Misja: Dębno. Relacja. Mission failed.

Autor: • 16 kwietnia 2012 • Asfaltowo, Blog12 komentarzy3389

Bardzo nie chciałem pisać tego, co przeczytacie za chwilę. Nie chciałem, ale muszę. Muszę, bo mi, kurwa, nie poszło. Totalna klapa i tyle. Miało być 3:30, skończyło się na 3:45 z takim bólem i takimi skurczami, jakich nie doświadczyłem jeszcze na żadnym maratonie. Do 31 kilometra ładnie jadło, a potem szybko zdechło. Dlaczego? Stay with me! Zaraz się dowiecie. Uprzedzam, będzie krótko, zwięźle i na temat, bo aż się pisać nie chce. Kurwa.

Do Dębna przyjechaliśmy w sobotę po południu. Przyjechaliśmy, bo jechaliśmy we czwórkę. Ja, drużynowo-szpikowy kolega, Jarek, głogowski kolega, Grześ, a także – tu określenie wymyślone przez nas – zwykły facet z Lubina, Bogdan. Bogdan, który nabiegał 3:12, tak na marginesie. Zwykły facet z Lubina. No, ale do rzeczy. Biuro zawodów świeciło pustkami. Żadnych kolejek, żadnych problemów z odebraniem pakietu. W pakiecie koszulka, ulotki, chip, worek do depozytu. Biegowy standard. Jasno świeciły również wolontariuszki, które najpierw swoim urokiem namówiły nas na ponadprogramowy zakup maratońskiej smyczy, a później uległy naszemu urokowi i zrobiły sobie z nami sesję fotograficzną.

Po tych wrażeniach obraliśmy kierunek na pasta party (świetne spaghetti), a potem udaliśmy się na halę, w której nocowaliśmy. Rozłożyliśmy osprzęt, jednocześnie rezerwując sobie miejscówki i poszliśmy na rekonesans, połączony z zimnym, przedstartowym piwem na dobry sen. Wieczorową porą powrót na halę i rozpoczęcie przedstartowych działań. Bardzo to lubię. Przygotowanie sobie kolacji, śniadania, przypięcie numeru do koszulki, wplecenie chipa w buta, poukładanie wszystkiego tak, żebym miał 100% pewności, że jestem w pełni przygotowany do tego, co będzie działo się dnia następnego.

Byłem w pełni gotowy na to, co miało się wydarzyć. Roznosiła mnie energia. Roznosił mnie optymizm. Ale też roznosił mnie strach. Miałem w pamięci wszystkie swoje wyniki z wiosny. Wiedziałem, że fizycznie jestem przygotowany na to, żeby zrobić te pieprzone 3:30. I z takim nastawieniem stanąłem na linii startu. Obok mnie stanął kolega Krzysiek, którego poznałem na jednym z for internetowych. Jego celem też było 3:30. Ustaliliśmy, że lecimy razem tyle, ile się da. Jako, że tylko ja byłem zaopatrzony w Garmina, to moim zadaniem było pilnowanie tempa. Trasa w Dębnie to trzy pętle. Start w Dębnie, potem wybiegamy z miejscowości i biegniemy w stronę malutkiej wsi Dargomyśl, tam skręcamy w stronę kolejnej wsi, Cychry, a stamtąd z powrotem do Dębna. Trasa, pomimo dwóch czy trzech zauważalnych podbiegów, bardzo szybka i relatywnie płaska. Było kilka miejsc, gdzie można było rozpuścić nogi. Założenie, jak idzie o taktykę, było takie: pierwsza pętla na rozeznanie, druga pętla na przetrwanie, a trzecia to orka i walka o wynik. Strzał i poszli!

Dość szybko, bo już na drugim kilometrze złapaliśmy odpowiednie tempo i luz, jak idzie o przestrzeń przed nami. Doświadczenie zdobyte jako zając, bardzo się przydało, bo nie było najmniejszych problemów z utrzymaniem równego tempa, które na każdym kilometrze wahało się między 4:54 a 4:59/km. Pierwsza pętla przeleciała jak z płatka. Ze spokojem nadrabialiśmy stratę czasową (liczyliśmy sobie czas brutto). Gdy wbiegaliśmy do Dębna przeżyłem szok. Tylu ludzi na trasie widziałem tylko w Barcelonie. To miasteczko naprawdę żyje tym maratonem! Szacun!

Druga pętla również minęła niezwykle szybko i niezwykle lekko. Do mnie i Krzyśka dołączyło się kilka innych osób, które też walczyły o 3:30. Biegłem na przodzie grupy pilnując tempa, więc czułem się naprawdę jak zając. Tempo nie sprawiało mi najmniejszych problemów. Na tętno nawet nie patrzyłem, ale czułem się bardzo swobodnie. Nogi nie były ciężkie, oddech nie utrudniał biegu. Było idealnie. Biegniemy dalej, wybiegamy po raz drugi z miasta. To już ostatnie okrążenie. Krzysiek został nieco z tyłu. Dobiegam do 31 kilometra, wiem, że zostało tylko 11 kilometrów. Wiem, że to się uda! Wiem, że dam radę, że nic nie jest w stanie mi odebrać tego, na co tak ciężko pracowałem. Biorę ostatni żel. Zapijam go połową kubka wody. Lecę dalej. Po dwustu metrach nastąpił koniec maratonu…

Żel się nie przyjął. Kubeczek wody się nie przyjął. I wróciły. Razem ze wszystkim, co miałem w żołądku. Na 11 kilometrów przed metą porzygałem się jak kot. A przez to mogłem zapomnieć o jakimkolwiek sensownym wyniku. Do 33 kilometra próbowałem walczyć, utrzymywałem tempo w graniach 5:10/km. Naiwnie wierzyłem, że dociągnę tak do mety. Niestety bez paliwa nie da się jechać. Wypłukałem się ze wszystkiego. Mięśnie zaczęły odmawiać posłuszeństwa. W ułamku sekundy nogi stały się cięższe o jakieś sto kilogramów. Zwolniłem do dramatycznych dla mnie 5:30/km. Miałem wrażenie, że stoję w miejscu. Jak się okazało, niedługo potem wrażenie zamieniło się w rzeczywistość. Skurcz. Jeden, drugi, piąty. Ratowali mnie strażacy na punktach medycznych. Ostatnie kilometry ciągnęły się w nieskończoność. Miałem dość wszystkiego. Biegania, maratonów, Dębna. Wszystkiego. Mijały kolejne minuty. 3:35? Nie do zrobienia. 3:40? Nie ma najmniejszych szans. Tempo spadło tak, że nawet 3:45 stało pod znakiem zapytania. Żaden to wynik dla mnie. Ale starałem się biec. Kiedy nie chwytały mnie skurcze, to trzymałem tempo w granicach 5:30/km. I tak w kółko. Bieg, masaż, grymas bólu, bieg, masaż, grymas bólu, 40 kilometr, bieg, masaż, boli, 41 kilometr, ja pierdolę, jak boli, bieg, 42 kilometr, zaraz meta, boli, koniec, w końcu koniec. I totalne rozczarowanie, wkurwienie, smutek…

3:45:01. Co to za wynik? Totalna porażka. Życiówka poprawiona o 6 minut. Czuję się, jakbym zrobił krok do tyłu. Tyle roboty, tyle treningów, tyle potu, tyle kilometrów po to, żeby na 11 kilometrów przed metą się, kurwa, porzygać z powodu jakiegoś żelu??? Taka praca poszła jak krew w piach… Niby wiosna udana, niby życiówka na każdym dystansie, ale co z tego…

Zamieniłbym każdą życiówkę na te pieprzone 3:30 w maratonie! I stwierdzam, co następuje: po dokładnej analizie wszystkich za i przeciw, po przebadaniu kalendarza biegowego wzdłuż i wszerz, po przemyśleniu tego, gdzie będę startował w tym półroczu, podjąłem decyzję, że 1 maja pojawiam się na trasie maratonu w Jelczu-Laskowicach i tam podejmuję jeszcze jedną próbę. Pewnie nie będzie to już 3:30, a 3:35 (chyba, że zdążę się zregenerować porządnie), ale nie pozwolę, żeby moja życiówka w maratonie w roku 2012, wyglądała tak chujowo, jak wygląda. Rzekłem.

Podobne wpisy

12 Odpowiedzi na Misja: Dębno. Relacja. Mission failed.

  1. Daniel Trzebiatowski napisał(a):

    Głowa do góry masz cały rok na to, z sytuacji jaka wynikła nie jest źle. To jest tylko jedno potknięcie w drodze na szczyt. Zawsze w chwilach takiego smutku warto spróbować czegoś alternatywnego, jestem wioślarzem dlatego polecam Ci ergometr 🙂 http://www.active.com/running/Articles/Rowing-Workouts-for-Runners.htm?cmp=23-42 tu artykuł 🙂

  2. Kuba (Formatownia) napisał(a):

    Co tu napisać, żeby nie wyszło na głupie pocieszenie. Wyciągnij wnioski. Może za mało treningów, gdzie testowałeś ten żel? I pytanie drugie: czy ten żel był rzeczywiście potrzebny w tym momencie biegu? Powodzenia w Jelczu!

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Wnioski wyciągnięte, zobaczymy czy prawidłowe. Żele jadłem zawsze tej firmy. Myślę – za podpowiedzią Krzyśka K. – że problem mógł tkwić w prędkości biegu. Zazwyczaj jadłem takie historie przy zdecydowanie mniejszych prędkościach…
      Nic to, co mnie nie zabije, to mnie wzmocni!:)

  3. Emilia napisał(a):

    To jest maraton – ile byś nie trenował, zawsze może zdarzyć się coś nieprzewidzianego. Mało to było przypadków zejścia z trasy na 40. kilometrze? Każdego z nas, niezależenie na jakim poziomie jesteśmy (z całych sił staram się nie wspomnieć, że nawanie 3:45 „totalną porażką” to jakiś kosmos, no ale nie mogę!), może spotkać coś takiego. Szkoda, że padło na Ciebie, ciężko pracowałeś na to 3:30, ale poprawisz się w maju. Najważniejsze, że wściekły i rozczarowany od razu podejmujesz nową próbę. Bo to o to w tym chodzi!

    • Marcin Kargol napisał(a):

      A jeśli się nie poprawię, to trochę poprzeklinam, podenerwuję się nieco i wiosną przyszłego roku pieprznę sobie 3:20 na tapetę (co i tak zrobię i tak zrobię).
      A te 3:45 to porażka dobrze wiesz z jakiej racji – kupa treningów, wszystkie życiówki wskazywały na 3:30 i wyszło jajco. Dlatego to porażka dla mnie i tylko dla mnie – wiem, że dla wielu ten wynik może być wielkim sukcesem, żeby nie było 😉

  4. Anonymous napisał(a):

    Dobra. Daję Ci max 2 dni na powkurwianie się na siebie, smutanie, dołowanie itp. Ale po tych dwóch dniach masz się kopnąć w dupę i wziąć w garść! Albo ja to zrobię za Ciebie 😛 i dodatkowo Cię ugryzę, czego subtelną próbkę już odebrałeś i wiesz, że to boli 😛

    a i tak btw., to ja Ci już niczego kupować nie będę. Najwidoczniej pecha przynoszę 🙁

    ania

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Nie kop mnie w dupę, bo mnie czworogłowe bolą. Muszę sobie butki nowe kupić, bo mi amortyzacja całkiem już siadła:P I nie gryź mnie też! A. gryź, a nie mnie:P

      I będziesz na pewno mi kupować co trzeba, jak będzie potrzeba! Brak związku przyczynowo-skutkowego między Tobą, żelami, a maratonem!:)

    • Anonymous napisał(a):

      to tym bardziej zaboli 😛 Tego to ja gryzę pasjami! W końcu do tego mam talent, a talent należy rozwijać! A na takiej powierzchni jak Twoja, to ja jeszcze nie ćwiczyłam 😛

      noooooo ja nie wiem.. Ale mam nadzieję, że jest jak mówisz..

      ania

  5. Paweł Antoni Pakuła napisał(a):

    Kurde, jak tyś to zrobił to żygańsko? Ale nie narzekaj, życiówka poprawiona o 6 minut, jest do przodu. Narzekać zaczniesz, jak będziesz wracał bez życiówki.

  6. […] celów na drodze do celu dużego, pierwsza połowa tego roku byłaby dla mnie totalnie przegrana. Blamaż w Dębnie bolałby znacznie bardziej. Ale bolał mniej niż powinien, bo po drodze do tego blamażu przyszły […]

  7. […] Czuję, że głowa też tego potrzebuję. Mam wrażenie, że gdzieś za moimi plecami czasi się demon z Dębna. Obym mu się nie […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *