Podsumowanie. Kwiecień 2012.

Autor: • 4 maja 2012 • Blog, InneKomentarzy (0)1297

Z kronikarskiego obowiązku muszę podsumować w jakiś sposób miniony miesiąc. Miesiąc, który minął pod znakiem bardzo skrajnych nastrojów. Nastrój pierwszy wprowadził mnie w wielki stan upojenia własną zajebistością i radością z biegania, nastrój drugi natomiast bardzo szybko sprowadził mnie na ziemię.

Za nastrój pierwszy odpowiadał półmaraton w Poznaniu. Za wyjątkiem zeszłorocznego maratonu w Barcelonie nie było jeszcze biegu, do którego byłbym przygotowany tak perfekcyjnie i który rozegrałbym w tak fantastyczny sposób. Wszystko poszło lepiej, niż miało pójść. 
Nastrój drugi, to maraton w Dębnie. Wszystko szło tak, jak miało iść do niejednokrotnie wspominanego już 31 kilometra, na którym to wszystko przestało iść, a zaczęło pełzać, czołgać się niczym ranny żołnierz. Zastanawiam się, czy mogę mówić o mojej największej biegowej porażce. Tak nazwałem to wszystko chwilę po biegu. Teraz, kiedy analizuję to na chłodno stwierdzam, że po prostu miałem pecha. Zdarza się. Wykonałem ciężką pracę przygotowując się do tego biegu. Efekt końcowy kiepski, ale trening w piach nie pójdzie. Co nabiegałem, to moje. Tego już mi nikt nie odbierze.
Z racji tego, że Dębno wyglądało tak, jak wyglądało, nie odpoczywałem za dużo. W zasadzie zrobiłem sobie tylko tydzień zluzowania z delikatnymi rozruchami, żeby wyleczyć mikrourazy mięśni i po tygodniu byłem gotowy do dalszego biegania. Długo zastanawiałem się co będzie tym dalszym bieganiem. Czy plan pod ultra czy dotrwanie do maratonu w Jelczu-Laskowicach. Podjąłem – tego jestem pewien – mądrą i najlepszą ze wszystkich decyzję, że do Jelcza nie jadę. I nie żałuję. Dużo nowej, jeszcze cięższej pracy przede mną. I wiem, że jej efekt będzie znacznie bardziej pozytywny.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *