Róża Wiatrów 2014. Relacja.

Autor: • 1 maja 2014 • Blog, Mapa i Kompas, RelacjeKomentarzy (1)2066

Gdzie jesteś punkcie numer 14? Gdzie się przede mną schowałeś? Wiem, że jesteś blisko. Przez cały bieg nawiguję tak, jak jeszcze nigdy tego nie robiłem. Sam sobie biję brawo i głaskam siebie po skrzydełkach, które mi rosną. Na nic mi się jednak zdadzą te skrzydła, jeśli się teraz nie ogarnę. Ścieżki nie grają z mapą, a powrót do miejsca z którego mógłbym się raz jeszcze namierzyć, póki co nie wchodzi w grę. Nie jestem w kosmosie, dam sobei radę. Pilnuję azymutu i napieram przed siebie… Oho! Trzasku, trzasku! Słyszę łamane gałęzie! Ktoś mnie doszedł, czyli jest kiepsko. Oho! Łubudubu, łubudubu! Czuję, jak drży ziemia. Naprawdę jest kiepsko! Oho!  SRUUUUUUUUUUUU, JEBUTTTTTTTT! Pięć dzików napieprza jakieś 10 metrów ode mnie! Ode mnie przykucniętego i schowanego za jakimś badylem, jednocześnie zastanawiającego się, gdzie i w jaki sposób przed takim zwierzem można spieprzyć. Na drzewo? Wszystkie jakieś kikutowate. Do strumienia? Podobno dziki dobrze pływają… Na szczęście dziczyzna nie była mną zainteresowana. Mimo wszystko zaczęło mi się bardzo spieszyć i chciałem PK14 znaleźć zaraz, już, teraz…

logo

Po pierwsze: nakurwiać

Macie czasem tak, że jedziecie na jakieś zawody z bardzo konkretnym nastawieniem? Nastawieniem niemalże agresywnym i połączonym z tak wielką pewnością siebie, że gdyby tę całą pewność siebie wlać do cienkiej rurki, to ta rurka byłaby tak długa, że o ja pierdolę? No, to właśnie z takim nastawieniem jechałem na Różę Wiatrów – pierwszą od dawna pięćdziesiątkę na orientację w której miałem wziąć udział.

Wiedziałem, że musi być dobrze. Przy czy owo „dobrze” było pojęciem wówczas niezdefiniowanym. Chciałem po prostu odczuć na mecie wielką satysfakcję i chciałem powiedzieć, że dałem z siebie tyle, ile tylko mogłem. Czy tak było?

Po drugie: uniknąć SPP

SPP czyli Syndrom Pierwszego Punktu. To jest coś, co dopada mnie za każdym razem. Syndrom ten musi mieć źródło gdzieś na innej planecie, bo po prostu zawsze wylatuję w kosmos, szukając pierwszego punktu kontrolnego. Tym razem udało się nie wylecieć nigdzie. Zostałem na ziemi. Ziemi, którą miałem zamiar pokonywać wg bardzo autorskiego wariantu. Do pewnego momentu wariantu, który pokrywał się z wariantami m.in. Piotrka Kwitowskiego. Z Kwitem widziałem się jednak tylko do trzeciego zakrętu. W pobliżej PK7 postanowiłem dolecieć na azymut. Podczas szagowania spotkałem Kasię, Krzyśka i Psa – takich dwoje pancernych ze zwierzakiem. Kasia mnie kojarzyła, więc teraz ich serdecznie pozdrawiam. W ich towarzystwie podbiłem pierwszy punkt. Podobnie jak i PK8, który był drugim punktem. Ich tempo było dla mnie nieco za wolne, więc dalej poleciałem już samotnie. Dalej, czyli do PK10 – tu objawił się geniusz mojego autorskiego wariantu. Zgarnąłem punkt ze środka mapy (szukając go o 5 minut za długo, bo mi się górki pomyliły), a potem poleciałem zbierać PK na mapie do BnO.

Po trzecie: wyciągać wnioski

Rok temu podczas Rudawskiej Wyrypy na odcinku specjalnym z mapą BnO poległem. Do tej pory nie potrafię sobie wytłumaczyć tamtej kompromitacji. Teraz nie chciałem powtórzyć żadnego z błędów tam popełnionych. Śledziłem mapę cholernie uważnie, pilnowałem odległości, kontrolowałem poziomice. Owszem, spieszyłem się, ale powoli. Przynosiło to efekty. Kiedy między PK1 a PK2 totalnie zgłupiałem, bo mapa i las były dwiema różnymi bajkami, i tak zachowałem spokój. Kiedyś wpadłbym w panikę, wiem to. Teraz spokojnie kontrolowałem teren dookoła siebie, szukałem miejsc, które podpowiedzą mi gdzie jestem, pilnowałem wskazań kompasu i… wypadłem prosto na punkt! Zgarnąłem pozostałe trzy punkty z pierwszej mapy BnO i pobiegłem na mapę drugą.

Po czwarte: biegnij, dopóki możesz

Tak sobie założyłem. Miałem w pamięci krótki film, który nagrał Krasus podczas „Złota dla zuchwałych”. Na tym filmie widać było umęczonego, spoconego starca na pi razy drzwi 40-tym kilometrze biegu, który z ledwością łapal oddech. Widać było również, że stan przedzawałowy nie jest problemem – była walka na maksa. Mi również chodziło o taką walkę. Biegłem, biegłem, biegłem. Podbijałem punkty i biegłem, biegłem, biegłem. Wynikiem tego było to, że (wg garmina) maraton zrobiłem w jakieś 5:15. Dobrze się stało, że w momencie w którym podbijałem PK20, rozpętała się ulewa. Ale to taka ulewa, że szok. Zanim wyjąłem z plecaka i założyłem wiatrówkę, ona była już mokra. Ja zresztą też. Deszcz oczyścił powietrze i w człowieku urodziły się nowe chęci i nowa siła do napierania. A była ona potrzebna bo po podbiciu PK21, czekał mnie jeden z dwóch najdłuższych pustych przelotów podczas tego rajdu. Niemalże ze środka mapy musiałem się przedostać na jej zachodni kraniec. Zadanie było o tyle utrudnione, że wariant dotarcia do PK22 z PK21 był bardzo nieoczywisty. Tuż po skończeniu drugiej mapy BnO spotkałem zawodnika, który miał podobny dylemat do mojego. Wymyśliłem wariant, który w zasadzie nie pozwoli nam się zgubić. Kolega się ze mną zgodził i ruszyliśmy.

Po piąte: gdy zobaczysz w lesie dzika… kucnij za gałęzią

Podbiliśmy PK22. Ruszyłem zbierać punkty z południa mapy. Ostatnie pięć punktów. Kolega o którym wspomniałem wyżej, jak i inni spotykani zawodnicy dziwili się jak to możliwe, że mam już PK10. Na tę chwilę byłem bardzo zadowolony ze swojego wariantu. Jego minusem było to, co czekało mnie teraz. Pi razy drzwi 8 kilometrów przelotu do kolejnego punktu. Łojezu, jak to bolało… Ciężko było, nie ukrywam. Ciągły bieg zamieniłem na 4 minuty biegu i 1 minutę marszu. Miałem wrażenie, że w ten sposób zawędruję dalej. Najpierw asfaltem, a później na azymut przez pole. Potem do zapory na jeziorze (Hej! Ja tu kiedyś piłem piwo!), a następnie hyc w przecinkę. Zostało już bardzo niewiele punktów…

Gdzie jesteś punkcie numer 14? Gdzie się przede mną schowałeś? Wiem, że jesteś blisko. Przez cały bieg nawiguję tak, jak jeszcze nigdy tego nie robiłem. Sam sobie biję brawo i głaskam siebie po skrzydełkach, które mi rosną. Na nic mi się jednak zdadzą te skrzydła, jeśli się teraz nie ogarnę. Ścieżki nie grają z mapą, a powrót do miejsca z którego mógłbym się raz jeszcze namierzyć, póki co nie wchodzi w grę. Nie jestem w kosmosie, dam sobei radę. Pilnuję azymutu i napieram przed siebie… Oho! Trzasku, trzasku! Słyszę łamane gałęzie! Ktoś mnie doszedł, czyli jest kiepsko. Oho! Łubudubu, łubudubu! Czuję, jak drży ziemia. Naprawdę jest kiepsko! Oho!  SRUUUUUUUUUUUU, JEBUTTTTTTTT! Pięć dzików napieprza jakieś 10 metrów ode mnie! Ode mnie przykucniętego i schowanego za jakimś badylem, jednocześnie zastanawiającego się, gdzie i w jaki sposób przed takim zwierzem można spieprzyć. Na drzewo? Wszystkie jakieś kikutowate. Do strumienia? Podobno dziki dobrze pływają… Na szczęście dziczyzna nie była mną zainteresowana. Mimo wszystko zaczęło mi się bardzo spieszyć i chciałem PK14 znaleźć zaraz, już, teraz…

Po szóste: tylko spokój może nas uratować

Odetchnąłem trzy razy, rozejrzałem się, namierzyłem i znalazłem PK14. Ależ byłem już zmęczony! A tu jeszcze trzy punkty do końca. Ale już nic złego się chyba wydarzyć nie mogło – tak mi się przynajmniej wydawało, dopóki nie zacząłem szukać punktu o nazwie „koniec strumienia”. To był PK11. Szedłem wzdłuż wspomnianego strumienia, doszedłem do jego końca, ale punktu tam nie było. Cholera. Powrót do punktu wyjścia i idę dalej. Punktu ciągle nie ma. Zaczynam się denerwować i zniechęcać. Myślę, że może ktoś go zajumał (dwa punkty na trasie zginęły w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach). Ale z drugiej strony kto by chodził w tak dzikich ostępach? Cofam się raz jeszcze, przyglądam mapie… Malutkie olśnienie – a może by tak bardziej na zachód? Idę. Szukam. Jest odnoga strumienia. A na jej końcu punkt. Matkoboskoorientacyjno, nareszcie! Został tylko jeden…

Po siódme: wykorzystuj okazję, czyli spa w terenie

Ostatni punkt jest jakieś 500 metrów ode mnie. Wbijam się między pola. Gdzieś za gęstwiną przede mną płynie strumień, a po jego drugiej stronie jest punkt. Tyle już dzisiaj widziałem strumieni, które pokonywałem suchą stopą, że nie spodziewam się absolutnie niczego złego…

Kurwa, twister w wersji ekologicznej. Lewa noga na kępę trawy, prawa na gałąź, lewa ręka chwyta się liści nad głową, a prawa łapie równowagę. I zzzzzzzzzzziut, kręcimy dalej! Lewa noga, prawa noga i jajka do wody! Uuuuuhhh, myślałem, że uda się tego uniknąć. Niestety helpful hints. Strumyczek z mapy okazał się 10-metrowym rozlewiskiem śmierdzącej, stojącej wody. Trochę mułu, trochę żabiego skrzeku, trochę niewiadomo czego. W Hollywoodach płaci się gruby hajs za kąpiele w czymś takim! A tu proszę – wystarczyło najść na ostatni punkt od południa i można się rozkoszować do woli. Wyszedłem z wody, w drodze do PK9 obciekłem, podbiłem kartę startową i rzuciłem się w pogoń do mety. Nie wiedziałem który jestem, nie wiedziałem ile mam km w nogach (garmin mi sie powiesił i zatrzymał się na 53,5).

Morału brak

8 godzin i 50 minut. Zajebiście słaby czas, jak na bieg po relatywnie płaskiej wielkopolskiej ziemi. Kiedy jednak dostawimy to tego czas zwycięzcy – 7:40 – to zaczyna to wyglądać zupełnie inaczej. Przez tak długi czas straciłem tylko nieco ponad godzinę do najszybszego zawodnika. Mimo tego, że zająłem bodajże 9. miejsce, jest to coś, co mnie cieszy i napawa optymizmem. Owszem, liczyłem na lepsze miejsce – uważam, że stać mnie na pukanie do pierwszej szóstki na zawodach. Biorę jednak poprawkę na to, że na wielkopolskich imprezach zawsze pojawia się bardzo mocna reprezentacja lokalsów. Cieszę się z tego, co mam. Pierwsze koty za płoty. Pierwsze śliwki robaczywki. I tak dalej, i tak dalej…

Pod tym linkiem – KLIK – znajdziecie narysowany przeze mnie wariant zaliczania PK. Niestety garmin nie zapisał tracka, więc nie mam żadnych dokładnych danych.

Podobne wpisy

  1. thriathlon napisał(a):

    „gdy zobaczysz w lesie dzika… kucnij za gałęzią” – na pewno zapamiętam tę radę! 🙂 Jak zawsze brawny i bardzo obrazowy wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *