Róża Wiatrów. Relacja

Autor: • 30 marca 2015 • #nbrteam, Blog, Mapa i Kompas, RelacjeKomentarzy (1)3072

Ostatni raz trzymałem w rękach mapę podczas zeszłorocznego Harpagana. Ostatni raz operowałem kompasem jesienią ubiegłego roku. Minęło 6 miesięcy od czasu, kiedy biegałem po lasach, polach i innych ciekawych miejscach w poszukiwaniu punktów kontrolnych. Przez ten czas bardzo stęskniłem się za nawigowaniem i dlatego też moja radość z powodu możliwości startu w Róży Wiatrów była ogromna. Tak samo ogromne były nadzieje na to, że uda mi się wskoczyć na podium.

Z jednej strony wiedziałem, że moja forma jest daleka od ideału. Przygotowania do Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego pozbawiły mnie szybkości, a na trasie TP25, na której startowałem w sobotnich zawodach, szybkość jest niezbędna. Z drugiej strony wiedziałem, że co jak co, ale na takich dystansach w biegach na orientację jestem dośc mocny (1. miejsce w Rajdzie Konwalii, 2. miejsce w Izerskiej Wielkiej Wyrypie, 3. miejsce w Mazowieckich Mini Tropach). Z trzeciej jednak strony takie zawody zawsze są wielką niewiadomą. Wystarczy pięć minut zakałapućkania się przy jakimś punkcie kontrolnym i można polecieć w klasyfikacji na łeb na szyję.

Kolejne pragnienie zniszczenia

Niemniej jednak stanąłem na starcie niesamowicie zmotywowany i chętny do tego, aby się zniszczyć. Tak, jak odczuwałem pragnienie tego przed ZUK-iem, tak odczuwałem to w sobotę. Zniszczyć się, sponiewierać, poczuć ból i przywieźć do domu kolejny puchar.

foto: marcinkargol.pl

foto: marcinkargol.pl

Kilka minut przed startem dostaliśmy mapy. 7 punktów kontrolnych do podbicia. Kolejność dowolna. Narzucają się dwa sposoby ich zaliczania: od wschodu lub od północy. Jak większość zawodników wybieram wersję wschodnią. Po chwili pada komenda do startu. Kilkudziesięciu zawodników wybiega z terenu szkoły w Koziegłowach pod Poznaniem i rozpoczyna poszukiwania lampionów, porozstawianych na terenie Puszczy Zielonka i w jej najbliższych okolicach.

Po dwóch kilometrach wykrystalizowała się czołówka w postaci mnie i dwóch innych biegaczy. Dotarliśmy bardzo szybko do PK4. Rach ciach i szybko pocisnęliśmy dalej. Jak się okazało, pocisnąłem tylko ja i zawodnik-z-Poznania. 3 kilometry dalej PK7. Tam pojawiłem się po 25 minutach. Jest dobrze, jest szybko. zawodnik-z-Poznania podbił punkt pół minut przede mną. Chwilę po tym wyskoczył z lasu i tyle go widziałem. Kiedy i mnie udało się wydostać na pole, którym cięliśmy do PK6, zawodnik-z-Poznania był daleko na horyzoncie. Wyszło mu to bezbłędnie, przyznaję. W tym momencie musiałem skupić się na dwóch rzeczach. Po pierwsze nie stracić za wiele dystansu, po drugie pilnować pleców, a po trzecie pilnować nawigacji.

Z przodu nic, z tyłu nic

PK6 złapany po idealnym azymutowaniu przez pole. Szybkie podbicie punktu i powrót niemalże tą samą drogą. Pierwsze zmęczenie zaczyna mijać. Mimo że cisnę mocno do przodu, czuję się znakomicie. 10 kilometrów w 53 minuty, dobrze jest. PK5 jako następny. Cisnę do niego mocno, oglądając się za siebie. Ogona jednak brak. To mnie cieszy i daje nadzieję, że jestem w czubie (nie miałem pewności, bo nie wiedziałem ilu zawodników zaczęło zbierać punkty od drugiej strony). KLIKU KLIKU!

Łapię PK5. Trafiony bez pudła. Chwila zastanowienia jak dostać się do PK7 (który powinien być PK2 – błąd w druku). Chcę gonić na azymut. Kierunek w miarę oczywisty i po drodze są przecinki, które pomogłyby mi się odnaleźć w rzeczywistości. Wcielam ten plan w życie i jak się okazuje natrafiam na ścieżkę, która prowadzi mnie w zasadzie pod sam lampion. Idealnie, znakomicie, cudownie.

15 kilometrów za mną i 1:20 na trasie. Jest ekspres dzisiaj. Do PK1 znów wiedzie dość oczywisty wariant. Redukuję więc bieg i gonię. Kontroluję sytuację za moimi plecami, ale tam cisza. Przed sobą też nikogo nie widzę. Mijani spacerowicze mówią mi jednak, że gość przede mną wyprzedza mnie tylko o kilka minut. W tym przypadku to jest aż kilka minut. Nie zwalniam jednak.

Długa prosta

PK1 wszedł jak w masełko. Kilkanaście sekund zastanowienia się, jak dostać się do ostatniego punktu, czyli PK3. Dochodzę do wniosku, że wbijam się na Dziewiczą Górę i zbiegając stamtąd, wpadam idealnie na lampion. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. I to była bardzo dobra decyzja – lecąc w dół mogłem chwilę odpocząć, lampion podbiłem w biegu i miałem też czas na to, aby pomyśleć, jak dotrzeć do mety. Wyjścia były trzy. Albo od wschodu przez Kicin, albo na azymut – tu się bałem, bo nie chciałem utknąć czort wie gdzie i stracić dobrego miejsca – albo od zachodu wzdłuż głównej drogi.

Lecę długą prostą. Znam tę drogę i wiem, że kilkaset metrów przed metą czeka mnie jeszcze podbieg. 21 kilometrów w 1:55. A to zawody na orientację! Bardzo szybka trasa. I bardzo szybkie tempo. Nogi bolą, nie ukrywam. Ale jest jeszcze siła, żeby gonić po 4:20, 4:30/km. Patrzę na zegarek, patrzę na mapę, wiem, że jest dobrze. Kurczę, ilu może być szybszych ode mnie? Jeden, dwóch? Oby jak najmniej! Podbiegam pod górkę, widzę budynek szkoły, wpadam na jej teren. To już koniec. Otwieram drzwi, wbiegam do środka, widzę Kasię – cieszy się, więc chyba jest dobrze – oddaję kartę startową, łapię oddech. Który jestem, który?!?foto: marcinkargol.pl

Jak powiedział, tak zrobił

24 kilometry w 2:10. Średnie tempo 5:22. Najszybszy kilometr (18.) w 4:18. Wszystkie punkty odnalezione bez najmniejszego problemu i bez najmniejszej chwili błądzenia. A dzięki temu udało mi się zająć drugie miejsce na trasie TP25 w Róży Wiatrów 2015! Zawodnik-z-Poznania był na mecie przede mną kilka minut szybciej. To teraz na celowniku Harpagan-49…

Podobne wpisy

  1. Zby. napisał(a):

    Marcinie, gratulacje! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *