Misja: Łudzi się ludź na Łódź. Wpis trzeci.

Autor: • 13 stycznia 2014 • Asfaltowo, Blog, Inne9 komentarzy3137

89 dni pozostało do maratonu w Łodzi.
89 dni pozostało do niedzieli, 13 kwietnia.
89 dni pozostało do dnia, kiedy się okaże, czy pracując kilkanaście godzin na dobę, w tym przejeżdżając po ~400 kilometrów dziennie po polskich drogach, można przygotować się do mocnego biegania na dystansie 42 kilometrów.

A nie ukrywam, że czasem jest ciężko.
Najczęściej dzień pracy zaczynam koło godziny 6 rano. Nie muszę mówić, że pobudka o tej godzinie do przyjemności nie należy. Szczególnie, jeżeli się śpi w ciepłej kabinie, a trzeba wyjść na zewnątrz i iść się porannie ogarnąć na stację. Po ogarnięciu się następuje krótszy lub dłuższy dojazd na rozładunek/załadunek. Chciałbym jeździć z chłodnią, albo silosem – wtedy bym się specjalnie nie napracował. Ale nie jeżdżę. Moja naczepa to tzw. firanka. A to oznacza, że namacham się fizycznie w sposób znaczny. Otwieranie boku, zabezpieczanie ładunku (niejednokrotnie skakanie po nim i przeciąganie pasów)… Można się nasiłować, nie ukrywam. Po ogarnięciu tego i załatwieniu spraw papierkowych, przebieram się w normalne ciuchy, na najbliższej stacji myję się, co by czystym ruszyć w trasę i jadę. Kręcę kilometrów tyle, na ile ile pozwala mi pozostały czas jazdy i pracy. Gdzieś po drodze, podczas krótkiej pauzy, znajduję sobie miejsce na odpoczynek dobowy. Z wieczora tam dojeżdżam, włączam pauzę na tachografie i cieszę się czasem wolnym. A jeśli to jest wtorek, środa lub czasem czwartek, to idę na trening. Gdzie owe wyjście na trening jest ściśle powiązane z tym, czy zatrzymałem się na stacji z prysznicem na przykład. A jeśli nie, to wtedy z pomocą przychodzi google i znajduję sobie albo siłownię, żeby uskutecznić trening pod dachem, albo (i podobno nie jestem jedynym człowiekiem w Polsce, który tak robi, więc nie traktuję tego jako polactwo-cebulactwo) znajduję jakiś basen, na który udaję się po treningu tylko po to, żeby się umyć.

I tak to wygląda.
I czasem się naprawdę nie chce.
Oczy się same zamykają, łóżko za siedzeniem kierowcy przyciąga niesamowicie…
Tak było w ostatni wtorek. Spędzałem noc w Swarzędzu na terenie jednej z firm. To był długi i męczący dzień. A wiedziałem, że muszę zrobić równie męczący trening. Byłem bliski poddania się. Nie zrobiłem tego jednak. Po krótkim pobycie w internecie zapakowałem plecak, zamknąłem auto i udałem się w ponad półgodzinny spacer do jednej ze swarzędzkich siłowni, gdzie po 5 minutach nakurwiania na bieżni z nachyleniem 1946328746% poczułem, że żyję. Potem nastąpił półgodzinny powrót, wizyta w Żabce, kolacja i sen. Pięć godzin z pobudką o czwartej rano.

W środę było podobnie. Zatrzymałem się w Gnieźnie. Byłem równie zmęczony i równie nie do życia (pobudka w środku nocy). Ale doszedłem do wniosku, że nie mogę być mjętkim. Więc byłem twardy. Przebrałem się i wybiegłem na nocne zwiedzanie Gniezna. Robiąc rundę po gnieźnieńskim rynku, spotkałem biegacza. Zaczepiłem człowieka i zapytałem, gdzie tu jeszcze można by pobiec, żeby zobaczyć coś ciekawego. Człowiek stwierdził, że nie ma już co oglądać, ale możemy razem pobiegać. Propozycja nie do odrzucenia. W taki oto sposób spędziłem przesympatyczną godzinę z Kornelem, młodym, szybkim, ambitnym zawodnikiem. To bardzo fajne, kiedy okazuje się, że nie znając człowieka, można rozmawiać o wielu różnych sprawach. Biegacz z biegaczem zawsze znajdzie nić porozumienia.

A co z parametrami treningów?
Jestem w trakcie budowania bazy i wiele wskazuje na to, że fundament do budowania szybkości będzie taki, jakiego nigdy nie miałem. Mój pierwszy zakres kończy się przy 159 uderzeniach na minutę. Kiedy wykonuję bieg spokojny (a w tym sezonie poszedłem po rozum do głowy i biegi spokojne traktuję naprawdę spokojnie), utrzymuję tempo w okolicach 5:20/km. To jest dla mnie luźny bieg. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że moje tętno podczas takiego biegu, często nie przekracza 140-144 uderzeń. Przy 5:30/km, czyli świńskim truchcie, schodzę w okolice 135 uderzeń. A co z szybkim bieganiem? Sobota, pięciominutówki wplatane w BS – tempo w okolicach 4:10/km i tętno na pograniczu I/II zakresu…
Jest bardzo, bardzo dobrze. Jeszcze 3-4 tygodnie pracy nad tlenem i nad siłą biegową z nielicznymi akcentami szybkościowymi. A w lutym zaczną się interwały, interwały, tysiączki i te, no… interwały!

I wtedy będzie się działo…

Podobne wpisy

9 Odpowiedzi na Misja: Łudzi się ludź na Łódź. Wpis trzeci.

  1. Krasus napisał(a):

    Nie jest to lekki kawał chleba, ale jak zakończysz przygotowania, to będziesz tytanem, normalnie chłopem z kevlaru albo innego azbestu!

  2. Gohs napisał(a):

    Podziwiam Cię za siłę do działania i niezłomność w takich warunkach jakie masz. Jesteś niesamowitą inspiracją i motorem do treningów, dziękuję 🙂

  3. Wiola napisał(a):

    Podziwiam, że nie dość że Ci sie chce, to nawet jak sie nie chce to i tak robisz.

  4. Bartek napisał(a):

    Prócz formy widać, że trenujesz także hart ducha. Wytrzymaj tak do końca to na maratonie nawet jak ciało będzie się buntować to psycha nie pozwoli zwolnić.

    Na codzień jestem dyspozytorem w firmie transportowej i wiem że kurierka naczepą to nie jest lekki kawałek chleba. Jak byś zjeżdżał na bazę i będzie Ci się kończyć czas jazdy w okolicach Zielonej Góry albo Nowej Soli to daj znać, towarzystwo do biegania się znajdzie:)

  5. Filip napisał(a):

    Powodzenia i wytrwałości. A jak będziesz kiedyś we Wro daj znać, chętnie bym się przejechał TIR’em 🙂

  6. Ava napisał(a):

    No nie masz letko, ale jak widać twardziel z Ciebie. Powodzenia!!! Kurcze, to ja też mam 89 dni do maratonu 🙂

  7. popołudniowa drzemka napisał(a):

    Jestem pełna podziwu (i dla wyników, i dla Twojej determinacji). W moich ewentualych chwilach zwątpienia będę przypominać sobie Twoją historię.
    A w Łodzi być może się spotkamy, na razie zapisałam się na maraton jako wolontariusz 🙂 Swój własny przebiegnięty jeszcze nie w tym roku.

    Powodzenia w realizacji planów!

  8. Mateusz napisał(a):

    Nie wiem czy to cie pocieszy, ale ja codziennie wstaję o 4. Godzina dojazdu do auta. Potem jeden albo dwa kursy (dwa załadunki i dwa rozładunki) i też muszę uskakać się przy tych cholernych pasach. Potem dwie godziny do domu. Wracam między 16 a 19 i na trening wychodzę dopiero jak dzieciaki pousypiają czyli najwcześniej 20:30. Jedyny plus że nie muszę martwić się o prysznic i łóżko w domu jest troszkę wygodniejsze od tego w kabinie.
    Ale kto jak nie my 😉 damy radę 😀

  9. Radziu napisał(a):

    Chłopaki od TIRów podziwiam Was. Życzę wytrwałości i sukcesów!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *