Rudawska Wyrypa. Relacja. Część pierwsza.

Autor: • 7 maja 2012 • Blog, Góry, Mapa i Kompas, Relacje2 komentarze1907

Jeszcze jakiś czas temu pisałem tutaj, że na starcie jakiegokolwiek biegu na orientację stanę w przyszłym roku. Zupełnie nie miałem w planach tego, żeby jeszcze w tym roku napierać gdziekolwiek z mapą i kompasem. Ale że człowiek jest podatny na wiele wpływów, a na mnie delikatnie acz skutecznie wpływał Borman, ugiąłem się i postanowiłem, że razem z nim wystartuję w nowym biegu w kalendarzu BnO.  W Rudawskiej Wyrypie, której pierwsza edycja odbyła się w minioną sobotę w Karpnikach koło Jeleniej Góry. Na pewno jednak w życiu bym nie napisał, że w swoim debiucie w takiej imprezie (co w wielkiej mierze zawdzięczam Bormanowi) zajmę 15. miejsce na ponad 100 osób i przetrwam ją w całkiem poprawnej kondycji psychofizycznej. Ale do rzeczy…
Nie wiedziałem, czego się mogę spodziewać po takiej imprezie. Biegi na orientację znałem tylko z opowieści i relacji, które znalazłem w internecie. Z mapą i kompasem obywałem się samodzielnie na treningach, lub przyswajając wskazówki również odnalezione w internecie. Wiedziałem też, że moja technika, jak idzie o pokonywanie terenów stricte górskich, czy też kiepsko przebieżnych pozostawia wiele do życzenia. W końcu 98% biegowego czasu spędzałem na asfalcie. Bałem się, że zamarudzę Bormanowi. Nie chciałem być tylko ogonem, który będzie musiał za sobą ciągnąć przez tyle godzin. Byłem bardzo zdeterminowany, żeby wytrzymać kondycyjnie to, co przyniesie bieg, a także żeby moja mapa i mój kompas nie były tylko balastem, ale żebym i ja wniósł coś do naszej nawigacji.
Godzinę przed startem już było bardzo ciepło. Bezchmurne niebo i kupa słońca. Prognozy pogody mówiły o burzach i deszczu na popołudnie. To sprawiało, że zastanawiałem się do samego końca, czy wsadzić do plecaka lekką kurtkę. W rezultacie nie wsadziłem. Tak samo (ale to już przez sklerozę) jak skarpetek na zmianę (byłem przekonany, że prędzej czy później buty i stopy przestaną być suche). Wziąłem za to ze sobą parę kabanosów, dwie bułki z szynką, słone orzeszki, parę jakichś batonów zbożowych, folię NRC, plastry na odciski, telefon, no i 1,5 litra izotonika w bukłaku. Dzień wcześniej kupiłem nowy plecak biegowy, ale w wersji trail. I to był doskonały zakup. Pomieściłem to wszystko z wielką swobodą, jeszcze kupa miejsca była, po założeniu na plecy w ogóle nie czułem wagi plecaka, a po dotarciu na metę nie znalazłem ani jednego obtarcia.
Kilkanaście minut przed startem dostaliśmy mapy wraz opisami punktów kontrolnych. Punktualnie o 9 rano wybiegłem na trasę swojego pierwszego BnO w życiu. Pierwszy PK był zarazem startem odcinka specjalnego. Wystartowała nas ponad setka ludzi, więc OS z dowolną kolejnością zaliczania PK na samym początku był doskonałym pomysłem. Towarzystwo się dzięki temu rozproszyło i przerzedziło. Na PK01 dostaliśmy mapy do OS-a i polecieliśmy w teren.
Jako pierwszy zaatakowaliśmy punkt S13. W zasadzie to Borman sam podjął taką a nie inną decyzję, a mi nie pozostało nic innego, jak się pokornie dostosować. Dzięki dość łatwemu dolotowi do niego poszło szybko i bezboleśnie. Następnie S14. Najpierw na azymut przez gęsty las do drogi, a z niej po paruset metrach atak na punkt. Atak, po którym przestało być sucho w moich butach. Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Kolejne punkty również nie sprawiały nam wielkich trudności. Dwa razy mieliśmy chwile zwątpienia i głębszego nawigacyjnego zastanowienia. Raz poszukiwaliśmy punktu kilkadziesiąt metrów za wcześnie, czego ślady mam na łapach – sosnowe gałęzie drapiąc, nie sprawiają przyjemności.
A drugim razem lampion był umieszczony w innym miejscu, niż to było zaznaczone na mapie. Nie mogłem sobie podarować, że trzykrotnie przechodziłem kilkanaście metrów obok punktu i nie zajrzałem w oczywiste miejsce, gdzie ten lampion był. Na szczęście nie tylko my straciliśmy tam ładnych kilka minut. Tak na dobrą sprawę, to mniej więcej po drugim, może trzecim punkcie kontrolnym załapałem tok rozumowania Bormana i zacząłem czytać mapę w taki sposób jak on. Nie musiałem się pytać, jaki wariant dojścia do punktu chce obrać, a przy okazji pomysłu na inny wariant, mogłem go śmiało zaproponować, dzięki czemu współpracowało nam się bardzo dobrze nie tylko na odcinku specjalnym, ale na całej trasie.
Meta OS-u, to zarazem PK09 całem trasy i tak na dobrą sprawę początek zabawy. Na PK09 pojawiliśmy się po około dwóch godzinach i pokonaniu 14 kilometrów. Jako że OS był pokonywany w dość szybkim tempie, a plecak zostawiłem na jego starcie, zaraz po dobiegnięciu musiałem szybko uzupełnić płyny w człowieku, bo czułem się porządnie wysuszony. Nie byłem jednak fizycznie zmęczony. Czułem się bardzo nakręcony na dalsze napieranie. Tymbardziej, że okazało się, że przed nami z OS-u wyszło tylko koło dziesięciu osób. Zapakowałem do plecaka parę ciastek, wybraliśmy z Marcinem wariant przelotu do PK10 i polecieliśmy dalej. Nie uleciałem jednak daleko, bo już po mniej więcej kilometrze musiałem przystanąć i zakleić plastrem rodzący się w bólach pęcherz w okolicach pięty (w tym momencie wyszedł brak suchych skarpetek w plecaku). Po opatrzeniu stopa narodziła się na nowo i można było lecieć dalej. Dolot do PK10 był bardzo oczywisty, więc można było puścić nogi, bo do pewnego momentu było bardzo z górki. Potem zaczęła się wspinaczka szlakiem do samego PK (punkt umieszczony przy ruinach Zamku Bolczów). Krótka chwila na odnalezienie go, podbijamy, wybieramy wariant do PK11 i lecimy dalej.Po drodze do PK11, korzystając z fragmentu trasy pod górkę, zjadłem bułę, bo głód zaczął zaglądać mi w oczy. Poza tym obaj czuliśmy się bardzo rześko. Tam, gdzie trasa się wznosiła – maszerowaliśmy. Tam, gdzie było płasko lub z górki – biegliśmy. Narzucałem na zbiegach dość mocne tempo, licząc na to, że nie zemści się to w końcówce. Będąc w połowie drogi do PK11 stwierdziliśmy, że mogliśmy wybrać nieco inny wariant dojścia do tego punktu. Co się stało, to się nie odstanie. Idziemy, biegniemy, mamy dobre tempo, dobre zdrowie, nie ma co narzekać. Żeby dostać się do PK11 należało wspiąć się na szczyt wzgórza Wołek. Bardzo strome podejście, które dało się we znaki kończynom dolnym. Wysiłek został jednak wynagrodzony łatwym do odnalezienia lampionem, a przede wszystkim niesamowitym widokom, jakie mogliśmy popodziwiać. Niestety na podziwianie czasu nie było zbyt wiele. Podbicie karty i napieramy w kierunku PK12. Punktu na którym zaliczyliśmy pierwszą tego dnia nawigacyjną wtopę…

CDN.

Podobne wpisy

Jedna odpowiedź na Rudawska Wyrypa. Relacja. Część pierwsza.

  1. borman napisał(a):

    Maniuś przy PK12 nie było tak źle, mały dysonans ot, co. W zasadzie PK znaleźliśmy po 5 minutowym zamieszanku. Żadna tam wtopa 😀 .

  2. Anonymous napisał(a):

    Marcin, znowu startowałeś z czymś czego nie przetestowałeś wcześniej ;] (to już wiesz kto pisze)

    Gratuluję wyniku !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *