Nie samym bieganiem człowiek żyje #5.

Autor: • 3 maja 2013 • Blog, Inne6 komentarzy2806

Wczoraj w fejsbukowych czeluściach internetów obiecałem, ze dziś światło dzienne ujrzy wpis, który z bieganiem nie ma absolutnie nic wspólnego. A że jestem człowiekiem, który danego słowa stara się dotrzymywać, przekazuję w Wasze ręce krótką historię moich fascynacji; historię, która w niejednym z Was może obudzić wiele przyjemnych wspomnień. Bo kto z nas nie spędzał X lat temu godzin przed komputerem, zachwycając się coraz to nowszymi grami komputerowymi? Tak, grami, bo i graczem byłem bardzo namiętnym. Najbardziej zadziwiające jest to, że miałem czas na wszystko – szkołę, podwórko, kolegów i komputer. To były piękne czasy.

Początki

Mój pierwszy kontakt z komputerem, to był ZX Spectrum. Pamiętam ten sprzęt jak przez mgłę. Najsilniej w mojej pamięci utkwiły gumowe klawisze tego ustrojstwa. Do komputera podłączony był zwykły magnetofon. Całość była podłączona do jeszcze zwyklejszego czarno-białego telewizorka. A w tym czarno-białym telewizorze działy się cuda. Największym z nich był Bomb Jack. Rety, ile radości potrafiło dać skakanie po platformach i zbieranie bomb (czy wiecie, że w wersji na C-64 wykorzystana została muzyka, którą skomponował Jean Michelle-Jarre?)!

Po krótkim okresie posiadania ZX, przyszedł czas na kolejny krok – Commodore 64. Pierwsze skojarzenie? Ustawianie głowicy. Kręcenie małą śrubką w magnetofonie tak, żeby gry wczytywały się bez pamiętnego „?Syntax Error” wymagało nie lada precyzji, ale i dawało mnóstwo satysfakcji. I te kasety kupowane i na bazarach i w sklepach… Gry Fajne 1, Gry Fajne 2, Wyścigowe… A przy każdym tytule gry magiczna liczba. Jestem przekonany, że dzisiejsze ipodowo-tabletowe pokolenie nie miałoby zielonego pojęcia, o co chodzi. Tym, którzy nie wiedzą, tłumaczę – ta liczba, to była ilość obrotów taśmy; punkt do którego należało przewinąć kasetę, żeby wczytać daną grę (magnetofon posiadał licznik). Tak ustawiona kaseta czekała w magnetofonie. Do komputera był włożony tzw. kartridż (najczęście Black Box). Na ekranie telewizora mrugał kursor. Wciskało się klawisz F5, wciskało PLAY w magnetofonie i przez kolejnych kilka minut śledziło mrugające paski w telewizorze. Następnie przy odrobinie szczęścia wyskakiwał komunikat „Loading. Ready” i po wciśnięciu klawisza F3 można było cieszyć się grą… Kurczę, ostatni raz C64 używałem gdzieś w połowie lat 90′, a pamiętam wszystko jak dziś…

A co było na wspomnianych kasetach? Całe mnóstwo dobra! Całe mnóstwo gier (i programów użytkowych również), które pochłaniały mnie i wszystkich moich kolegów z podwórka na całe dnie oraz skutkowały wieloma połamanymi joystickami.

 

Microprose Soccer. Pamiętam jak dziś, że najsłabszą ekipą był Oman. Jak ognia natomiast unikało sie potyczki ze Związkiem Radzieckim.

Pirates. Takich gier już dziś nie robią.

Usagi Yojimbo. Naparzanie japońskim królikiem w inne króliki i dbanie o karmę – klasyka. Chyba pierwsza gra na C64 z nieliniowym scenariuszem.

Rick Dangerous. Taki lepszy Indiana Jones.

Giana Sisters. I bracia Mario mogą się schować.

International Karate. Jedna z 57238 wersji tej gry. Każda tak samo grywalna.

Emlyn Hughes International Soccer. Kiedyś nie wiedziałem, że Emlyn Hughes to legenda Liverpoolu. Gra była chyba pierwszą, w której można było wpisać własną jedenastkę zawodników.

Oczywiście tych gier było wiele, wiele więcej. Przecież takie tytuły jak Commando, Rambo, River Raid, Dizzy, Test Drive itd. również przeszły do historii i jeszcze długo będziemy wspominać je z łezką w oku.

 

PC. Czasy zamierzchłe.

W pewnym momencie w moim otoczeniu pojawił się komputer z krwi i kości. Pamiętam, że był to procesor 486 o taktowaniu zegara 66 mhz. Dysk twardy miał 80 megabajtów. A ramu były ze 4 megabajty. I to było coś! To wystarczało do odpalenia niesamowitych pożeraczy czasu…

 

Leaderboard Golf. Nie było mocnych na mnie.

The Settlers. Jak można w kilku megabajtach zmieścić tyle zajebistości? To jedna z kilku gier, które przeszedłem od początku do końca.

Wolfensteind 3D. Pamiętne podchodzenie do każdej flagi na ścianie w poszukiwaniu ukrytych komnat.

Pinball Fantasies. Dowód, że można było dobrze się bawić bez internetów.

Pinball Fantasies. Dowód, że można było dobrze się bawić bez internetów.

Sim City 2000. Najwięcej radości sprawiało niszczenie własnego miasta.

Sim City 2000. Najwięcej radości sprawiało niszczenie własnego miasta.

Liga Polska Manager 95. Robakiewicz, Pisz, Jóźwiak. Pamiętacie jeszcze te nazwiska?

Polanie. „Co?”, „Idziemy!”, „Jak każesz.”. I mleko jako najważniejszy element gry. Miodzio!

Sprzętem o powyższej specyfikacji dysponowałem dość długi czas. W międzyczasie odkryłem uroku overclockingu, więc procesor podkręciłem do niesamowitych 80 mhz. Ponadto skompresowałem twardy dysk, przez co jego pojemność wzrosła do 120 megabajtów (tak, takie rzeczy się kiedyś robiło). Takie działanie pozwoliły mi na odkrywanie kolejnych niesamowitych tytułów. Syndicate, Gunship 2000, F-15 Strike Eagle II, Franko: The Crazy Revenge, Duke Nukem 3D (do tej pory z zamkniętymi oczami potrafiłbym przejść pierwszą misję).

PC. Krok dalej.

Minęło parę lat, świat poszedł do przodu. Pojawił się Internet. Pojawiły się kawiarenki internetowe. Chodziło się do takiego przybytku, zostawiało na ladzie 6 złotych za godzinę siedzenia w sieci i albo grało w Quake’a, albo (głównie) siedziało się na IRC-u. Kto to jeszcze pamięta…? Z tym całym postępem przyszedł również nowy komputer. I nowe gry. Gry, których było zatrzęsienie. Jednak dwie wciągnęły mnie na wiele lat.

 

Championship Manager 01/02. Potrafiłem grać tyle sezonów, że wszyscy prawdziwi gracze byli już na emeryturze. A Wisła była potęgą, Wisła najlepsza była.

Heroes of Might and Magic III. Czy ktoś w to nie grał? Solo fantastyczna, ale w trybie Hot Seats (czyli jak to przetłumaczono w grze: płonące pośladki) nie do pobicia. Jeden komputer, czterech graczy i kilkanaście godzin rozgrywki. I ta muzyka…

Oprócz powyższych było rzecz jasna jeszcze wiele tytułów, które zdołały urosnąć do miana kultowych: The Settlers II, Warcraft II, C&C: Red Alert, Unreal: Tournament, Carmageddon, FIFA 98, Fallout 1 i 2, Baldur’s Gate, Grand Theft Auto… I można tak wymieniać i wymieniać i wymieniać…

Obecnie mam parę gier na dysku. Jest Civilization, jest Wiedźmin. Jest też PlayStation podpięte do telewizora. Jest czym sie odmóżdżyć i czym zająć czas. Jest megagrafika, fantastyczne efekty dźwiękowe i generalnie same wodotryski. Ale i tak stwierdzam z całą stanowczością, że dziś już nie robią takich gier, jak kiedyś…

A jak jest z Wami? Nosicie w sobie podobne wspomnienia?:)

Podobne wpisy

6 Odpowiedzi na Nie samym bieganiem człowiek żyje #5.

  1. kgb napisał(a):

    O Jezu, ile wspomnień. W Heroes III – wstyd przyznać, ale jeszcze zdarza mi się czasami pograć 😉 CM 01/02 – to wpatrywanie się w komentarze w czasie meczu, a potem mrugający napis GOOOAL! 🙂

  2. Bob napisał(a):

    Grasz w Civilization? Którą część? Można by było zagrać „szybką” partyjkę 😉

    Kurczę, ja kocham grać, ale gdy wraca się po 17 do chałupy i ma milion rzeczy „na wczoraj” to chyba lepiej już pójść pobiegać, albo porobić coś z dziewczyną…

    Gdyby któryś z biegaczy chciał mnie dodać do znajomych:
    http://steamcommunity.com/id/BoberPL

  3. krasus napisał(a):

    95% wymienionych tytułów to wielkie moje miłości. Ale z CM’ów najbardziej lubiłem 97/98. Jak bodaj w 2002 roku z sąsiadem zrobiliśmy sobie „sieć” (czyt. połączyliśmy dwa komputery LANem) to graliśmy caluteńkie wakacje w CM w 4 osoby. Nierzadko do 3 rano… W trakcie studiów potrafiłem kilka dni nie iść na zajęcia, bo grałem;) To było uzależnienie porównywalne tylko z bieganiem teraz:)

  4. borman napisał(a):

    Jej, Maniek, wylałeś miód na moje rozkołatane serce.
    Zaczynałem od Atari 65XE, następnie była Amiga 500, gdzieś po drodze konsola Sega. Nie zapomnę też godzin spędzonych w salonach gier i te tytuły: Moon Patrol, Commando, Ghost Goblins. Z czasów Atarti zapamiętałem Montezuma’s Revenge, River Raid (joysticki pękały!), albo H.E.R.O. nie wspominając Boulder Dash.

    Atari był kosmicznie zacofany. Nie maiłem Turbo, wszystkie gry wgrywały się w czasie rzeczywistym. 15 minut, 20 minut, 10 minut… A pamiętasz pierwsze polskie wydania? Robbo, Fred, Misja? Ehhh…

    A o giercach na Amigę już nie wspomnę. Chyba się wzruszyłem 🙂 .

  5. Paweł napisał(a):

    To trafiłeś tekstem i w moją „miłość”. Miałeś „spektrumnę”? Ja zaczynałem od c64. Ach, całe dnie tak przyjemnie spędzone: Rick Dangerous i jego ruchome bombki (przeszedłem całego), GiANNa Sisters z dużą bezwładnością ludka (też przeszedłem), Montezuma Revenge, Switch Blade. Platformówki lubiłem najbardziej. I joystick na mikrostyki, które trzeba było czasem przeczyszczać jak się zbyt intensywnie grało. Lubiłem też symulatory jak Tomahawk (śmigłowiec i wektorowa grafika), wyścigi jak Pit Stop 2 (dzielony ekran, można było grać na dwóch), Buggy Boy, czy strategie jak Theatre Europe. Potem zostałem amigantem, na pierwszym roku studiów. Tam łoiłem w Cannon Fodder (super muzyka!), Gunship 2000 (śmigłowiec, super grafika) czy Harpoon (poważna symulacja wojny, autentyczne parametry broni). Jak kupiłem w końcu PCta to rządzili Herosi III, Quake 2 po sieci w akademiku, cywilizacja (kochana gra!), wormsy jedynka. No i Thief I i II – gra z najlepszym klimatem jaki widziałem w grach (no może Fallout mu dorównuje). Ostatnio dalej gram jak tylko mam czas. Łoję w stare erpegi (Baldur’s Gate itp), FPS-y, i przygodówki. Symulatory i strategie jakoś mi przeszły. Nieraz jak pojadę na zawody i jest parszywa pogoda to żałuje, że nie siedzę w domu i nie pykam np w Fallouta.

  6. Arti napisał(a):

    Wszystko pamiętam jak dzis ! nawet lekcje basica ! A pewnie nikt nie pamięta już tzw logo 😉

    Ile wspomnień !!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *