Top of the top 2013 czyli podsumowanie roku.

Autor: • 29 grudnia 2013 • Blog, Inne2 komentarze1627

Rok 2013 przechodzi do historii. Koniec każdego roku, to wysyp wszelakiej maści podsumowań, wspomnień, retrospekcji i innych takich sentymentalnych pierdół. Jako, że jestem sentymentalnym człowiekiem – a jakże – to i ja się o takie podsumowanie pokusiłem. Poniższy tekst nie jest spisem imprez-tak-udanych-że-hoho. Między innymi dlatego, że takie imprezy można policzyć na palcach jednej ręki. Krowy lub strusia. Głównym kryterium klasyfikacji zawodów w których brałem udział w mijającym roku, jest ich emocjonalna waga i to, jak mocno wyryły swój ślad gdzieś w Kargolu. Ten ślad mogły wyryć bólem, radością, zmęczeniem, trudnością i tak dalej, i tak dalej.

A więc, panie i panowie, usiądźcie wygodnie i przeżyjmy to wspólnie jeszcze raz! Przed Wami niezapomniana siódemka kończącego się roku, czyli Top of the Top 2013!

7. WNOF 13 czyli bieg na orientację w Sky Tower we Wrocławiu. W styczniu miałem okazję wystartować w niezwykle ciekawych zawodach. Wieżowiec Sky Tower we Wrocławiu, 3 potężne piętra do naszej dyspozycji, na każdym niezliczona ilość drzwi i klatek schodowych, mapa do ręki i sprint od punktu do punktu pomiędzy wrocławianami, robiącymi zakupy. Bardzo miodna dawka orienteeringu. Dawka, która zmęczyła mnie przeokrutnie, a przy okazji pokazała, że zdecydowanie bardziej wolę biegać znacznie dłuższe dystanse z mapą, bo na krótszych jestem przesłaby.

6. 8. Półmaraton Warszawski i 35. Maraton Warszawski. Moje kolejne dwie wizyty w Warszawie i kolejne dwa razy – w marcu i we wrześniu – kiedy człapałem po ulicach stolicy, mając przyczepione do pleców baloniki, a za plecami miałem przyczepioną grupę uśmiechniętych, głośnych i cholernie zmotywowanych biegaczy. W marcu tradycyjnie pomagałem połamać magiczne 2 godziny (co było utrudnione przez ekstrmalne warunki pogodowe), a we wrześniu to łamanie 4,5 godziny. W roku 2014 znów widzimy się na starcie! Bycie pacemakerem, to jest coś, co kocham.

5. Śnieżne Konwalie. 25 kilometrów z mapą i kompasem w lutym w Nietążkowie. Wycieczka biegowa połączona z krosem. Śnieżnie było tylko z nazwy. Konwalii też nie widziałem. Było cholernie mokro i cholernie błotniście. Ale było też cholernie fajnie. Ten start mocno naładował mnie energią (czego dowodem była przeprawa przez zajebiście zimną i mokrą rzeczkę). A i przy okazji wspólnie z Bormanem i naszym kolegą, Danielem, przyczłapaliśmy na 4. miejscu.

4. Mazurskie Tropy i Grassor. Dwie czerwcowe imprezy na orientację na dystansie 50 kilometrów. Pierwsza rozgrywana na terenie Warmii i Mazur. Zapamiętana przeze mnie dlatego, że nigdy nie odczuwałem takiego bólu fizycznego i psychicznego na zawodach, jak podczas MT. Ponad 11 godzin walki o przetrwanie. Totalna masakracja człowieka, a w szczególności łydek. Grassor natomiastnrozgrywany na Pojezierzu Drawskim i zakończył się całkiem dobrym wynikiem (7. miejsce). Natłukłem blisko 80 kilometrów. Dlaczego? Fatalnie obrany wariant + specyfika tych zawodów = długi dystans do pokonania. Ale i tak  było miło.

3. X Bieg Rzeźnika. Drugi rok z rzędu pojawiłem się w Bieszczadach po to, żeby zmierzyć się z blisko 80-kilometrową trasą. W zeszłym roku, podczas debiutu wyciągnąłem z ówczesnym partnerem (pozdrawiam, Jędrzej!) wynik 12,5 godziny. W tym roku startowałem z moim kolegą, Sewerynem – facetem, który połamał trójkę w maratonie i był cholernie mocno zdeterminowany, do złamania 12h podczas Rzeźnika. Gdyby nie to, że na ostatnim etapie spowolniłem nasz zespół, zrobiłby to na pewno. Skończyliśmy również w 12,5h. Zmęczeni, ale szczęśliwi. Rzeźnik wymiata. W roku 2014 na 99% przerwa, ale za rok…?

2. Maraton w Paryżu. To była misja, pamiętacie? Kuuuurczę, z łezką w oku wspominam okres przygotowań do startu w Paryżu. A sam start, to w ogóle super historia. To był piękny kwiecień… Lubię wracać do tego, co napisałem po biegu. Lubię sobie przypominać, jak to pięknie szło od samego początku. 25 kilometrów w pierwszym zakresie z tempem 4:40/km. Na 35. kilometrze kryzys, walka i po trzech kolejnych kilometrach kryzys zażegnany. A potem ponowne gonienie wyniku i 3:20:05 na mecie. Fantastyczna sprawa, idealny maraton. Tam trzeba wrócić!

1. Harpagan-45. Kolejna kwietniowa impreza biegowa. 50 kilometrów na orientację. Jeden z kilku pucharowych startów w tym roku. Ten start jednak miał w sobie coś, co sprawiło, że zyskał on miano TOP startu 2013… Harpagan odbył się dwa tygodnie po maratonie w Paryżu. To, jak się czułem podczas tych zawodów może być doskonałym dowodem na istnienie czegoś takiego, jak superkompensacja. Miałem wrażenie, że mogę roznieść wszystko i wszystkich. Mając 50 kilometrów w nogach biegłem tempem poniżej 5:00/km. Nawigacyjnie było blisko ideału (w moich kategoriach). Układało się tak, jak nigdy wcześniej i nigdy później – na mecie okazało się, że jestem 3. Trzecie miejsce w Harpaganie! Choćby miał być to jednorazowy incydent, to bedę się tym chwalił i już.

Słowo na niedzielę (i na kolejne 365 dni)

Rok 2013 był dla mnie rokiem w totalną kratkę. Wiosna minęła pod znakiem przygotowań do maratonu w Paryżu. To był okres, któremu przyświecał konkretny cel, a co za tym idzie forma rosła w sposób jednostajnie przyspieszony. Po Paryżu natomiast przyszedł czas nijakości. Niby wiedziałem, że chcę dużo pobiegać na orientację i powalczyć w Pucharze Polski, to jednak nie potrafiłem się za to porządnie zabrać. Połowa startów w miarę udana (3, 7, 7 i 8 miejsce) a reszta zupełnie nie (2x zejście z trasy + miejsce poniżej 20-go), to za mało, żeby walczyć o cokolwiek. Owszem, był relatywnie udany Bieg Rzeźnika, ale na drugim biegunie mogę postawić zupełnie nieudany Maraton Karkonoski (zejście z trasy przed półmetkiem). Raz na wozie, raz podwozie.

Dziwny to był rok i nie jestem z niego zadowolony. Mam nadzieję, że wyciągnąłem z ostatnich 12 miesięcy odpowiednie wnioski i że rok 2014 będzie lepszy. Czego sobie i Wam życzę:)

Podobne wpisy

Jedna odpowiedź na Top of the top 2013 czyli podsumowanie roku.

  1. Pecado napisał(a):

    Jest jeszcze jedna recz, która powinna zostać odnotowana na „plus” tego roku. Startowałem w H45, ale nie ukończyłem. Dzięki tej imprezie dowiedziałem się, że można pokonywac takie dystansy biegiem, ze jest coś takiego jak ultramaratony. U Ciebie na blogu zobaczyłem grafikę nawiązująca do BUGT. Wtedy wiedziałem, że też chcę to kiedyś zrobić.
    To dzięki Tobie zaangazowałem sie w bieganie, a wygrany pakiet startowy na Maraton Karkonoski był jak smutny żart (biegalem zaledwie 3 miesiące – kilka dni przed wygraną złamałem godzine na 10km). W czerwcu i lipcu trenowalem sporo i MK zakończyłem. Dzięki Tobie, za co serdecznie dziękuję. Mam nadzieję, ze za kilka lat stanę w szranki z Tobą w jakiś zawodach. Tak trzymaj. Jesteś inspiracją dla innych ! Kończąc, życzę sukcesów i zyciówek w 2014 roku !

  2. Marcin biegamblog.pl napisał(a):

    Musi być lepszy i na pewno będzie lepszy ! 🙂
    Powodzenia Marcinie w relaizacji planów na ten rok.

    A zeszły to bez przesady, nie był taki zły. Miałeś swoje momenty i zwycięstwa. Nie można mieć wszystkiego 😉 Wydaje mi się, że za dużo chciałeś osiągnąc.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *