Rudawska Wyrypa 2013. Studium porażki.

Autor: • 6 maja 2013 • Blog, Góry, Mapa i Kompas12 komentarzy842

Druga edycja GEMnO Rudawska Wyrypa 2013 zakończyła się dla mnie niemalże tak szybko, jak się rozpoczęła. Apetyt po podium na Harpaganie miałem rozbudzony. Fizycznie i psychicznie byłem przygotowany na duży wysiłek. Niestety wszystko potoczyło się zupełnie nie tak, jak miało się potoczyć. Dwie godziny w samochodzie, godzina w bazie zawodów, trzy godziny na trasie, godzina w bazie zawodów, dwie godziny w samochodzie. I duże rozczarowanie połączone z równie dużym wkurwem.

Z dużej chmury…

Na kilka dni przed imprezą skontaktował się ze mną mój zacny kolega, Seweryn. Ten sam z którym za trzy tygodnie będę starał się o połamanie 12h w Biegu Rzeźnika. Ucieszył mnie ten telefon, bo uznałem, że RW i wspólne 50 kilometrów będzie doskonałym testem dla naszej dwójki – niby znamy się nie od dziś, ale jednak kilkanaście godzin wspólnie na trasie to zupełnie inna sprawa (choć z ubiegłym roku swojego rzeźnickiego partnera poznałem dopiero na kilkanaście godzin przed biegiem i skończyło się to świetnie – pozdrawiam Cię, Jędrzeju!). Tak czy siak plan był taki, że powalczymy wspólnie.

To był plan A. Planu B nie było, bo nikt nie brał pod uwagę żadnej innej ewentualności, jak ukończenie RW z całkiem solidnym rezultatem. Na liście startowej było sporo mocnych nazwisk, więc celowałem w okolice 10. miejsca. Przed biegiem mówiłem do Seweryna – mając w pamięci zeszłoroczną Rudawską Wyrypę – że to, jak będzie wyglądał cały bieg, okaże się na odcinku specjalnym. Na RW jest obowiązkowa kolejność zaliczania punktów, za wyjątkiem OS-u, gdzie na mapie sportowej jest pozaznaczanych kilka PK, które zaliczamy w kolejności dowolnej. I ta wspomniana mapa sportowa była jednym z powodów porażki.

…mały deszcz, czyli trzy stadia bycia-niewiadomo-gdzie.

Mapa sportowa to raz, a dwa to coś, co nazwałem Syndromem Pierwszego Punktu. SPP to taka przypadłość, gdzie w całym tym biegowym flow i startowej adrenalinie człowiek zapomina o tym, że musi się skoncetrować i pilnować tak istotnych szczegółów, jak kompas, mapa, poziomice, kroki, metry i inne takie historie, które pozwalają się odnaleźć w terenie i namierzyć na punkt. A co z tą mapą sportową? Właśnie nie wiem co, bo brak mi słów na jakiekolwiek wytłumaczenie pomroczności jasnej, która dopadła nas na odcinku specjalnym. Jak rok temu wstrzeliłem się w skalę w miarę szybko, tak teraz 1:12500 zabiło mnie zupełnie i totalnie i już wariant ataku na pierwszy punkt, który chcieliśmy zaatakować wyprowadził nas w pole.

Tam straciliśmy ze 40 minut. Ale pomyślałem sobie, że to złe miłego początki. Polecieliśmy dalej do kolejnego wybranego przez nas punktu. Ścieżki, skały, wzniesienia – wszystko się zgadza. Wspinam się na jakieś kamienisko, łażę między krzakami, lampionu nie ma – nic się nie zgadza. Frustracja rośnie, wkurw rośnie. Kolejne 40 minut stracone po kolejnym znalezieniu się w czarnej dupie. Dodam, że w tym miejscu minęła nas czołówka, która wybrała odwrotny wariant zaliczania punktów. Ja wkurwiony, a mijający nas Kuba Molski uśmiechnięty – jak Kubę darzę sympatią, tak mnie ten widok zdenerwował i zasmucił.

Trzecim stadium zagubienia było wylecenie w totalny kosmos podczas poszukiwań kolejnego punktu. Jak się okazało później, krążyliśmy wokół niego nie mając pojęcia, że tak właśnie robimy. Nic nam nie grało, nic nam nie zgadzało. Miałem dość. Dodatkowo zaczęli nas mijać piechurzy. Piechurzy, którzy też zaczęli zaliczać PK od drugiej strony. To był dramat. My mieliśmy dwa PK, a im brakowało dwóch do skończenia OS-u. Wiedziałem już, że to nie ma najmniejszego sensu. Rok temu po dwóch godzinach wychodziłem z odcinka specjalnego, a teraz od zakończenia byłem tak daleki, jak od rekordu świata w maratonie. A może i dalszy.

Studium porażki.

Zaliczyliśmy jeszcze jeden punkt kontrolny. Poszukiwania kolejnego przerwaliśmy w połowie. Stwierdziliśmy, że to wszystko mija się z celem. Chłodna analiza nie pozostawiła żadnych wątpliwości – schodzimy z trasy. Mogliśmy walczyć dalej, w końcu byśmy wyszli z tego OS-u. Tylko co z tego? Natłuklibyśmy kilometrów jak popieprzeni, spędzili pierdyliard godzin na trasie, wymęczyli się jak konie pociągowe, stracilibyśmy kolejny tydzień na regenerację… Po co? Mnie samo ukończenie nie bawi i nie kończy – co innego nabiegać ~60 kilometrów w 7,8 godzin i zająć dobre miejsce, zgarniając fajne punkty do Pucharu Polski, a co innego wymęczyć się dla samei idei dotarcia na metę.

I w ten oto sposób z pieśnią na ustach i rozczarowaniem w sercach ruszyliśmy marszem w stronę bazy zawodów. A tam czekali na nas jak zwykle przemili organizatorzy z równie przemiłym psem, makaron z mięchem i piękne pałace w Łomnicy, skąd w tym roku startowaliśmy. Spotkałem również Irka Kociołka, który w tym roku walczył na trasie rowerowej. Irek rok temu również zrezygnował z biegu w tym samym momencie, więc poczułem się jakoś lżej.

Z jednej strony żal i złość są we mnie spore – trzeci raz w życiu zszedłem z trasy; ale ze strony drugiej cieszę się, że udało się racjonalnie pomyśleć o tym wszystkim i podjąć decyzję o rezygnacji chyba w najlepszym możliwym momencie. Dzięki temu i ja i Seweryn możemy skupić się na przygotowaniu do Biegu Rzeźnika, przy okazji zaliczając jeszcze po jednym starcie – takim na dopełnienie wiosennej, życiówkowej radości. A punkty w PMNO pozdobywam w kolejnych startach. Z Rudawami Janowickimi policzę sie natomiast za rok. A orientalistów (w sensie: startujących w BnO, a nie tych kultur Dalekiego Wschodu) uprasza się o nie nabijanie się ze mnie. Będę zobowiązany.

Podobne wpisy

12 Odpowiedzi na Rudawska Wyrypa 2013. Studium porażki.

  1. Leszek Deska napisał(a):

    Miałem podobnie w drugiej czy trzeciej klasie liceum – w harcerstwie mieliśmy taki dwudniowy marsz po beret (czy po barwy drużyny, nie pamiętam). No i kręciliśmy w kółko wokół jednego z punktów. W sumie sam nie wiem dlaczego – w tamtych czasach (około 1993 roku) używało się kserowanych map które miały celowo wprowadzane błędy. A może punkt był źle postawiony a my go dobrze szukaliśmy? Sam już nie wiem, straciliśmy tam dużo czasu i cały dwudniowy marsz „w plecy”.
    Na koniec pocieszenie – rok później ten beret zdobyłem 🙂

    • marcinkargol napisał(a):

      Dzięki za pociechę! Cóż, raz na wozie, raz podwozie 🙂
      Kolejna RW za rok, a wcześniej jeszcze sporo innych startów, więc jestem przekonany, że szybko zapomnę o tej porażce 🙂

  2. Dorota napisał(a):

    Porażki też są po „coś”. Potrafisz przyznać się do błędu, na swój sposób się z tym pogodzić, a to już bardzo duża umiejętność 🙂 Głowa do góry, napięte łydki i heja banana!!! 🙂

    • marcinkargol napisał(a):

      Tak jest! Heja banana! Tym bardziej, że jeszcze trochę latania przede mną 🙂

      A przyznanie się do porażki i zejście z trasy boli najmocniej za pierwszym razem. Później już idzie z górki 😉

  3. borman napisał(a):

    Bormana Ci zabrakło 😛 .

  4. Ava napisał(a):

    Eta żyzni! 🙂 Odkujesz się na pewno, a to tylko wzmocni twoją determinację. Powodzenia na Rzeźniku!!! 🙂

  5. A&R napisał(a):

    A może damskie ciuszki były za ciasne? :p

  6. Irek napisał(a):

    Toś sobie znalazł pociechę. Przecież ja mogę startować do nagrody „najczęściej schodzący z trasy”, więc raczej nie warto się do mnie równać 😉
    Dzięki za miło spędzone popołudnie i kabanosy 😀

    • marcinkargol napisał(a):

      Nie ma za co – kiedy zobaczysz mnie na trasie wiedz, że na pewno mam kabanosy w plecaku. Nie ruszam się bez nich na offroadowe bieganie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *