Run to the hills.

Autor: • 7 lutego 2012 • Blog, Inne2 komentarze1885

Długo się zastanawiałem od której strony ugryźć to, czym chcę się podzielić i z czego się cieszę jak dziecko, które dostało cukierka. W zasadzie to do tej pory nie wiem, czy napisać wprost: we wrześniu biegnę 100 kilometrów w Ultramaratonie 7 Dolin podczas Festiwalu Biegowego w Krynicy, czy może tego nie pisać od razu, tylko zacząć od idei, która temu przyświeca. Chociaż nie – to jest złe sformułowanie. Tu nie chodzi o ideę, a raczej o bodziec, który mnie do tego zmobilizował…
Bodźce są trzy. Ustawiły się tak, że nastąpiła reakcja łańcuchowa, która doprowadziła do tego wszystkiego. Mimo, że z chemii zawsze byłem noga (jedyne co udało mi się zapamiętać, to parę pierwiastków i to, żeby wlewać zawsze kwas do wody, lub jakoś tak), to mogę powiedzieć, że osoby, o których wspomnę poniżej były niezwykle skutecznym katalizatorem reakcji, jakie we mnie zachodziły. Gdyby nie to, to pewnie ciągle byłbym na dziewiczym etapie: chciałbyyym, ale booooję sięęę… I tak dalej.
Bodziec pierwszy – pani P. (Tomku, pozwolisz, że na potrzeby tego wpisu splagiatuję od Ciebie sposób nazywania postaci? Muszę być czujny, bo ACTA czuwa…). Pani P. była bardzo ważna, pani P. była wielkim wsparciem dla mnie i dla mojego biegania. Była. Bo już jej nie ma i nie będzie. Wyrwała kawał serca i sobie poszła. Czymś tę dziurę musiałem załatać. Wypełnienie samo przyszło w postaci myśli: kurczę, ciekawe jakby to było wystartować w Biegu Rzeźnika… zresztą, nie ma się co zastanawiać, pobiegnę, a jeśli przebiegnę, to będę myślał o B7D…
I w tym momencie pojawił się bodziec drugi – Pani J.. Pani J. w sposób wyrafinowany lecz skuteczny potrafiła przekonać mnie, że niepotrzebnie się zastanawiam, że powinienem zacząć działać i że na pewno sobie poradzę i w Rzeźniku i w B7D i bla bla bla i ble ble ble i inne tego typu motywujące historie. Ile było w tym wiary w drugiego człowieka, a ile ludzkiej grzeczności? Nie wiem. Ważne, że było to na tyle skuteczne, że…

Bodziec trzeci – Pani I.. Z panią I poznałem się prawie rok temu podczas maratonu w Łodzi. Ja prowadziłem grupę na 4:30, a pani I. próbowała za nami nadążyć i praaaaaaaaaaaaaaaawie jej się udało. Po biegu kontakt pozostał. Wspólnie będziemy biec podczas Półmaratonu Warszawskiego. To znaczy ja znów jako zając z grupą na 2:00, a pani I. będzie miała za zadanie spieprzać przede mną. Pani I. też biegnie w Rzeźniku. I była zapisana na Koral Maraton – to maraton podczas wspomnianego już Festiwalu Biegowego. Była. Bo od słowa do słowa, od maila do maila wyszło tak, że się przepisała na dystans ponad dwa razy dłuższy. Nakręciła się podobnie, jak ja. Startujemy wspólnie i mam nadzieję, że nikt nikogo nie będzie musiał zostawić na trasie i że wspólnie uda nam się dotrzeć do mety.
Czuję, że przyszedł czas na zmiany, przyszedł czas na kolejny etap realizacji siebie, jako połykacza kilometrów. Lubię zwijanie asfaltu, lubię pokonywanie kilometrów w środku miast, lubię równy rytm, jaki wybijają moje buty, uderzając o jezdnię. Myślę i czuję, że dojrzałem do tego, żeby sprawdzić czy polubię zupełnie odmienny sposób biegu, zupełnie odmienne wrażenie wzrokowe i akustyczne, zupełnie odmienne krajobrazy, zupełnie odmienny rodzaj zmęczenia. Żeby uniknąć niejasności – jestem szczęśliwy z moją asfaltową kochanką, dobrze mi z nią i nie zamierzam z niej rezygnować. Jednak samczy instynkt każe mi podążać w kierunku tego, co nieznane, a co kusi mnie w sposób bardzo jawny i skuteczny. Myślę jednak że – odwrotnie niż w życiu – obie panie się polubią i nie będzie zazdrości oraz walki o mnie i wszystko da się pogodzić. Bez uszczerbku dla nikogo.

Podsumowując – biegnę we wrześniu ultramaraton. 100 kilometrów. Po górach! Ultramaraton 7 Dolin. Przewyższenia: +4400m/-4400m. Nie ogarniam jeszcze tych liczb swoim umysłem. Myślę, że zaczną do mnie docierać, kiedy zakończę przygotowania do Dębna i skupię się na tej górskiej części sezonu. Część mnie jest już w Beskidzie Sądeckim. Już widzę siebie, jak pokonuję kolejne kilometry, jak sprawnie załatwiam co trzeba na przepakach, jak na Garminie dystans zwiększa się wprost proporcjonalnie do mojego zmęczenia, a mimo to prę do przodu. Aby ukończyć. Aby wygrać! Nieważne, że zajmując odległe miejsce – dla mnie pokonanie siebie będzie niczym pokonanie wszystkich innych… 

Podobne wpisy

Jedna odpowiedź na Run to the hills.

  1. TOMEK napisał(a):

    Panie Marcinie,
    może Pan sobie plagiatować moje sposoby. Może pan nawet kopiować framgenty moich wpisów. Bo mi ACTA zwisa zupełnie.

    Marcin,
    my zawsze wygrywamy. Mój wujek, imię jego STefan, zawodowy sportowiec, obecnie trener piłkarski, powiedział mi kiedyś, że tacy jak my biegacze, to najlepsi sportowcy. Wiesz, dlaczego?

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Próbuję wykombinować dlaczego… Chciałbym znaleźć jakąś fajną metaforę. Może dlatego, że od startu z każdym krokiem mamy co raz bliżej mety i choćbyśmy się czołgali i tak w końcu tam dotrzemy? Czy może coś innego wujek Stefan miał na myśli?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *