Pobiegane! Sezon, sezon i po sezonie.

Autor: • 1 listopada 2014 • Blog, Inne, TreningKomentarzy (1)2295

Drogi pamiętniczku! Sezon 2013/2014 mogę uznać za zakończony. Jestem właśnie w drugim tygodniu roztrenowania. Przytyłem jakieś 3-4 kilogramy. Dobrze jest. Nie będę biegał jeszcze kilka dni. Po weekendzie ponownie przywdzieję biegowe buty i sprawdzę, czy nie zapomniałem jak to się robi. Oczywiście nie jest tak, że siedzę na dupie, żrę i nic nie robię. PĄpasy robię na przykład! Przynależność do PĄekipy zoPĄwiązuje! Pomaga mi w tym appka na telefonie – z dnia na dzień są postępy! Kiedy dojdę do 100 pompek na raz, to na pewno się pochwalę. Oprócz tego łażę na siłownię. Na kaloryfer nie liczę, ale silne mięśnie zdecydowanie mi się przydadzą w nowym sezonie, bo i plany są cholernie ambitne. Poza tym dobrze mieć fajnego bajca!

Zanim skupię się na planach na sezon 2014/2015, powrócę jeszcze do sezonu się kończącego. A jest do czego wracać, bo był to przedziwny rok. Nie chcę użyć słowa „niesamowity”, bo szału nie było i dupy nie urwał, ale miał w sobie coś, co będę wspominał długo i wnioski z czego na pewno przydadzą mi się w kolejnych latach.

Złe miłego początki

7.Półmaraton Poznański (foto: marcinkargol.pl)

Na początku była „Misja…”. Jak co roku zresztą. Zaczęło się w 2012 roku od „Misji: Dębno”. W tym samym roku była „Misja: Bieg Siedmiu Dolin”. Następnie „Misja: Paryż”. I wymyśliłem sobie, że tej wiosny wezmę udział w „Misji: łudzi się ludź na Łódź”. Zajebista nazwa, ale wykonanie jakby słabsze. Niby początek fajny, bo w styczniu udało mi się na 5 kilometrów zejść poniżej 20 minut bez większego wysiłku, ale później było już gorzej. Nie byłem w stanie pobić życiówki na 15 kilometrów i tylko ją wyrównałem, a w półmaratonie poprawiłem się o 1,5 minuty na przestrzeni dwóch lat. To nie miało prawa się udać – nie miałem absolutnie żadnych szans na choćby zbliżenie się do paryskiej. Tradycyjnie pozającowałem w Półmaratonie Warszawskim, ale startu w maratonie się nie podjąłem. Wiem, że ogromny wpływ na to miała moja ówczesna praca. Niby kilometraż się zgadzał, to jednak jakość treningów pozostawiała wiele do życzenia.

9. Półmaraton Warszawski (foto: marcinkargol.pl)

Po w zasadzie nieudanej wiośnie postawiłem sobie jeden cel: dobrze się bawić. Napisałem wtedy: Taki jest mój plan. Proste równanie. Luz w dupie + nakurwianie. I tego zacząłem się trzymać. Pobiegałem na orientację i w Wielkopolsce i na Mazowszu i w Łódzkiem. Efekty były różne, ale zabawa była przednia. Do tego niesamowicie fajnie bawiłem się podczas sztafety Accreo Ekiden w Warszawie oraz wypluwając płuca w trakcie wbiegania na szczyt wieżowca Sky Tower we Wrocławiu. Trenowałem tak samo, jak wcześniej – czyli nie nazwałbym tego jakimś specjalistycznym treningiem – a radość z biegania była we właściwym miejscu. Jak się okazało, to był dopiero początek tej radości.

Pudło, pudło, pudło

Drugie miejsce podczas Izerskiej Wielkiej Wyrypy (foto: marcinkargol.pl)

Spojrzałem sobie w oczy i otwarcie powiedziałem, że nie mam formy takiej, aby walczyć na dystansach ~50 kilometrów. Więc skupiłem się na dystansach krótszych. Na początku sierpnia pojechałem na Rajd Konwalii. Przewaliłem się na 30-kilometrowej trasie i udało mi się po raz pierwszy w życiu wygrać zawody BnO! Ożesz ty, orzeszku! Podjarałem się tym, jak Rzym za Nerona. Trzy tygodnie później pojawiłem się w Izerach na najlepszej imprezie świata, czyli na Izerskiej Wielkiej Wyrypie. Tam wystartowałem na trasie TP25. I znowu pudło! Drugie miejsce! Szok i niedowierzanie! Pod koniec września – tradycyjnie – znów przywdziałem zajęczy strój i pobawiłem się w pacemakera w Maratonie Warszawskim. Tydzień później, bez specjalnej eksploatacji na treningach, wyrównałem swoją życiówkę na 10 kilometrów. Kolejny tydzień później wystartowałem w Mazowieckich Mini Tropach, czyli kolejnej imprezie BnO. Trasa TP40 okazała się bardzo szczęśliwa, bo po raz trzeci z rzędu stanąłem na podium – tym razem zająłem trzecie miejce. Na zakończenie sezonu pojawiłem sie na Pomorzu, gdzie fantastycznie wybawiłem się podczas 48. Harpagana. To była piękna jesień.

A jaki będzie nowy sezon? Intensywny i dzięki normalnej, stabilnej czasowo pracy, mam nadzieję, że przepracowany mocno i skutecznie.

O zmianach i na blogu i w życiu biegowym, a także o tym, gdzie się będziemy spotykać w końcówce 2014 i w całym 2015 roku, przeczytacie w kolejnym wpisie. Stay tuned!

Podobne wpisy

  1. triathlon napisał(a):

    Życzę wszystkiego najlepszego w nowym sezonie. Oby był bardziej udany niż obecny. Niestety, praca często potrafi skutecznie pokrzyżować plany. Ja również miałem straszny kłopot z treningami swojego czasu. Pracowałem na trzy zmiany i pogodzić to z treningami nie było szans. Teraz pracuję już normalnie i mogę się poświęcać swoim zainteresowaniom. Takie czasy niestety nastały…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *