Misja: Dębno. Pozostało 31 dni.

Autor: • 15 marca 2012 • Asfaltowo, Blog14 komentarzy4152

Równo za miesiąc o tej porze będzie już po zawodach. Dosłownie i w przenośni. Maraton, na który czekam od pół roku, przejdzie do historii. Mam nadzieję, że szczęśliwej. Przez ostatnie tygodnie zastanawiałem się, czy wpis po maratonie zatytułuję „Misja: Dębno. Studium porażki.” czy „Misja: Dębno. Analiza zwycięstwa.”. I przez ostatnie tygodnie czułem, że jeśli miałbym myśleć o zwycięstwie, to tylko w ramach pokonania 3:35. Niby radośnie, a jednak z niedosytem. Ostatnie wydarzenia pokazały mi jednak, że jest we mnie jakaś moc i że – nie szukając głębokich porównań – coś mnie rozpierdala rozsadza od środka.
Najpierw przyszła sztafeta w Bochni. Zrobiłem dokładną analizę. 18 okrążeń po 2420 metrów. Średnie tempo z tych blisko 44 kilometrów, to 4:54/km. Nogi bolały w niedzielę bardzo. Dwie kąpiele solankowe i tona Ben-Gaya, jako zestaw naprawczy. W poniedziałek do solanki dorzuciłem 10 kilometrów rozruchu. We wtorek nie czułem praktycznie nic – w sensie, że nic mnie nie bolało. A wczoraj bez najmniejszego problemu zrobiłem sobie niesamowicie przyjemną trzydziestkę… 
Tę wycieczkę biegową zrobiłem sobie w miejscu, które mam kilkanaście kilometrów od domu. W zasadzie znam tylko jego fragmencik – kilka kilometrów asfaltu, którędy to czasem jeżdżę do pracy. Dookoła masa lasu, a ja nigdy doń się nie zapuszczałem. Stwierdziłem, że czas najwyższy to zmienić i polatać przez trzy godziny raz, że po lesie, a dwa w terenie, którego nie znam. Camelbak na plecach, w środku litr picia, krówki i aparat fotograficzny. Pierwsze kilometry to długa, prosta i bardzo przyjemna droga pożarowa. 
Linia kolejowa Głogów – Leszno.
Widok od Leszna w stronę stacji
Głogówko.
Po kilku km rozwidlenie – pamiętam z mapy, gdzie trafię, jeśli pobiegnę w prawo. Więc biegnę w lewo, w las. Po kilkuset metrach dostrzegam tory kolejowe. Znam je! Kiedyś po tym szlaku jeździłem pociągami do pracy (dopóki jeździły). Obieram azymut na nasyp kolejowy. Biegnę jakimś polem, ono się kończy i zaczyna się jakaś gęstwina, ale prę do przodu, bo niby jest jakaś ścieżka. A jak się kończy gęstwina, to pojawia się rów z wodą, który ciągnie się z lewej do prawej i nie widać miejsca, jakby go ominąć. Na szczęście obok leży zwalone drzewo. 
Trochę ekwilibrystyki i jestem już na torach. Rozglądam się, porównuję to, co widzę dookoła siebie z tym, co widziałem z okien pociągu i doznaję olśnienia – przecież kilka kilometrów stąd jest nieużywany od kilkudziesięciu lat przystanek kolejowy w środku lasu! Lecę więc. Trochę lasem, trochę torami, specjalnie kluczę różnymi ścieżkami, żeby nabić jak najwięcej kilometrów. W końcu docieram na miejsce i czuję dziwny dreszcz emocji. Oto jestem w miejscu, które mijałem wielokrotnie jadąc pociągiem, często myślałem jakby się tutaj dostać, bo przecież to jest kilkanaście kilometrów od miasta i do tego w środku lasu, a teraz proszę – jestem, biegiem. 
Głogów-Gaj. Przystanek kolejowy
nieczynny od 1954 r.
Mam już opracowany plan drogi, jak idzie o powrót do samochodu. Wiem w którą stronę muszę się kierować, żeby dotrzeć do najbliższej miejscowości, a stamtąd, przecinając spory las, dotrę do miejsca, skąd wystartowałem. Jak wymyśliłem, tak też się stało, tyle że trasa okazała się krótsza, niż zakładałem, stąd też będąc kilkaset metrów przed autem, wykonałem nagły skręt w prawo i ruszyłem przed siebie kolejną, nieznaną leśną ścieżką. To była kolejna ścieżka, biegnąc którą mogłem cieszyć się z towarzystwa saren, jeleni i innych leśnych stworów. Magiczna sprawa. Tylko ja i natura w takiej postaci, w jakiej została stworzona… Droga zaczęła się wić, skręcać raz w lewo, raz w prawo. Nie bardzo wiedziałem w którą stronę biegnę, gdzie dobiegnę i czy w ogóle jest sens tą ścieżką biec dalej. Trafiłem na jakąś polanę. 
Krótki postój, krówki do pyska i odnajdujemy się w terenie – z jednej strony prześwit lasu, z drugiej rów z wodą, z trzeciej szczekanie psa gdzieś w oddali. Szybka analiza, strzał w ciemno, założenie że wybiegnę w miejscu, które najbardziej mi pasowało do tej lokalizacji i biegnę dalej. Po półtora kilometra bingo, trafiłem bez pudła! Stamtąd natomiast wytyczyłem sobie powrót do samochodu drogą bardzo okrężną, co w sumie dało mi ponad trzydzieści przebiegniętych kilometrów. Kilometrów, które nie zmęczyły mnie w żaden sposób, a które dały mi masę przyjemności i satysfakcji…
Co teraz przede mną? W piątek siła biegowa, sobota relaks, a w niedzielę kolejny start kontrolny. Bieg Zaślubin w Kołobrzegu. 15 kilometrów. Idealny dystans – będzie to dla mnie trening w drugim zakresie. Nie ukrywam, że liczę na solidne połamanie życiówki. W zeszłym roku zrobiłem tam 1:10:20. W tym chciałbym zejść poniżej 1:08:00. Czy się uda? Myślę, że przy rozsądnym rozłożeniu sił, uda się na pewno…

Podobne wpisy

14 Odpowiedzi na Misja: Dębno. Pozostało 31 dni.

  1. TOMEK napisał(a):

    Marcin, życzę Ci życiówki w Kołobrzegu. Pobij także moje 1:07:28. PRzynajmniej do 3 maja… Kiedyś, jak przyjadę do Głogowa, do mojego wujka (lub kuzyna), to musimy się wybrac na jakieś wspólne długie wybieganie…

    A przyjedziesz 30 czerwca na półmaraton do Unisławia?

    • Paweł Antoni Pakuła napisał(a):

      Widzę forma rośnie:) Może zobaczymy się w Dębnie, zastanawiam, się czy się nie zgłosić..

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Rośnie, mam nadzieję, że wyrośnie odpowiednio przez najbliższy miesiąc 😉

      Na pewno też będziemy widzieć się w Warszawie na połówce. Jakieś piwko zającowe trzeba wypić 🙂

    • Marcin Kargol napisał(a):

      @Tomek – niezłą masz tę życiówkę. Zrobię co się da, żeby ją pobić… 🙂
      A do Głogowa, to mógłbyś w końcu przyjechać, bo tylko obiecujesz i obiecujesz…

      A Unisław odpada. 2 czerwca mam Sztokholm wygrany, 8go Rzeźnika, a 22go Wulkany. Strasznie dużo wolnego potrzebuję, a nie chcę naczelnego wkurzać… 🙂

  2. borman napisał(a):

    Maniuś ominąłeś kilka przepięknych miejsc. Od stacji Głogów-Gaj jakieś 700 m na NE jest piękny las łęgowy, a nieopodal ciągnie się linia umocnień ziemnych zewnętrznego pierścienia obrony… W zasadzie to mam focha. Biegałeś po moim Magicznym Lesie i nie dałeś znać. Esz Ty 🙂 !

  3. TOMEK napisał(a):

    Marcin,
    ale ja to jestem od Ciebie o kilkanaście lat starszy. Moja życiówka na 15 km nie powinna byc zatem dla Ciebie zbyt wielką przeszkodą. 3 maja – mam Bieg Samorządowy, z akcentem na Samorządowy, w Łubiance. 6 maja – fajna, nowa dycha się w Bydgoszczy szykuje. Zatem maraton – dopiero 20 maja. Inaczej nie może być. No, nie może…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *