1. PZU Półmaraton Gdynia. Relacja

Autor: • 23 marca 2016 • Asfaltowo, Blog, Relacje8 komentarzy4613

Wracam. Dzień dobry.

Początek tego wpisu będzie bardzo, bardzo osobisty. Ale inaczej nie mogę. I nie chcę.

Dużo, bardzo dużo czasu minęło, od kiedy ostatni raz napisałem coś w tym miejscu. To był czas, który w dużej części chciałbym wymazać z pamięci, nie myśleć o nim i najlepiej go w ogóle nie przeżywać. Niestety, tak się nie da.

Było w moim życiu kilka cudownych chwil, które następnie zamieniły się w chwile ciemne, przykryte gęstymi chmurami, z których długo się próbowałem wydostać. Robiąc to, nie miałem absolutnie głowy i chęci na to, by robić coś więcej, niż jedzenie, spanie, praca i bieganie. Dlatego też pojawiło się tak długie milczenie…

Czas jednak to zmienić. Czas wziąć życie za bary. Czas pokazać sobie, że mogę. Czas pokazać innym, że mogę. I wiem, że ci inni to zobaczą. Zobaczą i pewnych rzeczy bardzo pożałują.

Pokazywanie sobie tego, że mogę, rozpocząłem w niedzielę w Gdyni. 1. PZU Półmaraton Gdynia skusił mnie już w listopadzie zeszłego roku, kiedy tylko pojawił się na biegowej mapie Polski. Od razu wiedziałem, że to właśnie w Gdyni będę walczył o swoją nową półmaratońską życiówkę…

Ambitny plan

To nie jest trasa na życiówkę – słyszałem to zdanie wielokrotnie. Podobnie jak: „Tu jest podbieg, tam jest podbieg i generalnie jest mocno pod górkę, a do 6. kilometra, to musisz podbiec pod dwie Belwederskie”. Bałem się, nie mówię, że nie.

Z drugiej strony jednak czułem się mocny. Podbiegi, na które położyłem akcent w ostatnich tygodniach, biegane na Agrykoli po 4 min/km, tysiączki, które wchodziły pod 3:50/km, czy pierwszozakresowe długie wybieganie po 4:40/km pokazywały mi, że jest moc w nogach i energia w człowieku drzemie. Tylko czy jest to taka energia, która pozwoli mi przebiec półmaraton w takim czasie, w jakim chciałbym to zrobić?

Podobno wyglądam tu słabo… | foto: suchaszosa.pl

A plan był ambitny. Chciałem zobaczyć 1:27 na zegarku. To jednak wymagało biegu przez 21 kilometrów w tempie zbliżonym do 4:06/km. Musiałbym przy okazji ustrzelić życiówkę na 15 kilometrów. Najrealniejsze jednak było zwykłe zejście poniżej 1:30, czyli bieg po 4:15/km. To też dałoby mi dużo radości.

Jeszcze chwilę przed startem miałem założenie takie, że do szczytu podbiegu na 5,5 km biegnę z zającem na 1:30, a potem uciekam. Z założeniami jednak bywa tak, że gdy przychodzi co do czego, to tracą one rację bytu. I tak też się stało. Tuż po starcie rozpędziłem się do docelowej prędkości i pierwszy kilometr pokonałem 4:07. Idealnie. Jeszcze tylko 20.

Szybka dyszka

Biegnę. Paweł Choiński odleciał mi na jakieś 200-300 metrów. Spoko, na asfalcie jest szybszy ode mnie. Ja trzymam się swojego tempa. Gdzie jest pod górkę, tam zwalniam o parę sekund na kilometr. Nie chcę się zakwasić i nie chcę umierać na ostatnich kilometrach. Spodziewam się, że będzie ciężko, ale moment śmierci w męczarniach chcę oddalić od siebie jak najbardziej.

Pomimo tego kolejne kilometry wchodzą zgodnie z planem. 4:07 / 4:15 / 4:03 / 4:16. Jestem na górze – wyżej już dzisiaj nie wbiegniemy. Ulica Świętojańska zaliczona po raz pierwszy. Obiegam Gdynia Arenę, ponownie wpadam na Aleję Zwycięstwa i Świętojańską – tym razem z górki. Kolejne 5 kilometrów wpada wzorowo. 4:11 / 4:10 / 4:11 / 4:05 / 4:05.

10. kilometr mijam po mniej więcej 41:20 s. Zajebiście.

Rekordowy piętnastak

Błażej, który robił nam zdjęcia na 11. kilometrze, powiedział mi po biegu, że nie wyglądałem za dobrze. To dziwne, bo czułem się fantastycznie. Ten kilometr przebiegłem w 3:53, nogi były bardzo lekkie, tętno musiało być cholernie niskie, bo kiedy zacząłem sobie śpiewać, nie odczułem żadnego dyskomfortu.

Dyskomfortowy był wiatr, który zaczął nam bardzo mocno przeszkadzać po wbiegnięciu w magazynowe dzielnice Gdyni. Do tego kilka mniejszych lub większych podbiegów i zaczęło się robić ciężko – szczególnie między 12. a 13. kilometrem. Wmordęwind i podbieg zwolniły mnie na chwilę. Ale tylko do nawrotki. Kiedy zawiał wiatr w plecy, rozpędziłem się ponownie, podejrzewając, że może być naprawdę nieźle. Trzecią piątkę pokonałem z czasami 3:53 / 4:13 / 4:18 / 4:09 / 4:01. 15 kilometrów poniżej 1:02 to moja nowa życiówka.

Na pierwszym planie Paweł, a na trzecim zbliżam się ja…  | foto: suchaszosa.pl

| foto: suchaszosa.pl

Na 14. kilometrze wciągnąłem żel. Najlepszy, jedyny i słuszny Honey Stinger (do kupienia w Natural Born Runners). 15. kilometr, to wspomnienie samotnego dj’a, który grał dla nas gdzieś na poboczu. Akurat gdy przebiegałem obok, częstował nas utworem, który ma ładnych kilkanaście lat. I trafiłem na taki moment, którym ten kawałek wchodził na najwyższe obroty. Ja też na takie obroty wszedłem – to była ta chwila, w której nabrałem pewności, że to się uda na pewno. Obrałem cel.

Choiński na celowniku

Celem był Choiński, do którego zbliżyłem się na 100 metrów. Wiedziałem, że go łyknę. Nie wiedziałem kiedy, chciałem jednak zrobić to jak najszybciej.

Od 16. kilometra znów było pod górkę przez prawie dwa kilometry. Stwierdziłem, że nie zwalniam. W dupie to mam – nawet jak się zniszczę, to co? Pięciu kilometrów nie dam rady przebiec? Czułem się zajebiście – wyprzedzałem, zamiast być wyprzedzanym. To, co widziałem na zegarku, jeszcze bardziej mnie nakręcało. Szedłem, a w zasadzie biegłem jak burza!

70, 50, 40, 20 metrów. Paweł jest na wyciągnięcie ręki! Szczyt podbiegu, zakręt w lewo. Klepnięcie w plecy, berek! Nie gonił mnie. Ja nie zwolniłem. Popędziłem przed siebie tak szybko, jak tylko mogłem, wiedząc, że przede mną jeszcze długa prosta w kierunku mety.

To było zwyczajnie łatwe

foto: instagram.com/marcinkargol.pl

foto: instagram.com/marcinkargol.pl

Nie wieje, nie zwalniam. Okej, teraz zaczynam być nieco zmęczony, ale to ciągle nie jest odcięcie – trzymam się swojego tempa i już się cieszę w środku, mimo że do mety jeszcze kilometr. Nic złego się nie wydarzy. Nie oglądam się za siebie, ale mam nadzieję, że Paweł przytrzymał się moich pleców.

Wypadam na ostatnią prostą. Patrzę na zegarek, wiem, że 1:27 nie połamię, ale na pewno ten czas na mecie zobaczę. Kibice krzyczą, spiker krzyczy, próbuję się ścigać z jakimś zawodnikiem, ale odpuszczam mu – radość mnie rozpierdala. Euforia, jakiej dawno nie przeżywałem. Ręce w górze, uśmiech od ucha do ucha. 10 pĄpek na mecie i kilka łez uronionych chwilę później.

Zrobiłem coś, co wydawało mi się niemożliwe.
Choć przyszło mi to nadspodziewanie łatwo.

Ostatnie kilometry pokonane w czasach 4:01 / 4:03 / 4:10 / 4:01 / 4:05 i 4:06 + 250 metrów w 56 sekund sprawiły, że pokonałem trasę 1. PZU Półmaratonu w Gdyni w 1:27:25 i ze średnią prędkością 4:06/km.

Wygrałem.

Daleka droga do domu

Większość biegu śpiewałem dwie piosenki. Wybrzmiała ze mnie każda nutka i wyśpiewany został każdy wers. Śpiewałem, że podnoszę się, podnoszę, i że jak wiele muszę mieć sił. Śpiewałem, że wiem, że mogę, choć mam pod skórą coś jakby strach.

Śpiewałem również, o tym, ile jeszcze we mnie wiary, ile jeszcze we mnie samym sił. Śpiewałem, że chciałoby się zacząć jeszcze raz i odnaleźć zmarnowany czas…

Biegłem i śpiewałem.
Biegłem i z każdym kilometrem oczyszczałem siebie od wewnątrz.
Oczyszczenie było dopełnione ludźmi, którzy byli obok. Z którymi mogłem spędzić ten czas, lub zobaczyć się choć na chwilę. To był fantastyczny pĄweekend.

Kasia, Martyna, Iza, Paweł, Błażej, Waldek!
Dziękuję.

Najlepsi z najlepszych! | foto: suchaszosa.pl

Najlepsi z najlepszych! | foto: suchaszosa.pl

Podobne wpisy

8 Odpowiedzi na 1. PZU Półmaraton Gdynia. Relacja

  1. Krasus napisał(a):

    Przepiękna relacja. Świetny wynik, zasłużony, zapracowany potem i kwasem mlekowym. Petarda chłopak z Ciebie i tak trzymaj!!

  2. Mrt napisał(a):

    Śpiewałeś Choińskiemu? 😉

  3. Sławek napisał(a):

    Jeszcze raz gratulacje, super wynik!!
    PS.
    Na szczycie podbiegu zakręt chyba był w lewo??

  4. Zuza napisał(a):

    Gratulacje!!!!!!!, jesteśmy dumni 🙂 . Babcia nie bardzo łapie o co biega.., ale dumna 🙂

  5. […] 23 marca 2016 | 1. PZU Półmaraton Gdynia. Relacja […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *