Rajd Dolnego Sanu 2018, czyli bezbolesny pierwszy raz

Autor: • 23 marca 2018 • #nbrteam, Blog, Góry, Mapa i Kompas, Relacje, UltraKomentarzy (1)3326

– Kaśka, mam chyba ochotę na podium – powiedziałem Kasi Karpie, kiedy przedzieraliśmy się samochodem przez śnieżyce, które opanowały południowo-wschodnią Polskę. Czułem pod skórą, że to się da zrobić. A na podium pucharowej 50-tki nie stałem dawno. Ten sezon jest najważniejszym z dotychczasowych. Pierwszy, w którym PMnO jest priorytetem. Pierwszy, w którym mam konkretny cel. Motywacji we mnie jest tyle, ile mijaliśmy samochodów ciężarowych na barierkach na zaśnieżonej obwodnicy Lublina…

Ten pierwszy raz

Rajd Dolnego Sanu. Impreza, organizowana przez Huberta Pukę. Po raz pierwszy usłyszałem o nim w 2012 roku, kiedy to Borman wyciągnął mnie na mój pierwszy start w pucharze, czyli na Rudawską Wyrypę. Opowiadał o Hiu jeszcze wielokrotnie. Później wielokrotnie słuchałem i czytałem na temat zazwyczaj wychwalanego RDS-a. Nigdy jednak nie było mi po drodze z tym rejonem Polski. Z Dolnego Śląska na RDS miałem przeważnie jakieś 600 kilometrów. Później, kiedy przeniosłem się do Warszawy, zawsze w marcu było „coś”. I tak sobie mijały kolejne lata, aż do teraz.

Pruchnik. 330 kilometrów od Otwocka. Dwie miejscowości na końcu świata. 50 punktów w pucharze do zdobycia. TOP5 w generalce na koniec sezonu samo się nie zdobędzie. Dostałem wizę wyjazdową od żony. Córka też nie miała nic przeciwko. Mondeo zatankowane i wysprzątane, Kaśka Karpa odebrana z dworca. Jedziemy. Po drodze dramat. Śnieżyce, wichury, samochody w rowach. Droga zajęła nam 7 godzin.

Foto: RDS

Na szczęście start był późno, bo o 9. Noc zatem była długa i na szczęście mogłem odespać wszystko. Rano szybkie śniadanie i solidna zagwozdka – jak się ubrać. Po wyjściu na dwór i odczuciu na własnej skórze arktycznego wręcz powietrza, już się nie chciałem ubierać. Ani biegać. Chciałem wrócić do śpiworka.

Pizgało.

[ŻEBY DOBRZE CI SIĘ CZYTAŁO TĘ RELACJĘ, KLIKNIJ >>>KLIKU KLIKU<<< I ZOBACZ NASZE TRACKI]

Zdecydowałem, że moim pierwszym punktem będzie PK17. Szczyt wzniesienia z wygodnym, asfaltowym dolotem. Po jego zaliczeniu zaplanowałem pętlę zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Po południu miało być jeszcze zimniej, miało wiać mocniej, więc uznałem, że lepiej będzie w tym czasie być w lesie, a nie na otwartej przestrzeni.

PK17. Foto: sevencoins.pl / Tomasz Domin

Przy PK17 miałem za plecami Tomka Domina. Kiedy biegłem w stronę PK18, Tomka już nie widziałem. Albo wybrał inny wariant, albo pobiegł do PK1. Ja na pewno nie wybrałem najlepszego wariantu, bo dwukrotnie niepotrzebnie przechodziłem przez rów z wodą. Tak to jest, kiedy się czyta mapę pobieżnie i nie przypatrzy, na którym brzegu leży punkt. Za pierwszym razem zmoczyłem tylko stopy. Było zimno. Za drugim razem, już na wysokości punktu, przeszedłem przez wodę, zanurzając się do jaj. Nie muszę mówić, że przy odczuwalnej temperaturze -8, nie było to doświadczenie przyjemne. Owszem, mogłem dołożyć 500 metrów i podbić punkt suchą stopą, ale to byłaby strata kilku minut. Tak więc: jajka do lodówki.

Szybko, szybko

Do PK19 poleciałem drogą, której na mapie nie było. Prowadziła przez pola niemalże idealnie na wysokość cerkwi, na tyłach której wisiał lampion. Dopiero gdzieś w okolicach punktu odzyskałem czucie w stopach po kąpieli sprzed 20 minut. Czucie, które później traciłem parokrotnie.

PK20 to też wygodny i łatwy przelot. I kolejna cerkiew. To był 15. kilometr, mój 4 punkt na 12 i byłem w trasie 1,5 godziny. To dawało nadzieję, że uda się zrobić trasę w całkiem rozsądnym czasie.

PK19. Foto: sevencoins.pl / Tomasz Domin

PK21 to znów w dużej mierze asfaltowy przelot. Dodatkowo z górki, więc biegło się naprawdę nieźle. A będąc obok samotnego drzewa, przy którym wisiał lampion, widziałem piękne wzniesienie nad miejscowością Węgierka. Gdzieś na samej górze tego wzniesienia było inne drzewo. Równie samotne. I też z lampionem u boku.

Do góry. Po polu. Nierównym. Zamarzniętym. Stromym. Krok za krokiem. Na mapie były drogi, jednak o tej porze roku próżno szukać ich w terenie. Za mną i przede mną inni zawodnicy. Pytam, z jakiej są trasy. To 25-tka. Czyli się nie ścigamy. Mimo to podbijam PK2 i szybko zbiegam na południe. Fizycznie nikt mnie nie goni, ja też nikogo nie ścigam – tam gdzie się da, biegnę jednak mocno. Czuję się naprawdę dobrze i chcę to wykorzystać.

PK3 położony pod mostem. Jak się później okaże, to kluczowy punkt dla końcowych wyników zawodów. Jako typowy Kargol wchodzę na punkt od dupy strony, czego dowodem i pamiątką są ślady zapadniętych do kostek nóg w błocie przed punktem. Widać je na chyba każdym zdjęciu stamtąd. To byłem ja, Kargol. I to był mój siódmy punkt, 25. kilometr biegu, a w trasie nie byłem jeszcze nawet trzech godzin. Poczułem w sobie niezdrową ekscytację.

PK3 i ślady Kargola. Foto: sevencoins.pl / Tomasz Domin

Wiem, że nic nie wiem

Poziom tej ekscytacji wzrósł jeszcze bardziej, kiedy przy PK4 spotkałem Janka Lenczowskiego. Wybiegałem z punktu, on miał do niego jakieś 100 metrów. Przez cały czas byłem przekonany, że zaczął trasę od PK18 i poleciał w tym samym kierunku, w którym ja. W mojej głowie urodziła się myśl, że go wyprzedziłem po drodze i że ma jeden punkt mniej. Oczywiście zaraz potem pomyślałem: taa, i co jeszcze, może frytki do tego?

Tu miejsce na anegdotę: Kiedyś, kiedy jeszcze byłem kawalerem i piłem dużo piwa z kolegami na mieście, podeszło do mnie trzech łysych ziomali. To był Nowy Świat, Warszawa, nieopodal słynnych Pawilonów. Panowie zapytali grzecznie skąd jestem i komu kibicuję. Wówczas w mojej głowie była tylko jedna myśl…

„Spierdalaj!”, pomyślałem sobie i zacząłem ucieczkę. Miałem nadzieję, że wybrany przeze mnie wariant będzie szybki, skuteczny i Janek zostanie z tyłu. Zamiast biec przez las, po kierunku do PK5, wybrałem wariant nieco dookólny, ale wówczas w moim odczuciu szybszy – asfaltem. Po drodze spotkałem Kasicę, której streściłem moje wyobrażenie o sytuacji na trasie. Niestety, nie przeczytałem dokładnie mapy i nie przewidziałem tego, że na 6 kilometrach, zbiegnę z 380 na 260 metrów i ponownie będę musiał się wbić na 360.

Odcinek od PK4 do PK5 zajął mi 45 minut i podejrzewam, że biegnąc przez szczyt Węgierskiej Górki można to było zrobić parę minut szybciej. Niemniej jednak PK5 zgarnąłem i do podbicia zostały mi jeszcze tylko 3 punkty. 3/4 trasy z głowy, około 35 kilometrów w nogach i trochę poniżej 4 godzin na zegarku. I ciągle chciało mi się biec, choć marzyłem o jakimś sklepie, żeby kupić sobie colę. Niestety, sklepu nie było ani jednego aż do samego końca…

Do PK16 prowadził w dużej mierze słynny szlak Green Velo. W rzeczywistości na sporej części były to koleiny po kostkę i błoto. Warunki do biegania średnie, a co dopiero do jazdy na rowerze. No, ale zakładam, że w sezonie wygląda to jednak trochę inaczej. Na pewno nie ma lodu, który w niektórych miejscach przykrył cieniutką warstwą asfalt tuż przed PK16, a na którym dwukrotnie wywinąłem pięknego orła.

Tak czy siak szesnastka na szczycie wzniesienia znaleziona i podbita. Dwa do końca, można gonić do PK22. Oglądałem się za siebie, przed siebie i dookoła siebie, licząc, że zobaczę kogoś (na przykład Janka) i że będę miał jakiś punkt odniesienia w sytuacji. Czułem w człowieku, że mogę być pierwszy, ale też brałem pod uwagę, że mogę być znacznie niżej, bo trasa była naprawdę szybka. Szybko też dotarłem do PK22. Po drodze zbieg z góry drogą, której na mapie nie było, a na deser kolejna przeprawa przez strumień. To był moment, w którym straciłem czucie w palcach u stóp już do końca biegu.

Nieoczekiwana zmiana miejsc

Z PK22, który leżał na brzegu stawu, planowałem przedostać się do PK1 asfaltem. Dookoła, ale szybko. Zmieniłem jednak zdanie zaraz po podbiciu punktu i ruszyłem na krechę przez wzniesienie. To była dobra decyzja, bo raz-dwa wbiłem się na górę, a później trafiłem na coś, co w lecie jest polną drogą i dobiegłem na dół do miejscowości. Podleciałem kawałek asfaltem na północ i zacząłem wbijać się górę. Trafiłem na jakiś wąwóz i przez chwilę poczułem się jak na Skorpionie (ważne: relacja będzie wkrótce). Trochę się urobiłem, ale wizja rychłego zakończenia biegu sprawiała, że nie w głowie było mi odpoczywanie.

PK1. Foto: sevencoins.pl / Tomasz Domin

PK1 przy wieży widokowej złapany. W dole widać Pruchnik. Dwa kilometry do mety. Biegnę więc, choć jest trudno, bo pozbawione czucia stopy nie chcą współpracować. W końcu wpadam do bazy, 6 godzin 18 minut,  oddaję kartę i… jestem czwarty. Ech, a miało być tak pięknie. Ogarniam sytuację: zwycięzca dołożył mi ponad pół godziny. Janek Lenczowski, który przybiegł trzeci, wyprzedził mnie o 17 minut. Jak się okazało, biegł odwrotnym wariantem.

Po chwili okazuje się jeszcze coś innego. Janek nie podbił PK3 i dostał trzy godziny kary. Tym sposobem to ja wskakuję na podium i udaje mi się zająć 3. miejsce w Rajdzie Dolnego Sanu 2018!

Foto: RDS

* * *

Zdobyłem kolejne 45 punktów w Pucharze Polski. To tyle samo, ile na Ełckiej Zmarzlinie i na Skorpionie przed miesiącem. Nie ma jeszcze oficjalnych wyników po Rajdzie Dolnego Sanu, ale szybka kalkulacja wskazuje na to, że zarówno ja, jak i Piotrek Kwitowski i Janek Lenczowski mamy po 135 punktów i zajmujemy trzy pierwsze miejsca w generalce.

Ja wiem, że to dopiero marzec. Ja wiem, że jeszcze pisiont zawodów do końca. Ja wiem, że wielu zawodników jeszcze się nie uaktywniło i nie rozkręciło. Ale i tak się jaram. Moje założenie nie zmienia się – pierwsza piątka w Pucharze Polski na koniec sezonu będzie mnie cieszyć, ale czuję, że mogę powalczyć o coś więcej. Chce mi się mocno. Lubię to.

Podobne wpisy

  1. Renata napisał(a):

    Przez wodę przy tej pogodzie?! Brrrrr… Przy takich wyczynach podium się należało, jak psu kość.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *