Preikestolen, czyli jak dojechać i wrócić z Pulpit Rock za 300 złotych. Część pierwsza

Autor: • 24 maja 2016 • Blog, Góry, Inne, PoradnikiKomentarzy (0)3881

Preikestolen. Pulpit Rock. Miejsce, zdjeciami którego zachwycałem się od zawsze i w którym od zawsze chciałem postawić swoją stopę. Do niedawna wydawało mi się, że jest to bardzo karkołomne i bardzo kosztowne. Ostatni weekend pokazał mi, że jest zupełnie odwrotnie. Oto know-how jak w sposób tani i logistycznie poukładany wybrać się do Norwegii pod namiot. I przeżyć tam wiele zajebistych chwil

Po pierwsze: loty

Aby móc usiąść na krawędzi fiordu, trzeba tam najpierw dolecieć. Naszym lotniskiem docelowym jest Stavanger. Ceny biletów są ekstremalnie różne i zależą od promocji oraz od tego, z którego polskiego lotniska chcecie lecieć. W najlepszej sytuacji są ci, którzy mają pod nosem Szczecin lub Gdańsk. Bez specjalnej promocji można z dwumiesięcznym wyprzedzeniem ustrzelić bilety Wizzair za 78 złotych w jedną stronę. A zdarza się jeszcze taniej.

Razem z moim zacnym kolegą Marcinem vel Joey’em zdecydowaliśmy się na lot do Stavanger z Gdańska. Jako że chcieliśmy zrobić to absolutnie lowcostowo, mieliśmy w planach dwie noce na lotniskach. Ta pierwsza – w Gdańsku.

Z Modlina wylecieliśmy w czwartek wieczorem. Za bilety Ryainaira zapłaciliśmy 19 złotych za osobę. Wylot był o 21:40. Na lotnisku pojawiliśmy się o 20 i naszym oczom ukazała się najdłuższa kolejka świata. Pół powiatu chciało poddać się kontroli bezpieczeństwa. Jeżeli stanie w kolejce Was nie kręci, polecam się nie stresować, usiąść gdzieś z boku i poczekać, aż obsługa zacznie wywoływać pasażerów najbliższego lotu. Na pół godziny przed wylotem nasz lot stał się tym priorytetowym do odprawy, więc bez stresu przeszliśmy boczną bramką do check-in.

Nocka na lotnisku nie powinna być czymś, czego trzeba się bać. Trzeba tylko znaleźć sobie dobrą miejscówkę na przycięcie komara. W Gdańsku są takie dwie. Obie znajdują się w hali odlotów, więc po przylocie od razu trzeba obrać kierunek przesiadkowy.

Pierwsze miejsce, w którym można na spokojnie spędzić noc w pozycji horyzontalnej, to promocyjne stanowisko ING. Są tam kontakty i jest WI-FI. Jest też dość jasno, co może być problemem. Dlatego po chwili poszukiwań zdecydowaliśmy się na nocleg w rozrywkowym kąciku z automatami do gier. Telewizor, do którego podłączony jest X-box, ściszyliśmy, podłączyliśmy telefony do ładowania (kontakty są obok tarcz do darta), rozłożyliśmy się na pufach i przespaliśmy całe 5 godzin bez jakiejkolwiek niewygody.

Po drugie: aby do schroniska!

O 8 rano wylądowaliśmy na lotnisku Sola pod Stavanger. Z portu lotniczego do miasta kursują autobusy linii 9 (komunikacja miejska) i Flybussen (prywatne). Ten pierwszy kosztuje 33 korony za kurs w jedną stronę i odjeżdża mniej więcej co 20 minut ze stanowiska po lewej stronie wyjścia z terminalu.

Olaliśmy autobusy. Naszym planem była jazda autostopem możliwie tak daleko, jak to tylko będzie możliwe. Pierwszym etapem było dostanie się z lotniska do miasta. Po wyjściu z terminala idźcie prosto przed siebie. Trzeba przejść przez parking i dojść do drogi. Tam skręcacie w prawo i idziecie jeszcze kilkaset metrów do ronda. Za nim po prawej stronie jest przystanek autobusowy i tam warto próbować łapać okazję.

Nam zajęło to jakieś 20 minut – nie zrażaliśmy się padającym deszczem. Wierzyliśmy, że to się uda. I się udało. Jak się okazało, było to najdłuższe łapanie stopa podczas tego wyjazdu, ale do tego jeszcze dojdziemy. Do miasta podrzuciła nas trójka Polaków, z których dwójka również przyleciała na zwiedzanie Norwegii. Fajni, sympatyczni ludzie, którym bardzo dziękujemy za podwózkę, pomimo tego, że w samochodzie było nam bardzo ciasno.

Podróż trwała około 20 minut. Wysiedliśmy w centrum miasta. Pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy w Stavanger był sklep. W okolicach przystani promowej, z której odpływają promy do Tau, są dwa sklepy. Coop Prix (przy ulicy Kubgata) i Kiwi (przy Verksgata, jakieś 100 metrów od promu). Jedyne, czego potrzebowaliśmy to chleb. Całą resztę zaopatrzenia mieliśmy ze sobą – o tym, co znalazło się w naszym plecakach, przeczytacie w drugiej części wpisu.

Kupiliśmy dwa najtańsze pszenne chleby za 8,90 NOK sztuka, ketchup za 9 NOK i dwie 1,5l wody za 9 NOK sztuka. To było nasze zaopatrzenie na najbliższe półtorej doby (plus zawartość plecaków). Wodę kupiliśmy tylko dlatego, że mieliśmy ze sobą po jednym bidonie 0,7l, a woleliśmy mieć więcej picia w zapasie, skoro noc mieliśmy spędzić na fiordzie.

Prom na Tau odpływa średnio co pół godziny. Po wejściu na pokład zajmujecie miejsce (polecam fotele w pierwszym rzędzie przy dużych oknach – pięknie widać, gdzie się płynie) i czekacie na konduktora, który przyjdzie i sprzeda Wam bilet. Przeprawienie się ze Stavanger do Tau zajmuje jakieś 40 minut i kosztuje 52 NOK. Są patenty na to, żeby nie płacić za przejazd (zabawa w kotka i myszkę z konduktorem), ale ich nie polecam – informacja o karze 750 NOK za brak biletu skutecznie do tego zniechęca.

Co ważne, na promie jest dostępne WI-FI. Nie jest to ostatni kontakt z internetem w drodze na Pulpit Rock, więc nie trzeba się jeszcze żegnać ze znajomymi.

Wysiadamy w Tau. I znów są różne opcje dostania się do schroniska, z którego rozpoczynamy marsz w górę. Pierwszą z opcji są autobusy, które zawiozą Was z promu pod same drzwi, a zapłacicie za to około 160 NOK za bilety w dwie strony. Fajnie.

Ale nie dla nas. Jeśli chcecie oszczędzić – autostopu ciąg dalszy. Możecie próbować już na wyjeździe z promu – szanse na sukces są spore. My zdecydowaliśmy się na krótki spacer. Główną drogą prosto przed siebie. Po około kilometrze natraficie na stacje benzynowe i sklepy – to też szansa na uzupełnienie zapasów. Celem spaceru jest jednak rondo, na którym skręcacie w prawo. Tuż za nim jest przystanek autobusowy.

I to właśnie tam, po jakichś pięciu minutach, można trafić na przesympatyczną Norweżkę, która jedzie do Sandness i z chęcią Was podrzuci kawałeczek. A konkretnie do campingu Preikestolen AS, który był kolejnym krótkim przystankiem na naszej drodze. W środku ciepło, przyjemnie, przytulnie. Deszcz przybrał na sile, więc przeczekaliśmy go w środku, delektując się czekoladą (z Polski), kawą (22 NOK), półlitrową Fantą (25 NOK) i internetem (darmowym).

W końcu trzeba było się zebrać dalej. Wyszliśmy z campingu, w dalszym ciągu łapiąc stopa. Przeszliśmy może z kilometr, może dwa. Tym razem zatrzymał się Holender, zmierzający w tę samą stronę, w którą my. Był to może szósty, może siódmy samochód, który nas wyprzedzał.

Na końcu drogi Preikestolvegen czeka schronisko nad jeziorem. Na zegarkach była mniej więcej 13, więc postanowiliśmy się posilić. Po wejściu do schroniska obok recepcji znajdziecie schody. Na pewniaka idźcie do góry. Tam jest sala, w której ze spokojem będziecie mogli zjeść własne jedzenie, a nawet zdrzemnąć się godzinę czy dwie. Skorzystaliśmy z obu tych możliwości. Po chlebie, pasztecie i ketchupie przyszedł czas na regeneracyjną drzemkę. Naładowaliśmy akumulatory bardzo mocno (telefony, facebooka i instagrama również naładowaliśmy) i mogliśmy przystąpić do ataku szczytowego.

Koniec części pierwszej

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *