Misja: Dębno. Pozostało 9 tygodni.

Autor: • 12 lutego 2012 • Asfaltowo, BlogKomentarzy (1)1542

9 tygodni do maratonu w Dębnie. Kiedy zaczynałem plan było tych tygodni 20. Czas ucieka cholernie szybko. Wprost proporcjonalnie do przebiegniętych kilometrów. Na szczęście (odpukać) i te kilometry połykane są z coraz większą lekkością i swobodą. Przede wszystkim jednak w tym tygodniu poczułem niezwykłą przyjemność z treningów. Przyjemność, jakiej nie odczuwałem dość dawno.

Nabiłem koło 65 kilometrów. Średni wynik, ale to dlatego, że musiałem odpuścić środową dyszkę. Patrząc jednak na samopoczucie, to nie żałuję. Wtorkowe wybieganie z siłą biegową bez historii. Zimno, pochmurno, niefajnie. Aby zaliczyć co trzeba. W czwartek miał być drugi zakres, jednak śniegu spadło tyle, że nie było mowy o szybkim bieganiu gdziekolwiek. Przynajmniej nie przez 14 kilometrów. Zamiast tego znalazłem szkolną bieżnię (nie byłem tam jedynym biegaczem, przez co śnieg był dość znośnie udeptany) i zamiast biegu ciągłego udało mi się zrobić osiem tysiączków po 4:30/km z 4-minutowymi przerwami. Fajna prędkość, fajne tętno, fajnie luźna łydka, fajne samopoczucie, fajny trening. W sobotę natomiast dla odmiany przetestowałem trasę Biegu Górskiego w Lesznie (25 lutego biegniemy!!!). 10 kilometrów takich podbiegów i takich zbiegów, jakich bym się nie spodziewał zupełnie. A wszystko to okraszone fantastycznymi okolicznościami przyrody! Słońce, mróz, las – biegać, nie umierać! Warto wspomnieć o doskonałym oznakowaniu trasy. Oznaczony każdy kilometr + miejsca w których należy skręcić. Biegłem tam pierwszy raz i nie miałem najmniejszego problemu z nawigacją dzięki tym piktogramom.

W ogóle wychodzę z założenia, że chyba będę musiał sobie sprawić jakiś mały, tani i lekki aparat foto, żeby podczas takich fajnych wybiegań i treningów móc robić małe, tanie i lekkie zdjęcia, bo czasem naprawdę jest co fotografować, a przecież nie będę biegał z lustrzanką na plecach… Niedziela to wycieczka biegowa. Podobnie jak w sobotę słoneczny, mroźny dzień i gigantyczna przyjemność z biegu. Szron na brodzie i wąsach oraz zamarznięty Powerade w butelce nie były w stanie zepsuć radości z dreptania w takich warunkach!

Z innej, nietreningowej beczki dodam, że za 48 godzin będzie jasne, czy ekipa w której jestem została wylosowana i weźmie udział w Podziemnym Biegu Sztafetowym w Bochni. Nigdy nie byłem na tej imprezie i zawsze bardzo zazdrościłem tym, którzy mieli okazję pościgać się w bocheńskich sztolniach. Losowanie jest 14 lutego i to jest jeden jedyny powód przez który nie mogę się doczekać walentynek. A nie, jest jeszcze jeden – trening! Bo kocham biegać.

A przy niedzieli w pracy udało mi się odkryć taką ciekawostkę. Cały weekend „katujemy” słuchaczy muzyką Queen. Jest czego słuchać, jest co opowiadać i jest co odkryć w czeluściach Internetu. Show must go on!

Podobne wpisy

  1. Anonymous napisał(a):

    Więc- wiem, wiem, nie zaczyna się zdania od więc 😀 musisz mi jednak wybaczyć – nie szczędzę ;)podziwiam za wytrwałość podczas mroźnej pogody 😉 Mam ogromną nadzieję,że mimo wszystko 14.02 będzie dla Ciebie dniem bardzo szczęśliwym,choć wiem, iż nie przepadasz za tą datą 😉 Trzymam za Ciebie cholernie mocno kciuki 😉 Głowa do góry i zdobywaj upragnione miejsca we wszystkich biegach 😉 nawet te ostatnie, jeśli mają dostarczyć Ci radości 😉
    „Nieznajoma” koleżanka 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *