Misja: Bieg Siedmiu Dolin. Pozostało: 15 tygodni.

Autor: • 24 maja 2012 • Blog, Trening, Ultra4 komentarze2331

Dzieje się. Treningi się dzieją. Dzieją się tak, że chwilami sam się sobie dziwię, że nie odpuszczam. A odpuszczać nie chcę. Pięć razy w tygodniu ubieram buty i lecę w teren. Albo zwiedzam powiat i gminę w ramach wycieczki biegowej, albo zwiedzam leśne dukty w ramach krosów, albo zwiedzam miejsca, gdzie można wykonać solidne zbiegi i podbiegi. Zawziąłem się bardzo i nie mam zamiaru zmieniać tego stanu rzeczy. Ukończyć Bieg Siedmiu Dolin to jedno. Ukończyć go w dobrym zdrowiu i na przyzwoitym miejscu to drugie. I to drugie mnie bardziej interesuje. Chcę, mając w nogach 100 kilometrów, podczas przekraczania linii mety móc się uśmiechnąć, krzyknąć głośno jakieś staropolskie, ludowe powiedzenie (najpewnie to na jedenastą literę alfabetu) i wiedzieć, że kilkanaście tygodni orki nie poszło w piach.
Za kilkanaście dni Rzeźnik. Jestem bardzo pozytywnie nakręcony na ten bieg. Modlę się do wszelkich niebios, żeby mój partner okazał się tak mocny, jak ja (Jędrzej, jeśli to czytasz, to pamiętaj – nie ma lipy!!!) i żebyśmy zrobili taki wynik, o jakim teraz nawet nie śnimy. Jeszcze jakiś czas temu przerażała mnie ta liczba – 77 kilometrów. Masakra jakaś, przecież tak nie można. Ale po Rudawskiej Wyrypie, kiedy to natłukłem prawie kilometrów prawie 60, przestałem się bać tego dystansu. Czuję respekt, ale się nie boję. Wiem, że wszystko jest do zrobienia. I się to zrobi. A po tym, kiedy to się już zrobi, to będzie można otworzyć zimne piwo i w jakimś ciepłym, sympatycznym miejscu w Cisnej razem z bracią biegową obejrzeć fantastyczną katastrofę pt. Polska-Grecja.
A teraz czas na reklamę. Ostatnio dostałem sporo pytań w czym biegam, z czym biegam itp. A więc (nie zaczynamy zdania od „a więc”) poopowiadam w najbliższym czasie o amatorskim sprzęcie, który ma mi pomóc w zrealizowaniu mojego amatorskiego celu. Wszyscy wiemy, że wszystko zaczęło się od butów: na początku były buty, a buty były u Boga i Bogiem były buty; one były na początku u Boga i wszystko przez nie się stało… Dwa miesiące temu kupiłem sobie pierwsze w moim życiu buty terenowe. Nie bardzo wiedziałem za co się zabrać przy ich poszukiwaniu, więc skontaktowałem się wówczas z kolegą Bormana, Grzegorzem. Grzegorz jest nie tylko blogerem, ale także jest biegaczem i właścicielem sklepu Natural Born Runners. I to właśnie Grzegorz cierpliwie odpowiadał na wszystkie moje mailowe pytania (a odpowiedzi były bardzo rzeczowe) i starannie eliminował kolejne modele obuwia, które mi nie pasowały. W przeddzień półmaratonu w Poznaniu spotkałem się z Grześkiem i przymierzyłem dwie pary obuwia, które w rezultacie pozostały na placu boju. 
Asisc Trabuco 14 i Brooks Adrenaline ASR-8. Dużo dobrego usłyszałem na temat Brooksów i byłem do nich przekonany jeszcze zanim założyłem je na nogi. Kiedy już to zrobiłem, upewniłem się jeszcze bardziej. Asicsy były w moim odczuciu strasznie toporne. Bardzo szerokie i znacznie cięższe (mimo, że różnica w wadze to tylko 40 gramów). Jak idzie o Brooksy, to nie byłem do końca przekonany do skuteczności ich bieżnika. Podeszwa wydawała mi się zbyt łagodna, za mało agresywna jak na buty do biegania w terenie. Niedługo potem wybrałem się na pierwszy trening w Brooksach. Zaskoczyła mnie nienahalna amortyzacja. Nowe buty mają to do siebie, że zazwyczaj są bardzo miękkie. Tutaj czułem, że jestem amortyzowany, ale bardzo subtelnie i delikatnie. Kolejna zaleta, to świetne trzymanie stopy. Jestem bardzo mocnym pronatorem. Dodatkowo mój lewy staw skokowy po złamaniu lubi się wygiąć nawet na prostej drodze. Pierwsze treningi, a także start w Rudawskiej Wyrypie pokazały mi, że nie muszę się obawiać stawiania stopy w mniej pewnym terenie. Polatałem po kopnym piachu, w lesie między drzewami, zaroślami i rowami. Czułem, jaką pracę wykonuje but. Podczas RW buty zostały też poddane bardzo intensywnemu działaniu wody, błota i kamieni. Kamieni pod podeszwą nie czuć. Bieg po takim podłożu nie sprawia bólu ani nawet dyskomfortu. But w terenie świetnie trzyma się podłoża. Kiedy podłoże jest błotniste, trzyma się podłoża równie dobrze! Wtedy przestałem myśleć o delikatności bieżnika, bo jak się okazało spełnia swoją rolę znakomicie. Oczywiście buty nie są wodoodporne, po przejściu przez bagna czy strumienie jest po prostu mokro. Ale to, jak umieszczone są siateczki wentylacjne i to jak to wszystko jest poskładane sprawia, że nie trzeba wiele czasu, żeby but wysechł. Na RW popełniłem błąd nie biorąc ze sobą suchych skarpetek na zmianę, ale jestem pewien, że po ich zmianie komfort biegu nie uległby pogorszeniu. Adrenaline nie jest tanim butem. Jednak połączenie pronacja + trail + jakość wykonania musi kosztować. Nie zmienia to faktu, że nie żałuję ani złotówki wydanej na ten sprzęt.

Podsumowując: po pierwsze primo polecam sklep Grzegorza oraz samego Grzegorza – właściwy człowiek na właściwym miejscu z właściwym asortymentem! A po drugie secundo: polecam Brooksy Adrenaline – jest to kawał dobrego terenowego buta!

***
Nie może oczywiście zabraknąć muzycznej wstawki. Jadąc ostatnio samochodem i słuchając radia serwującego dużą ilość muzycznej papki, moją uwagę przykuł numer, który zdecydowanie się z tej papki wyróżniał. Nie jest on wielkim hitem, nie jest to przebój nad przeboje. Jest to piosenka typowo radiowa. Jest melodia. Wpada w ucho. Dobrze się nuci pod nosem. I po prostu mi się podoba. A i każdy z nas kiedyś oddychał takim powietrzem…

Podobne wpisy

Jedna odpowiedź na Misja: Bieg Siedmiu Dolin. Pozostało: 15 tygodni.

  1. Kuba (Formatownia) napisał(a):

    Takiego zapału to ja Ci zazdroszczę. Chociaż od 3 tygodni jadę twardo plan treningowy i od dawna wreszcie mi się „chce” iść na kolejny trening. Co do sklepu Grzegorza, to potwierdzam i polecam!

  2. TOMEK napisał(a):

    Marcin,
    moja żona wciąz prosi mnie o włączanie tej piosenki. Nie dziwię się. Podziwiam Twoją moc i Twoją wytrwałość. Wiesz, że u mnie jest odwrotnie? Jak czuję moc na treningach, jak trenowanie sprawia mi największą radość, to wtedy niewiele mam rekordów? I to dziwne, że taki chudzielec jak Ty jest pronatorem – przecież „nie ważysz stówy” jak piszący ten komentarz… Czekaj, jak Ci jeszcze znajdę cacuszko na youtube. Ja tu jeszcze wrócę. I z byle gównem nie wyskoczę!!!

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Pronacja to efekt tego, że przez ładnych kilka lat grałem w piłę na różnych boiskach, a co za tym idzie mam „ułańskie kolana” i każdy ze stawów skokowych poskręcany parokrotnie (a jeden nawet złamany) 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *