Preikestolen, czyli jak dojechać i wrócić z Pulpit Rock za 300 złotych. Część druga

Autor: • 25 maja 2016 • Blog, Góry, Inne, PoradnikiKomentarzy (0)4206

CZĘŚĆ DRUGA

Tu znajdziesz część pierwszą.

Po trzecie: prosto do góry!

Wyszliśmy ze schroniska punktualnie o 14. Czas, który jest przewidziany na pokonanie drogi na Pulpit Rock, to 2,5 godziny. Tak informują tablice, które są poustawiane wzdłuż szlaku. Pokazują też, w którym miejscu obecnie się znajdujemy i ile jeszcze drogi przed nami. A droga jest stosunkowo prosta. W wielu miejscach można przeczytać, że jest stromo, że można się zmęczyć, że bez butów trekkingowych nie podchodź…

Na pewno jest pod górkę. Szlak ma 3800 metrów długości i podnosi się o około 330 metrów, wyprowadzając nas na wysokość 604 metrów nad poziom morza. Pierwsza część szlaku jest stosunkowo prosta i nie powinna sprawić problemu nikomu, kto kiedykolwiek choć raz chodził po górach. Środkowy odcinek jest trochę bardziej wymagający, ponieważ pojawiają się tam dość strome kamienne podejścia. Może być też ślisko, co jest szczególnie ważne podczas schodzenia. Końcówka szlaku to znów proste odcinki z delikatnym podejściem na koniec, gdzie już cieszymy oczy fantastycznymi widokami.

Co do butów, to rzecz jasna obuwie trekkingowe sprawę ułatwia, ale nie uważam, żeby w porze późno wiosennej/letniej było czymś niezbędnym. Myślałem o zabraniu butów górskich, ale myśl o tym, że miałbym spędzić w nich całą upalną niedzielę po powrocie do Polski, skutecznie mnie do tego zniechęciła. Obaj pojechaliśmy w butach biegowych ze relatywnie wyraźnym bieżnikiem i to zupełnie wystarczyło.

Po czwarte: mamy to!

Oto i jesteśmy na szczycie. Dotarliśmy po nieco ponad godzinie na Pulpit Rock. Weszliśmy na szczyt klifu Preikestolen i mogliśmy na własne oczy zobaczyć to, co do tej pory widzieliśmy tylko w internetach. Pod naszymi nogami rozpozcierał się długi na 42 kilometry Lysefjord, a nam nie było potrzeba do szczęścia nic więcej. Myśleliśmy, że lepiej być nie może.

Na szybko zrobiliśmy kilka zdjęć, zrobiliśmy krótki rekonesans po okolicy i zabraliśmy się za rozbijanie obozowiska. Cesarzowie lowcostu nie będą wydawać pieniędzy na spanie w schroniskach. Namiot był jedyną słuszną opcją, pomimo że prognozy były niezbyt optymistyczne (3-4 stopnie o świcie). Poza tym chcieliśmy być o świcie właśnie w tym miejscu; wtedy, kiedy jeszcze nie ma tam żywej duszy.

Godzinę po naszym wejściu przyszła przepotężna chmura. Pochłonęła wszystko. Widoczność spadła do kilkunastu metrów, więc skończyło się krajobrazowe rumakowanie. Rozłożyliśmy namiot. W pewnym momencie usłyszeliśmy swojsko brzmiące „Siemka!”. O tym, że Polaków w Norwegii jest mnóstwo, wiedzieliśmy, ale tego, że koleś z Poznania będzie nocować 15 metrów dalej, raczej się nie spodziewaliśmy.

Wiśniówka kupiona na lotnisku, kabanosy, czekolada… Do tego przenikliwa wilgoć i chłód. W takich warunkach trójka podróżników z Polski spędzała popołudnie i wieczór na Preikestolen, dzieląc się wrażeniami i doświadczeniami. Pięknie było.

Po piąte: mamy to jeszcze bardziej!

A w nocy było zimno. Zajebiście zimno. Śpiwór + kalesony + spodnie + podwójne skarpetki + koszulka termiczna + bluza z kapturem —> to zestaw, w którym spałem. Dodatkowo namiot wyłożylismy folią NRC, żeby odizolować się od podłoża. We względnym komforcie wytrzymaliśmy do 2-3 nad ranem. Później przyszedł spadek temperatury i trzeba było ratować się ogrzewaczami do rąk, które włożyłem sobie pod koszulkę, żeby móc jeszcze zasnąć. Co zresztą nie było łatwe, bo chciało mi się sikać, jak małemu dziecku płakać – ale przecież wygramolenie się ze śpiwora i namiotu na ten padający deszcz (bo w nocy padało dość mocno), to byłby jakiś dramat, więc dzielnie przytrzymałem do rana!

Warto było. Kurwa, jak bardzo było warto!
Szósta rano, jest jasno, widać, że słońce przebija się przez chmury. Jesteśmy zmarznięci, ale wyspani. Otwieramy namiot i wychodzimy na zewnątrz. To, co zobaczyliśmy po wystawieniu głów na zewnątrz, przekonało nas, że warto było przeżyć każdą niedogodność…

Lysefjord skąpany w promieniach wschodzącego słońca, niebieskie niebo nad naszymi głowami, chmury przenikające pod nami między klifami… Jezusie, jak pięknie, cudownie, idealnie!

I oczywiście pusto. Ani żywej duszy na górze. Idealna okazja do tego, żeby po pierwsze pokontemplować, pomyśleć, ogarnąć głowę, ale także, żeby zrobić sobie kilka zdjęć, które będą pamiątką na dłuuuuuugie lata.

Cały ten wyjazd zresztą będzie niezapomniany na długo. Mieliśmy jechać w trójkę – trzech Marcinów. Niestety, pojechaliśmy tylko dwuosobowym składem, ale ten trzeci był cały czas z nami.

Pięknie było. Cudownie. Ta skała, która wznosi się ponad wszystkim, jest doskonałym miejscem na to, żeby zaprowadzić porządek w głowie. Absolutna cisza, absolutny spokój i przestrzeń, która na początku może wręcz przerażać, a później już tylko zachwyca. Zapiera dech w piersiach tak, jak jeszcze nigdy nic. Do tego godziny rozmów, opowieści z życia, dzielenia się przeżyciami, obawami, nadziejami. Śmiech do łez, ból policzków i brzucha. Tak, strasznie to wszystko patetyczne, ale kilkadziesiąt godzin spędzonych w towarzystwie kumpli, podczas których kilka razy leci się samolotem, śpi w przedziwnych miejscach, otwiera przed sobą i przyznaje do wielu rzeczy i przeżywa wspólnie takie chwile, jak my w sobotę o poranku, jest czymś, czego potrzebuje każdy facet i co sprawia, że akumulatory ładują się w tempie ekspresowym.

Po szóste: czas wracać!

Powrót do schroniska zajął nam około godziny. Tam się umyliśmy (można wziąć prysznic w schronisku obok, o czym dowiedzieliśmy się po czasie – więcej o tym w trzeciej, podsumowującej części), znów wyciągnęliśmy pasztety i Knoppenbrod oraz tradycyjnie zapadliśmy w godzinny sen. Nigdzie nam się nie spieszyło, podobnie jak przez cały wyjazd, więc czasem dysponowaliśmy dość swobodnie.

Jak wrócić do Tau? Autostop! Kartka w ruch, na horyzoncie jakiś buś. Marcin mówi „Zobaczysz, zatrzyma się”. Zatrzymał się. A w środku młodzi Niemcy z dzieckiem, podróżujący przez 4 tygodnie po Norwegii. Takie życie. Pogadaliśmy, ja pobawiłem się z dzieciątkiem, podrzucili nas pod sam prom. Znakomicie.

Deszcz znów zaczął dawać znać o sobie. Padało i padać nie chciało przestać. Poszwędaliśmy się po Stavanger, kupiliśmy jeszcze jeden chleb, żeby mieć co zjeść na kolację i stwierdziliśmy, że spadamy na lotnisko. Wyszliśmy na wylotówkę, ale przez panujący tam remont, nie było możliwości znalezienia miejsca do łapania stopa. Wróciliśmy do miasta i ustawiliśmy się na ostatnim przystanku autobusowym przed rondem, kierującym w stronę portu lotniczego.

Była 15. Daliśmy sobie pół godziny w tym deszczu, a w przypadku niepowodzenia mieliśmy jechać autobusem. Po trzech minutach zatrzymał się bus. Busem kierował Polak, który podrzucił nas pod same drzwi terminala. Łączny czas łapania stopa to jakieś pół godziny. Piękny kraj!

Przed wylotem do Polski musieliśmy spędzić jeszcze jedną noc na lotnisku. W Stavanger miejsc do spania jest sporo. Pierwszym, które rzuca się w oczy, jest Kissing Point w głównym terminalu. Znajduje się na pierwszym piętrze koło windy. Są tam sofy, jest nocna lampka, kontakty, działające WI-FI i faktycznie można się tam wyspać.

Niestety, trafiliśmy na czas, kiedy w nocy remontowali część hali, więc kiedy tylko szlifierki poszły w ruch, stwierdziliśmy, że tak się na pewno nie wyśpimy. Poszedłem na rekonesans i znalazłem jeszcze dwie miejscówki – pierwsza to kanapy zamykanej na noc restauracji na drugim piętrze. Wygodne, ale hałas ciągle taki sam. Poszedłem dalej i wtedy moim oczom ukazał się las korytarz. Obok komisariatu policji jest wejście do toalet i pomieszczeń administracyjnych. Kilkanaście metrów kwadratowych chłodnego, czystego korytarza, w którym – po zgaszeniu światła – można się wyspać naprawdę bardzo dobrze! Nikt tam nie chodzi (w nocy nie ma odlotów – przynajmniej nie w końcówce maja), nikt nie zapalał światła, a to że kilka metrów dalej są drzwi do kibli nie przeszkadza w niczym, bo jest czysto i pachnąco.

O tym, jak to się stało, że cały wyjazd kosztował tyle, ile kosztował (czyli dokładny kosztorys) przeczytacie w trzeciej części. Przeczytacie też krótkie podsumowanie i skondensowany know-how, razem z listą rzeczy niezbędnych do przeżycia na fiordzie. Stay tuned!

KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *