Sky Tower Run. Relacja.

Autor: • 2 czerwca 2014 • Blog, Relacje2 komentarze2605

Ufffff, uffffffffffff, ufffffffffffff… Matkoboskoinżynieryjno, kto to widział budować tak wysokie budynki?!? Uffff, uffffffff, uffffffffffffffffff… Dwunaste piętro, a ja już mam prawe płuco w gardle. Jezusie Cytrusie, nie przetrwam tego… Ehhhhheeee, eeehhhhhhhhheeee, eeeeeeeeheeeeeeeeeeee… Piętro dwudzieste piąte: półżywi na prawo, zwłoki na lewo. Umrę na śmierć.

212 metrów, 49 pięter, 1142 stopnie

Wrocław stał się kolejnym polskim miastem, które zorganizowało bieg po schodach. Stolica Dolnego Śląska dołączyła do m.in. Warszawy czy Katowic. Dołączyła z hukiem, bo to właśnie tutaj można było wbiec na szczyt najwyższego budynku w Polsce. Sky Tower. Budynek, który widać z odległości kilkudziesięciu kilometrów (a nawet i ze szczytu Śnieżki przy odpowiednich warunkach). Na starcie biegu staneło około pięciuset zawodników nie tylko z Polski, ale też na przykład z Czech. Kilkaset osób, które bardzo pragnęły sponiewierać się wbiegając 49 pięter w górę. Fajne hobby macie, ludzie.

Nie było wiadomo, czego się spodziewać. Wśród zawodników chodziła informacja, że służby ratownicze na wbiegnięcie na szczyt potrzebują około 7 minut. To daje 163 stopnie na minutę. Czyli trochę ponad 2,5 stopnia na sekundę. Troszkę to przerażające. No, ale nic, jak się powiedziało „A”, trzeba powiedzieć „Ź”. 1142 schody. Czułem, że nie będzie to „Stairway to Heaven”. Nie pomyliłem się.

3, 2, 1… I jak zwykle za szybko

Startowaliśmy w 20-sekundowych odstępach. Ja startowałem ponad godzinę po pierwszym zawodniku. Co najważniejsze startowałem po tym, jak swój bieg ukończyli Michał, Radek i Sławek. Taki korespondencyjny pojedynek Blog@czy. Wiedziałem, że muszę wdrapać się na szczyt szybciej, niż w 8:30. Nie wiedziałem, czy to szybko, czy wolno…

Po dwóch minutach biegu wiedziałem natomiast, że wystartowałem za szybko. Znacznie za szybko. Puściłem się sprintem przez pierwsze kilka pięter. Dość szybko dogoniłem zawodnika, który zaczął 20 sekund przede mną. I to by było na tyle, jak idzie o przyjemności w następnych minutach. Gdzieś na siódmym piętrze nogi zaczęły się zakwaszać. Każdy jeden stopień był kolejną porcją kwasu mlekowego w mięśniach. Ekstra. Gdzieś w okolicach dziesiątego piętra przypomniałem sobie słowa Radka, który to zaczął się zastanawiać nad tym, czy nie doświadczył na trasie stanu przedzawałowego. Kolejne minuty były co jedna to gorsze.

Ufffff, uffffffffffff, ufffffffffffff… Matkoboskoinżynieryjno, kto to widział budować tak wysokie budynki?!? Uffff, uffffffff, uffffffffffffffffff… Dwunaste piętro, a ja już mam prawe płuco w gardle. Jezusie Cytrusie, nie przetrwam tego… Ehhhhheeee, eeehhhhhhhhheeee, eeeeeeeeheeeeeeeeeeee… Piętro dwudzieste: półżywi na prawo, zwłoki na lewo. Umrę na śmierć. Jedno piętro kroki co stopień, kolejne co dwa. Ehe, ehe, eeeeheeee, ależ piecze w mostku! Pęcherzyki płucne zaczynają się wykręcać na drugą stronę! Piętro trzydzieste: to bardzo dziwne uczucie czuć smak krwi w ustach. Wiedziałem, że to znak, że wysiłek jest dość hardkorowy. Mimo, że tętno nie dochodziło do maksa. Uffffffffffffffffffffff, uffffffffffffffffff, eheheeheheeeeeeeeeee, ufffffffffffffffffffffff… Piętro czterdzieste: zawsze mnie zastanawiało jak to jest, że przy okazji niedotlenienia ludzie nie potrafią wykonać prostych działań matematycznych. Mój dług tlenowy pozwolił mi na doświadczenie tego. Chciałem policzyć, ile czasu zajmuje mi pokonanie każdego piętra. Niby nic trudnego. Liczby na ścianach ogromne, liczby na garminie ogromne. Wystarczy dodać, odjąć, whatever. Proste, a jednak niewykonalne. Zupełnie sobie nie mogłem z tym poradzić… Piętro czterdzieste dziewiąte: ostatnie stopnie, zakręt w prawo, meta! Medal na szyję, zawodnik na podłogę! 8:54 na mecie.

Leżałem na podłodze dobre 15 minut. Dojście do siebie nie było proste. Najbardziej smuci mnie to, że w tym całym zmęczeniu zapomniałem o tym, że przecież jestem na 49. piętrze Sky Tower. Na tarasie widokowym! Że mogę sobie pooglądać Wrocław z Tak-Wysoka-Że-Ojej. Zapomniałem i nie skorzystałem. Po upewnieniu się, że nie umarłem, poszedłem do windy i zjechałem na dół.

Wbrew pozorom nogi bolały mnie najmniej po tej całej imprezie. Czułem się tak dobrze, że godzinę później pobiegałem jeszcze 60 minut po korcie do squasha. Ale wzięcie głębokiego oddechu jeszcze w niedzielę kończyło się kaszlem jak u starego gruźlika…

Wnioski na przyszłość

Po pierwsze: nie biec na pałę od pierwszych metrów,
po drugie: nie biec na pałę od pierwszych metrów,
po trzecie: mieć większy respekt przed biegiem po schodach,
po czwarte: nie biec na pałę od pierwszych metrów…

🙂

Podobne wpisy

Jedna odpowiedź na Sky Tower Run. Relacja.

  1. Gohs napisał(a):

    Można się zmęczyć od samego czytania 😉

  2. thriathlon napisał(a):

    Po przeczytaniu Twojego wpisu (niemal czuje się ten smak krwi w ustach i widzi się te zwłoki) faktycznie nabrałem większego respektu do schodów 😉 Gratuluję zdobycia Sky Towera!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *