V Rajd Konwalii 2014. Relacja.

Autor: • 5 sierpnia 2014 • Blog, Mapa i Kompas, Relacje4 komentarze2853

Zzzzzzzzzzzium! Jeeeeeeeeeeeeeeeebs! Jestem szybki, jak błyskawica! Kabooooommmm! Przecinam  las i pola w tempie ekspresowym! Gnam od punktu do punktu bardzo pewnie i bardzo szybko! Podoba mi się to! Podoba mi się też to, że przy okazji PK5 natrafiam na plecy Mariusza Plesińskiego. Wow. Niczego teraz nie spierdol, chłopie! Trzymaj się Mariusza do kajaków, nawet nie myśl o wyprzedzaniu go! To Plesiński, nie rób tego!!!

[10 minut później]

Kurwa, kurwa, kurwa! Gdzie ja jestem?

Zacząć z wysokiego C

Rajd Konwalii. Świetna impreza organizowana przez świetnych ludzi w świetnych okolicznościach przyrody. Pomimo, że w tym roku nie jest ona zaliczana do Pucharu Polski, zdecydowałem się pojechać do małej miejscowości Mochy w Wielkopolsce i spróbować powalczyć o dobry wynik na trasie TP30.

Trasa miała mieć długość około 32 kilometrów + 3 kilometry kajakowania dookoła przefantastycznej Wyspy Konwaliowej na Jeziorze Radomierskim. Wystartowałem na tej właśnie trasie, bo czuję i wiem (ktoś pamięta ten przebój Stachursky’ego?), że wciąż kocham Cię nie mam takiej formy, która pozwoliłaby mi z radością przemierzyć trasę o długości około dwukrotnie dłuższej.

Punktualnie o 9 rano dano nam sygnał do startu i kilkadziesiąt osób ruszyło na poszukiwanie 18 punktów biegowych i dwóch (lub trzech, jeśli w kajaku byłyby dwie osoby) kajakowych. Byłem bardzo zaskoczony tam, jak mocno wystartowała znaczna część zawodników. Nie wiedziałem, czy ja biegnę tak wolno, czy oni biegną tak szybko. Nie rozkminiałem tego zbyt długo. Złapałem swoje tempo, które pozwoliło mi widzieć na horyzoncie ścisłą czołówkę w postaci jakichś dwóch czy trzech postaci.

PK1 podbiłem jako trzeci lub czwarty. Punkt bardzo prosty z oczywistym dobiegiem do niego. Te 3 kilometry pozwoliły na znaczne rozciągnięcie stawki. Podobnie, jak kolejny przelot do PK2, ukrytego na niewielkim wzniesieniu. Po drodze do tego punktu zgrałem się z jednym z zawodników i wspólnie zdecydowaliśmy, że tniemy przez pole. Takich wariantów tego dnia obierałem wiele – trasa wyjątkowo sprzyjała lataniu na krechę. Dolecieliśmy razem do PK2, obserwując, jak przed nami robi to tylko jeden zawodnik. Podbiłem punkt błyskawicznie i pognałem w stronę PK3. Byłem na drugiej pozycji.

Prosto z pola wpadam w las. Mało sobie przy tym nie łamię nogi, ale co tam! Turyści na bryczce z którymi się mijam, biją mi brawo. Jestem gwiazdą. Wpadam w chaszcze tak, jakby to była dla mnie codzienność. Znikam w gęstwinie lasu i zaczynam kombinować. Gdzie jesteś, trzeci punkcie kontrolny? Halooo? Rzut oka na mapę (od tego PK korzystamy z mapy do BnO w skali 1:15000), poziomice, ścieżka, kompas, TAM! Nadaję sobie kierunek i po chwili znajduję lampion. Oglądam się za siebie. Cisza.

PK4 wszedł ekspresowo. Naparzam przez las w stronę PK5. Zzzzzzzzzzzium! Jeeeeeeeeeeeeeeeebs! Jestem szybki, jak błyskawica! Kabooooommmm! Przecinam  las i pola w tempie ekspresowym! Gnam od punktu do punktu bardzo pewnie i bardzo szybko! Podoba mi się to! Podoba mi się też to, że przy okazji PK5 natrafiam na plecy Mariusza Plesińskiego. Wow. Niczego teraz nie spierdol, chłopie! Trzymaj się Mariusza do kajaków, nawet nie myśl o wyprzedzaniu go! To Plesiński, nie rób tego!!!

Tradycja – ekstradycja

Wyprzedziłem Plesińskiego. Wyszedłem na prowadzenie. Mniej więcej na dwie minuty, bo nogi zaczęły być szybsze od głowy. Popierniczyłem strony świata i znalazłem się w kosmosie. Jak patrzę na swojego tracka, to nie mam zielonego pojęcia co ja wtedy myślałem. Dobre 5 minut zajęło mi wymyślenie tego, gdzie mogę być. A byłem w takim miejscu, że sam z siebie się zacząłem śmiać. Kolejne 5 minut, to przedzieranie się przez megagęsty młodnik. I kolejne 5 minut na to, żeby dobiec do PK6. 15 minut na tak krótkiej trasie, to może być cholernie dużo. Strasznie się wkurzyłem na siebie. Jeszcze bardziej się wkurzyłem wtedy, gdy dobiegłem do PK8, czyli punktu, gdzie wsiadaliśmy na kajaki i okazało się, że nie jestem już ani pierwszy, ani drugi, tylko co najmniej piąty.

Dobra, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Fakt faktem jak idzie o kajak, to orłem nie jestem, ale liczyłem na to, że jeśli się nie utopię, to po wyjściu na ląd, uda mi się coś nadgonić. Wsiadłem więc do łajby i płynę do pierwszego z dwóch punktów. Ale coś mi niewygodnie. Nie dość, że nie ma siedziska, to jeszcze oparcia nie ma! Jak może nie być oparcia w kajaku?!? No, ale mój ewidentnie nie ma. Wstawiam sobie kapok za plecy i jakoś płynę. Dogania mnie zawodnik z numerem 333, Maciej (pozdrawiam Cię, Maćku!). Żalę się, że mnie plecy bolą, że dupa mnie boli, że serce mnie boli z tego żalu i w ogóle. Co słyszę w odpowiedzi? „Masz kajak tył na przód”.

Ekstra. Dopływamy wspólnie do pierwszego punktu kajakowego. Ale lampionu brak. Krążymy, szukamy, nie ma. Wychodzę na brzeg i tam go szukam. Nie ma. Dzwonię do organizatorów, informuję o zaistniałej sytuacji. Organizatorzy informują mnie, że innych punktów kajakowych również nie ma. Ktoś  się nie bał i wiadomo co. Cholera. Zakładam kajak na właściwą stronę i wypływam na jezioro. Tam są już wszyscy ci, którzy mnie wyprzedzili. Mariusz Plesiński, Honorata Paterek, Michał i Marcin Drewniakowie. Kuuuurde! A ja muszę jeszcze płynąć do drugiego punktu kajakowego… Pocisnąłem więc ile sił w wiosłach było, zrobiłem zdjęcie miejsca w którym punkt powinien stać i ruszyłem zawinąć do portu.

W końcu stały ląd. Godzina zeszła na kajakowanie. Kilka kubeczków wody w człowieka i jazda dalej. Od razu mocne tempo – chciałem szybko zgubić Maćka i jak najszybciej dojść tych, którzy byli przede mną. PK9 zaliczony bez pudła. Wprawdzie lekko od dupy strony, ale wolałem się namierzyć jak najpewniej. Trzy minuty później jestem pod PK10. Idealny przelot na azymut. Taaak, jest dobrze. Kilkadziesiąt metrów od PK11 spotykam Michała i Marcina. Oni wracają z punktu, ja do niego biegnę. Dobrze, doooobrze. Kolejny łatwy do odnalezienia lampion. Cisnę do PK12. Przebieg do niego również wydaje mi się dość banalny, jednak w pewnym momencie coś mi przestało pasować. Gdyby się skupił ciut mocniej, widziałbym, że wszystko jest dobrze. Ale się nie skupiłem i stwierdziłem, że się nieco cofnę i namierzę z drugiej strony na lampion. To była dobra decyzja. W zasadzie obyło się bez straty czasowej. Mogłem gonić dalej.

Lasy, łąki i żwirownie

Wróciliśmy na mapę 1:50000. Nie było trudno zorientować się, gdzie leży kolejny PK. Z mapy do BnO wypadało się wprost na wzniesienie na którym rósł las, a w tym lesie żyła stara baba jaga na szczycie tej górki stała wysoka wieża widokowa. Nie muszę dodawać, że lampion był na szczycie tej wieży. Super! Przez minutę pooglądałem widoki, a następnie hyc hyc na dół i w długą! Miałem włączony tryb pogoni. Byłem jak wilk. Czułem, że zwierzyna jest gdzieś blisko. Nie wiedziałem tego, ale miałem przeczucie. Tylko Mariusz Plesiński mógł tak długo napierać w takim tempie. Innych musiałem w końcu dojść.

Z PK13 do PK14 dostałem się bardzo szybko. Ścieżki w lesie wyprowadziły mnie idealnie na las, wzdłuż którego powinienem się poruszać, żeby znaleźć lampion. Ślady wydeptane w mokrej trawie upewniły mnie, że zmierzam w dobrą stronę. Po paru minutach na karcie startowej pojawiły się kolejne ślady po perforatorze, a ja rozpocząłem bieg w strone PK15. To był długi przelot po odsłoniętym terenie. W jego 1/3 natrafiłem na sklep. Poświęciłem chwilę na kupno zimnego sprite’a. Wypiłem prawie litr za jednym posiedzeniem. Orzeźwiłem się i pobiegłem dalej. To, co zobaczyłem po 500 metrach orzeźwiło mnie jeszcze bardziej. 700 metrów ode mnie dwie postacie, a półtora kilometra dalej postać kolejna. Ożesztywżyciu! Gaaaaaz! Zbliżałem się szybko do pary przede mną. Na skraju lasu, niespełna kilometr przed PK15 byliśmy już razem. Michał i Marcin. Jeden z nich był już całkiem słaby. Podziałało to na mnie, jak zapach krwi na drapieżnika. Przez 100 metrów pogadaliśmy, pośmialiśmy się, a chwilę później ruszyłem na krechę przez las do punktu. Wypadłem dokładnie tam, gdzie chciałem wypaść. Znalazłem PK15 i zabrałem nogi za pas. Teraz nie tylko goniłem, ale też uciekałem. Wiedziałem, że w tym momencie mogę być na podium i bardzo nie chciałem tego zmarnować.

Ze skarpy otaczającej żwirownię roztaczał się piękny widok. Przed sobą widziałem elektrownię wiatrową w Mochach. Jej skrzydła, niczym wielki wiatrak pokojowy kręciły się równym tempem, a ja wyobrażałem sobie, że oprócz prądu wytwarzają wiatr, który wywiewa mi z łba moje popieprzone pomysły na przedziwne warianty nawigacyjne…
Jak ja wylądowałem tam, gdzie wylądowałem? Nie wiem. Północ popieprzyła mi się z zachodem i się stało. Może gdybym nie próbował omijać pól, na których były pozostałości po żniwach (wystawało z ziemi takie dziwne coś, co przypominało minipalisady, które mogły narobić maxiszkód), tylko leciał zgodnie z kompasem, to bym nie wylądował w kosmosie? Nic to, strata góra 10 minut, może nie będzie aż taka znacząca. Biegnę na zachód jakąś ścieżką. Nie mam pewności gdzie wybiegnę. Jak się okazuje wybiegam w doskonałym miejscu! Szybko przeskakuję 200 metrów przez pole i wpadam na leśny dukt, który doprowadza mnie po chwili w okolice PK16. Ale zanim trafiam na punkt, widzę blond czuprynę przedzierającą się przez las! Honorata! Aaaaaaaargh! Gonić, gonić, gonić! Punkt na grobli na stawie w lesie podbijam w biegu. Borman później mówił, że było tam mnóstwo owadów. Mnie nie zdążył żaden złapać. Wyleciałem ekspresem w stronę PK17…

Niespodzianka

Biegnę do PK17. Kontroluję mapę, kontroluję otoczenie. Ustalam sobie gdzie zbiegnę nad kanał w poszukiwaniu lampionu. Z ustaleń jednak nic nie wychodzi, bo teren lekko mi się zgadzać przestaje. Wolę zbiec za szybko i iść wzdłuż kanału, niż przestrzelić i mieć problem. Wypadam na łąkę, a tam 300 metrów ode mnie Honorata! Ma punkt czy nie ma punktu? Patrzę na mapę – na pewno nie ma, jeszcze za wcześnie! Dopadam do niej przed samym lampionem. Podbijamy go razem i razem udajemy się w stronę PK18. Jest zmęczona, obolała i nie chce się ścigać. Patrzę za siebie – ogona brak. Docieramy do ostatniego punktu razem. Po drodze dzielę się izotonikiem. Po zaliczeniu ostatniego lampionu upewniam się, że nie ma ochoty na ściganie i czy bez żalu mogę pobiec do mety. Mogę. Biegnę.

Honorata Paterek, zwyciężczyni wśród kobiet :)

Dobiegam. Oddaję kartę. Pytam się ilu przede mną. Dziewczyny w biurze mówią, że jeden. Czyli jestem drugi! Super! Dziewczyny w biurze mówią dalej. Jeden przede mną, ale nie ma jednego z punktów! Ojej. Jak to? Nie znalazł? Wygrałem? Wygrałem!

A jednak radości brak

Okoliczności zwycięstwa sprawiły, że nie cieszę się nim tak, jak powinienem się cieszyć. Pierwszy na mecie był Mariusz Plesiński. Przybiegł niespełna 10 minut przede mną – było blisko. Był na wszystkich punktach. Tyle, że nie podbił PK8 – tego, który znajdował się przy przystani kajakowej. Głupia wpadka, szkolny wręcz błąd. Szkoda bardzo… Mariusz, już Ci to mówiłem, ale byłeś lepszy w sobotę!

Co nie zmienia faktu, że jakaś tam radość we mnie jest. W końcu wygralem swoje pierwsze zawody w życiu! Po raz pierwszy stanąłem na najwyższym stopniu podium (wirtualnego, bo prawdziwego nie było). I co mnie cieszy najbardziej to to, że pomimo dwóch błędów nawigacyjnych straciłem do Mariusza (biorąc pod uwagę czas dotarcia na metę) tylko 10 minut. Być 10 minut wolniejszym od Plesińskiego na ponad 30-kilometrowej trasie, to dla mnie wieeeelka rzecz 🙂

Tradycyjnie oto linki do mojego tracka. Mapa duża – KLIK – i mapa BnO – KLIK.

Podobne wpisy

Jedna odpowiedź na V Rajd Konwalii 2014. Relacja.

  1. Grzegorz Łuczko napisał(a):

    Fajnie napisane, aż zacząłem przebierać nogami pod biurkiem :)))

    Podoba mi się to, co napisałeś na początku:

    „Wystartowałem na tej właśnie trasie, bo czuję i wiem (ktoś pamięta ten przebój Stachursky’ego?), że wciąż kocham Cię nie mam takiej formy, która pozwoliłaby mi z radością przemierzyć trasę o długości około dwukrotnie dłuższej.”

    Wychodzę z dokładnie takiego samego założenia – startując w Transvulcanii i Biegu Rzeźnika zaciągałem spory dług, którego „obsługa” w czasie tych biegów była bardzo męcząca. Teraz wybieram krótsze dystanse 🙂 .

    Do zobaczenia na Izerskiej! Pościgamy się! 🙂

  2. Grzegorz Łuczko napisał(a):

    No tak, z tego wszystkiego zapomniałem o gratulacjach!! Brawo!!!

  3. Dorota napisał(a):

    Dałeś czadu nie ma co 🙂 Gratulacje!

    Ale kajakowanie wymiata…chociaż moje pierwsze kajakowanie też było niczego sobie 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *