajnego czasu. Plusem jest to, że forma idzie w górę  i że jest w człowieku odczucie, że można było jeszcze doładować do pieca i pociągnąć jeszcze mocniej. Plusem jest ogromna ilość megapozytywnego flow, które rozeszło się dzisiaj w naszych żyłach. Zresztą spójrzcie tylko na zdjęcia w galerii – czy kogoś trzeba przekonywać, że to był naprawdę zajebisty dzień?

Podobne wpisy

5 Odpowiedzi na STUdnia – gra miejska. Relacja.

  1. ww napisał(a):

    Królik, to był królik. Hasłem promującym jeden z półmaratonów było „łap królika”. Fakt, że produkt pracy grafików był taki, że moje dziecko widząc go na stronie zapytało – tato czemu tu jest prosiaczek?

  2. […] alternatywna na marcinkargol.pl, a track z trasy […]

  3. thriathlon napisał(a):

    Dawno mnie tu nie było. Świetna sprawa taka gra miejska, chociaż 10 km wraz z zadaniami w ledwo ponad godzinę… Ciężka sprawa. Ale zabawa musiała być przednia. Gorzej jakby „łap zająca” przerodziło się w „uciekaj przed policją”. 😛

  4. […] Wtorkowe popołudnie. Warszawa, Młociny. Ciemne chmury wiszą nad głowami kilkunastu blogerów i blogerek, których pozwolę sobie nie wymieniać, bo niechciałbym o kimś zapomnieć. Wspolnę tylko o Przemku, po zobaczeniu którego serce me napełniło się radością, gdyż od razu przypomniał mi się nasz wspólny zimowy start. […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *