Rudawska Wyrypa. Relacja. Część druga.

Autor: • 8 maja 2012 • Blog, Góry, Mapa i Kompas, Relacje8 komentarzy3105

Borman twierdzi, że PK12 nie był nawigacyjną wtopą. Niech tak będzie. To nie była wtopa, tylko rozkojarzenie, do tego lekkie niedoczytanie mapy i fatalny wybór wariantu dojścia do niego. Z mapy wyglądało wszystko cudownie, a rzeczywistość okazała się mokra, błotnista i bardzo nieprzyjemna. Trzymając się strumienia, mielibyśmy pewny punkt ataku na PK12. Polecieliśmy jednak na azymut, tracąc ładnych parę minut. Na dodatek okazało się, że punktu było tam, gdzie go szukaliśmy. Granica kultur – jest. Las i łąka – jest. Ale ruin i lampionu nie ma. Przyglądam się dużej mapie. Przyglądam się mapie z opisami i doznaję olśnienia. PK jest na pewno 200 metrów dalej, dam sobie za to łapy obciąć. Biegniemy tam i faktycznie – wisi lampion, jak malowany. Podbijamy karty i kierujemy się w stronę PK13.
Mieliśmy w nogach 4,5 godziny napierania i jakieś 26 kilometrów na liczniku. Mimo to moje samopoczucie było lepsze niż poprawne. Wariant do PK13 był bardzo oczywisty, a co najważniejsze z wsią w połowie. Kiedy tylko dotarliśmy do miejscowości, zawitaliśmy do sklepu na ekspresowe zakupy. 10 złotych, które wziąłem na trasę, przydało się bardzo. Zimna cola + zimny napój energetyczny orzeźwiło mi człowieka i można było napierać dalej. Przed nami długi i prosty pod względem nawigacji fragment trasy. Do PK13 dotarliśmy mijając kolorowe jeziorka (które jakoś specjalnie mi dupy nie urwały). Punkt schowany za drzewem, ale znaleziony bardzo szybko. Rzut oka na mapę i kolejny prosty wariant prowadzący do PK14. Wariant, który upłynął pod znakiem Bormanowego kryzysu.
Mapa z naniesioną trasą,
którą się poruszaliśmy.

Ja miałem w sobie spore pokłady mocy (tak mi się przynajmniej wydawało), Borman, na tamten moment, miał ich znacznie mniej. Maszerowaliśmy szlakiem prowadzącym do kolejnej miejscowości. Borman chciał mnie wyganiać do przodu, ale mi to nawet przez myśl nie przeszło. Raz, że przyjechałem tu z nim i za jego namową i skoro razem wystartowaliśmy, to chciałem razem z nim skończyć ten bieg – obojętnie w którym momencie i z jakim wynikiem, a dwa, wiedziałem, że jeszcze kupa drogi przed nami i niespecjalnie chciałem w swoim pierwszym starcie zostać sam. Wiedziałem, że mnie też czeka kryzys, nie wiedziałem tylko w którym momencie. Im bardziej szlak zaczął opadać, tym Borman bardziej odżywał. Przelecieliśmy przez jakąś wioseczkę umieszczoną w kotlinie i zaczęliśmy się wspinać w stronę PK14, umieszczonego niedaleko jakiegoś kamieniołomu. Podczas wspinaczki trzy rzeczy stały się faktem: po pierwsze to, że zobaczyliśmy dwóch zawodników, którzy mieli już dość i zrezygnowali, po drugie ujrzeliśmy zapierające dech w piersiach widoki (ale to takie widoki, jakich jeszcze nie widziałem), a po trzecie Borman zaczął wracać do żywych. PK14 znaleźliśmy bez problemu, wyznaczyliśmy przebieg do PK15 i ruszyliśmy dalej.

6,5 godziny na trasie, 38 kilometrów w nogach. Bukłaki w plecakach zaczęły się robić puste. Najchętniej napełniłbym bukłak wodą ze strumienia, który spływał tuż obok kamieniołomu, ale zabrakło narzędzia, którym możnaby to uczynić. Na szczęście wariant do PK15 przebiegał tuż obok jakichś gospodarstw. Dzień dobry, dzień dobry! Można skorzystać z kranu? Można. Tankowanie do pełna i lecimy dalej. Brnęliśmy do przodu w zasadzie bez problemów, choć zauważyłem (czego głośno nie powiedziałem), że oto nadszedł moment, w którym rozmowy cichną. Nogi na szczęście niosły. Doniosły nas bez problemów do PK15. A następnie zaczęły nas kierować na PK16…
Mój współtowarzysz stwierdził: idźmy za słupami! One nas doprowadzą pod sam punkt! Ja stwierdziłem: mam dość, mam kryzys, tam są gałęzie, kamienie i woda. Ale kiedy kończyłem swoje stwierdzenie, Borman przedzierał się już w dół. Nie pozostało mi nic innego, jak iść za nim. Wg opisu organizatora PK16 powinien był położony przy rozwidleniu strumieni. I tego szukaliśmy. Co chwila się potykałem, we łbie miałem stan taki, jak na 40 kilometrze maratonu.

Prawa noga. 55 kilometr biegu.

Totalna sieczka, brak możliwości skupienia się na czymkolwiek, chęć położenia się i nie wstawania aż do świąt. Napierałem w dół z tą sieczką we łbie i zupełnie niespodziewanie przestałem napierać. Wypieprzyłem się w sposób bardzo efektowny. Pieniek po jakimś drzewu odbił mi się na lewej piersi, a moja twarz wylądowała kilkanaście centymetrów od następnego. Pół Rudaw usłyszało gromie „kurwaaaaaaaaaaaaaaa” z moich ust. Wstałem, policzyłem czy mam wszystkie zęby, ręce i nogi i zacząłem schodzić dalej. Docieramy do miejsca, które wydaje nam się miejscem, w którym położony jest PK. Są trzy strumienie, jest jakiś szlak obok, niby wszystko gra. Szukamy. Minuta. Pięć. Piętnaście. Nie ma! Borman zszedł kilkaset metrów niżej. Natomiast ja kilkaset metrów wyżej zobaczyłem, że mamy ogon! Pół godziny spędzone na poszukiwaniach i ktoś nas doszedł. Zadzwonił Borman, ma punkt! Ciągle z kryzysem, ale zapieprzam w dół. Podbijam w try miga, komunikuję partnerowi, że gonią nas źli ludzie. Partner komunikat przyjął i narzucił ostre tempo w stronę PK17.

Na mapę patrzyłem tyle o ile. Aby się nie zgubić. Ten fragment trasy, to całkowicie pomysł Bormana. Ja sadziłem pod nosem soczyste przekleństwa i zmuszałem mózg, do wyłączenia modułu odpowiedzialnego za odczuwanie kryzysów. Chciałem, żeby wziął przykład z nóg, które pomimo odcisków i otarć spowodowanych mokrymi skarpetkami, podawały w sposób zadziwiający dla mnie. Mózg w trakcie zmierzania do PK17 zobaczył (to znaczy zobaczyły oczy, ale mózg zakodował) stację benzynową. Wiedziałem, że jeśli zaraz się nie napiję zimnego energetyka, to umrę. Wariant z zaliczeniem stacji okazał się na szczęście szybki i wygodny. Spotkaliśmy też nasz ogon. Wtedy jeszcze ruszyliśmy dalej przed nim. Nie na długo. PK17 był umieszczony na szczycie Parkowej Góry. Co za ponury żart – pomyślałem, patrząc na pokonany dystans, na czas jaki minął od startu, na pogodę (zaczęło grzmieć i padać) i na to, ile jeszcze drogi przed nami… 
A droga była długa. Między PK17 a PK18 był kawał odległości. Najpierw asfaltem do kolejnej wiochy, a potem szlakiem prosto do punktu. Dotarcie do PK18 zajęło nam prawie godzinę. Ogon już nas wyprzedził. Palce u stóp miałem spuchnięte tak, że nie mogłem nimi ruszyć. Pod lewą stopą zaczął rodzić się cholernie piekący odcisk. Zaczęła się zabawa. 
Marudziłem, narzekałem, rzucałem mięsem. A Borman nic. Kiedy chciał biec – biegł. Kiedy chciał przyspieszyć – przyspieszał. Za plecami pojawił się kolejny ogon. No, to Borman zredukował bieg. Boli mnie, kurwa, chłopie! – tak chciałem krzyknąć. Ale słowem się nie odezwałem. Robiłem co tylko się da, żeby nie zawieść partnera. Koło PK18 doszedł nas ogon. Borman ominął punkt, ja go na szczęście zobaczyłem z biegu. Podbiliśmy karty, ogon poleciał do PK19 swoim wariantem, a my swoim. 
Myśleliśmy o przelocie na azymut, ale z mapy wynikało, że będzie bardzo mokro i bardzo błotniście. Bagiennie wręcz. Dlatego też pojawił się pomysł, żeby polecieć do pewnego momentu asfaltem i wbić się na groblę okalającą stawy, którą dotrzemy niemalże pod sam punkt. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Tyle, że dostanie się na groblę nie było takie proste. Myśleliśmy o jakimś mostku, może drzewie. Czymkolwiek. Niestety. Cztery metry wody po kolana. Iść czy nie iść? Nie spodziewałem się nawet, że będziemy jeszcze kombinować. Iść. Po tej przeprawie stopy zamieniły mi się w najdorodniejsze kalafiory, jakie w życiu widziałem, a w butach miałem tyle mułu, że mógłbym mały zameczek zbudować. Oczyściliśmy nogi na tyle, na ile to było możliwe i polecieliśmy dalej. 
Totalnym zaskoczeniem było dla mnie to, że byliśmy 9 godzin w trasie, a ja ciągle żyłem. Docieramy w okolice PK19, przedostatniego na całej trasie (PK20 to meta). Co najciekawsze docieramy razem z naszym do niedawna ogonem. Jak się później okazało, się chłopak totalnie zgubił i wyszedł gdzieś poza krawędź mapy. Szukamy punktu. W tych poszukiwaniach co chwila potykam się o krzaki jeżyn. Moje piszczele płaczą z bólu. I krwawią też. Ale ja to mam już gdzieś. W końcu odnajdujemy punkt. Ogon podbija go jako pierwszy i zaraz znika nam z oczu. Borman narzeka na ból kolana, nie ma sensu gonić kogokolwiek. Zmieścimy się w dziesięciu godzinach, jest dobrze!
Do mety docieramy maszerując. Czuję się przeżarty, wypluty, ale cholernie szczęśliwy. Jest zupełnie inne zmęczenie, niż po maratonie. Znacznie przyjemniejsze, mimo że jakby głębsze. Na poziom endorfin wpływa również to, że przed nami na metę dotarło bardzo niewiele osób. Jak się okazało zajęliśmy z Bormanem 14 miejsce na 106 osób, które wystartowały! Dotarliśmy do mety po pokonaniu 57 kilometrów w 9 godzin i 48 minut. Nie spodziewałem się, że pójdzie nam aż tak dobrze. Nie spodziewałem się, że wszystko ułoży się tak gładko, pomimo tego, że to był mój debiut w takiej imprezie. Oczywiście gdyby nie Borman, to wyglądałoby to zapewne trochę inaczej. Za tę cierpliwość i pomoc, Maniuś, bardzo Ci dziękuję. I za to, że pokazałeś mi, że BnO, to taka zajebista zabawa! Koko, BnO, Spoko!

Podobne wpisy

8 Odpowiedzi na Rudawska Wyrypa. Relacja. Część druga.

  1. Anonymous napisał(a):

    Marcin, gratulacje za bieg! No, pocisneliście porządnie…
    A plan na ten rok bardzo ambitny, powodzenia!
    pardita

  2. Emilia napisał(a):

    Rewelacyjna impreza! Gratulacje. Ale boleć musiało…

  3. Paweł Antoni Pakuła napisał(a):

    Na długą orientację nigdy w spodenkach – nauczyłem się tego po rogainingu 24h w Czechach 2 lata temu. Moje piszczele wyglądały podobnie jak Twoje.

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Ja wiedziałem, że będzie boleć, tyle że bieganie w długich spodniach w wysokich temperaturach jest zupełnie nie dla mnie…

    • borman napisał(a):

      Mi osobiście nie przeszkadza siekanie łydek przez krzaczory. Jestem jak czołg, nie zwracam uwagi na kolce, gałęzie, pokrzywy, czy inne paskudztwo. Poza tym jak biegam „na długo” to zawsze o coś zahaczę nogawką, zaliczę glebę i przy okazji coś podrę. Tak, zdecydowanie wolę biegać w krótkich leginsach 🙂 .

  4. Anonymous napisał(a):

    Jak ten Twoj plecaczek sie nazywa (nazwe producenta widac na zdjeciach)?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *