Misja: Bieg Siedmiu Dolin. Relacja. Mission accomplished!!!

Autor: • 12 września 2012 • Blog, Inne, Ultra37 komentarzy11031

Z dedykacją i podziękowaniem dla MNK, mojej mamy i wszystkich tych, którzy choć w niewielkim stopniu przyczynili się do tego, że stanąłem na starcie Biegu Siedmiu Dolin i podjąłem walkę z dystansem stu kilometrów.Obudziłem się dopiero po mniej więcej 15 kilometrach. Mimo tego, że napierałem rozsądnym tempem, to przez cały czas miałem wrażenie, że moja świadomość działa na niezbędnym minimum. Poza nogami cała reszta była postawiona w tryb czuwania. Miałem wrażenie, że ktoś prawie że siłą wyrzucił mnie z wyra w środku nocy i nakazał o 3 nad ranem zapierniczać sto kilometrów po górach!

Eee… Oh, wait…

Pobudka po angielsku

O 3 nad ranem krynicki deptak był pełen popaprańców, którzy tego dnia (dnia?) postawili sobie za cel jedno – przebiec sto kilometrów po szlakach Beskidu Sądeckiego. Wśród nich byłem i ja. Ja, moja czołówka, moje buty, mój plecak i moja wielka determinacja, żeby tego dokonać, a na dodatek zrobić to w miarę rozsądnym czasie. A czasu nie mieliśmy zbyt wiele – 17 godzin na pokonanie całego dystansu, gdzie przewyższenia na trasie wynosiły ~4500m w górę i w dół.
Dźwięk budzika dzwoniącego o 1:45, był ostatnią rzeczą, jakiej miałem ochoty słuchać tej nocy. Miałem za sobą 8 godzin i prawie 600 kilometrów jazdy samochodem poprzedniej nocy. Niestety trzeba było wstać. Byłem spakowany i przygotowany już od wieczora. Nie zmieniło to jednak faktu, że byłem cholernie zdenerwowany (przez poprzednie dwie noce śniło mi się tylko bieganie). Miałem kilka miesięcy na oswojenie się z myślą, że stanę na starcie ultramaratonu, a jednak kiedy to stało się faktem, to – pomimo kupy treningów – poczułem się totalnie malutki na tle tego, co miało mnie czekać.
Początek nie był dla mnie łatwy. Nie czułem się zmęczony, mimo że praktycznie od razu rozpoczęliśmy wspinaczkę na Jaworzynę Krynicką. Czułem się totalnie niewyspany. Wszystko było jak za mgłą. Oczy chciały spać, mózg chciał spać, tylko nogi chciały iść. Raz było mi zimno, raz gorąco. Chciało mi się marudzić, chciało mi się położyć do wyrka, wkurzało mnie, kiedy wiało, wkurzało kiedy nie wiało. Baba przed okresem.

Wskutek wahań temperatury niedługo po starcie zostałem w krótkim rękawku, a wiatrówkę założyłem dopiero gdzieś pomiędzy Jaworzyną a Runkiem, kiedy to zaczęło padać i wiać. Gdzieś w okolicach Runku (Runka?), czyli około 15 kilometra, obudziłem się. Skończyła się wspinaczka, rozpoczął się spory odcinek, gdzie można było rozpuścić nogi (rozpuszczanie nóg było moim planem na cały bieg – podejścia z umiarkowanym spokojem, a na zbiegach to, co Marcin lubi najbardziej – z górki na pazurki). Spory wkład w moją pobudkę na trasie miał pewien Anglik, z którym pokonałem kilka kilometrów.

Zagadnąłem coś do człowieka, który biegł obok mnie. Okazało się, że ów człowiek po polski ni hu hu. Więc ja się przestawiłem na jego język. I przez parę kilometrów rozmawialiśmy o bieganiu w języku Synów Albionu. Niestety musiałem uznać, że jego tempo było dla mnie za wolne i po jakimś czasie pożegnałem się i poleciałem po swojemu do przodu. Do pierwszego punktu kontrolnego dotarłem po 2h 40min. Punkt odżywczy na Hali Łabowskiej. Tam ciepła herbata, kawałek chałwy, garść rodzynek, naprawa stuptutów (pęknięta gumka), naklejenia plastra na rodzący się pęcherz i można było lecieć dalej.

Jeżeli wszystko idzie dobrze – na pewno nie wiesz wszystkiego

A dalej było z górki. Do Rytra, czyli do 35 kilometra, gdzie czekał nas kolejny punkt kontrolny (tym razem z przepakiem) biegło się lekko, łatwo i przyjemnie, stopniowo schodząc z wysokości ponad 1000m (Hala Łabowska) do metrów 400 (Rytro). Dzień już na dobre zagościł nad naszymi głowami. Podczas zbiegania do Rytra zrobiło mi się strasznie zimno – co chwila pojawiała się jakaś chmura z której padał nieprzyjemny deszcz. Niespecjalnie kiedy miałem okazję wyschnąć. Mimo wszystko wolałem taką pogodę, niż by miało od samego rana naparzać słońcem. W którymś momencie między mną, deszczem i ciuchami na mnie zapanowała idealna symbioza. Ja osiągnąłem odpowiednią temperaturę, ciuchy odpowiednią wilgotność, a deszcz odpowiednią intensywność – nie było mi ani za mokro, ani za zimno, a deszcz nie padał zbyt mocno. Wiedziałem wówczas, że na pewno w Rytrze nie będę się przebierał. Tym bardziej, że biegło mi się naprawdę dobrze. Wkręciłem się na odpowiednie obroty i intuicyjnie złapałem taki rytm, który miał mnie doprowadzić do mety. Pamiętałem Bieg Rzeźnika i pamiętałem ile wówczas dałem z siebie. Czułem, że dokładam malutką cegiełkę do tamtego wysiłku. Czułem, że lecę nieco mocniej, ale mimo to ciągle z delikatnie zaciągniętym hamulcem. W Rytrze pojawiłem się po 4h 30min. Miałem przygotowany zestaw przepakowy w postaci koszulki, skarpetek, spodenek, shota magnezowego, coca-coli i energetyka. Wykorzystałem tylko żywieniową część przepaku. Znów wypiłem trochę gorącej herbaty, zjadłem parę czekoladek, kawałek bułki z szynką i opuściłem Rytro. Przede mną była – w moim odczuciu – najtrudniejsza część biegu. Podejście pod Radziejową. Dzień wcześniej na odprawie powiedziałem do Mojej Niebiegającej Kobiety, że jeżeli przeżyję 50 kilometr, to przeżyję i cały bieg. Z tą myślą i z 35 kilometrami w nogach ruszyłem w dalszą drogę.
A dalsza droga od razu pokazała pazury. Zanim się ogarnąłem z jedzeniem i piciem po wyjściu z przepaku, trzeba było rozpocząć wspinaczkę. Checkpoint był na wysokości około 450 metrów n.p.m., a schronisko na Przehybie na wysokości 1100 metrów. Na tę wysokość wspinaliśmy się na dystansie raptem 7 kilometrów. Myślę, że nie tylko ja miałem przed oczami czerwcowy Bieg Rzeźnika, wyjście z przepaku w Cisnej i podejście pod Małe Jasło. Tutaj wyglądało to niemalże identycznie. Gęsty las, bardzo strome podejście i największe tego dnia zmęczenie. Mimo to jakoś szło. Powoli, ale szło. Aż w końcu doszło – w pewnym momencie dało się wyraźnie odczuć, że to koniec największej wspinaczki i że jestem już na wysokości przelotowej na tej części trasy.

Poczułem ulgę i przypływ nowych sił, ale pomimo wszystko byłem trochę zmęczony psychicznie. Poszukałem ulgi w muzyce. I to była bardzo dobra decyzja. Luxtorpeda, Iron Maiden, Lipali, Metallica. Bardzo skutecznie postawiły mnie na nogi i towarzyszyły mi przez kolejnych kilkadziesiąt kilometrów. W takim towarzystwie dotarłem do 45 kilometra do schroniska na Hali Przehyba. Pamiętałem to miejsce z filmu Piotrka Dąbrowskiego. Po jakimkolwiek zmęczeniu nie było najmniejszego śladu. Pić-stop w postaci herbaty, czekoladki, chałwy i uzupełnienia camelbaka załatwiłem szybciej, niż serwisanci w stajni McLarena czy Red Bulla. Nie marudząc na punkcie, pognałem dalej. Dalej, czyli w kierunku Radziejowej, najwyższego szczytu Beskidu Sądeckiego, a zarazem najwyższego punktu na trasie Biegu Siedmiu Dolin.

Tu już nie było ciężko. Ani się obejrzałem, a wyłoniła się przede mną wieża widokowa – to był jeden z dwóch widoków tego dnia, który sprawił, że w moich żyłach pojawiło się biegowe flow w postaci płynnej. Osiągnięcie szczytu Radziejowej oznaczało dwie rzeczy. Po pierwsze półmetek, czyli od tego momentu zostawało mi do końca biegu mniej, niż do tej pory przebiegłem. A po drugie można było już odliczać kilometry pozostałe do drugiego przepaku w Piwnicznej. Po drodze zostawało niewielkie podejście pod Eliaszówkę, a poza tym droga mniej lub bardziej intensywnie prowadziła w dół. Nie mogłem na nic narzekać. Psychika w porządku, mięśnie w porządku (na tyle, na ile mogły być w porządku po takim dystansie), nawet stopy jeszcze w porządku. Do marszu ciągle przechodziłem tylko wtedy, kiedy trasa zaczynała się wspinać. Grało wszystko idealnie. Przed Piwniczną nie zagrała jednak koncentracja. Dość ostry zbieg po betonowych płytach z otworami wymusił na mnie spoglądanie pod nogi bardziej, niż zwykle. I tak się zapatrzyłem pod te nogi, że w którymś momencie przegapiłem wstążki oznaczające kierunek i trasę. Przez to wybiegłem w zupełnie innym miejscu Piwnicznej, niż powinienem był wybiec (a za mną parę innych osób – sorry chłopaki!). Straciłem na tym – patrząc na tracka z garmina – jakieś 10-15 minut. Bywa. Prawo Murphy’ego zadziałało. Tak czy siak pojawiłem się w końcu na przepaku w Piwnicznej. Miałem w nogach 66 kilometrów, a na trasie byłem 9h 15min.

Jak maszyna

Na przepaku czekało na mnie osobiste wsparcie. A poza wsparciem tradycyjnie: cola, energetyk, coś do wszamania i ciuchy na zmianę. Ciuchy, które tym razem wykorzystałem. Od jakiegoś czasu towarzyszyło nam słońce. Zrobiło się dość ciepło, szczególnie na mniejszych wysokościach i w odkrytym terenie. Zdjąłem wiatrówkę i przebrałem koszulkę. Poza tym założyłem też drugie buty. Wyszedłem z założenia, że terenowo będzie już lżej, a i stopy nieco pojękiwały z bólu.

Trailowe obuwie zostawiłem na przepaku, a założyłem stare udeptywacze asfaltu. Do tego nakleiłem nowe plastry na stopy. Po wyjściu z Piwnicznej miałem zamiar zapodać żel energetyczny. Na zamiarze się jednak skończyło. Żel po wyjęciu z plecaka okazał się pusty. I dziurawy. Nic to, tylko 34 kilometry do końca – jakoś to będzie. Tyle, że podobno koło 70 kilometra zaczyna się ultramaraton.

Podobno, bo niczego takiego nie doświadczyłem. Kilometry mijały równomiernie jeden za drugim. Do kolejnego punktu było 11 kilometrów. Parę niewielkich podejść i bardzo przyjemnych zbiegów. Powoli zbliżałem się do 77 kilometra. Nigdy w życiu nie przebiegłem więcej. Tyle pokonałem podczas Biegu Rzeźnika i byłem wtedy wypruty z sił. Tutaj jednak wszystko szło nadzwyczaj dobrze. Stopy przyzwyczaiły się do nowych butów, plastry zaczęły działać. Mięśnie natomiast ciągle pracowały bez zarzutu. Nie wiem czego to była zasługa, ale ani razu nie poczułem nawet najmniejszego sygnału, że mogą pojawić się skurcze. Wiadomo, nie było już takiej świeżości i rześkości, ale cały czas działałem – psychicznie i fizycznie – nadspodziewanie dobrze.

Przepak na 77 kilometrze zaliczyłem bardzo szybko. Kubek herbaty, shot magnezowy, butelka wody w łapę i po 11h 30min pobiegłem dalej. Trzeba powiedzieć uczciwie, że kolejne kilometry nie miały wiele wspólnego z biegiem. Zaraz po wyjściu z Wierchomli Małej trafiliśmy na – w moim odczuciu – najtrudniejszy fragment trasy. Podejście stokiem narciarskim do góry – stromo, długo i nużąco. Następnie kawałek grzbietem, a później cholernie ciężkie zejście, również stokiem narciarskim, w dół do Szczawnika. Wspomniane podejście i zejście różniło to, że wchodziliśmy po eleganckiej nawierzchni, a schodziliśmy już po cholernie kamienistej drodze. Stopy i psychika dostały w kość. Ale kiedy już postawiłem nogi na asfalcie w Szczawniku i dotarło do mnie, że przede mną jeszcze tylko jedno długie podejście, poczułem się znacznie lepiej. 16 kilometrów do końca, co to jest? Ostatnie fragmenty trasy były bardzo wolne i kolejne, do momentu wejścia na Runek, też takie będą, ale już wtedy wiedziałem, że to się nie może nie udać. Stawiałem kolejne kroki, jak maszyna. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że coś może pójść nie tak. Lewa, prawa, lewa, prawa, krok za krokiem. Raz szybciej, raz wolniej. Ale do przodu. Wiedziałem, że rozłożyłem siły doskonale.

Podczas podchodzenia do ostatniego punktu kontrolnego, czyli do Bacówki nad Wierchomlą, poznałem Mariusza. A w zasadzie to Mariusz poznał mnie. Po głosie. Rozmawiałem przez telefon z MNK, a kiedy skończyłem, Mariusz zapytał, czy to ja nagrywałem filmik z Biegu Rzeźnika. Ano, to byłem ja (na marginesie: z B7D także będzie film). I tym sposobem się zgraliśmy na kolejne kilometry. Marsz, bieg, marsz, bieg, a do tego biegowe pogaduchy. Obojgu nam tego było trzeba na ostatnich kilometrach. W świetnych humorach dotarliśmy do 88 kilometra. Ostatni checkpoint. Znów herbata, coś na ząb i raz dwa dalej w drogę. A droga wyglądała następująco: pozostały nam 2 kilometry podejścia na Runek, a później już tylko w dół do Krynicy. Meta była tuż tuż.

Peak experiences, czyli wzorowe szczytowanie

Niedługo po wyjściu spod Bacówki umarł mi garmin. Bateria nie wytrzymała. Nie wiedziałem ile kilometrów mamy na liczniku i jakim tempem się poruszamy. Mogłem patrzeć tylko na zegarek w komórce, żeby dowiedzieć się, ile czasu jesteśmy na trasie. Napieraliśmy ciągle równym tempem. W pewnym momencie nasze twarze pojaśniały, ból stał się jakby mniejszy, a w brzuchach zalęgły się motyle – zobaczyliśmy półtorametrową belkę wbitą w ziemię, a na tej belce napis „Runek”. Oznaczało to tylko tyle, że do mety było mniej niż 10 kilometrów. I mimo, że było w 90% z górki, to było to najdłuższe 10 kilometrów w tym biegu. To był drugi z momentów dnia dzisiejszego, kiedy biegowe flow rozpłynęło się po moich żyłach.

Meta coraz bliżej, ale ciągle jej nie ma. Las, wszędzie las. Gdzie możemy, tam biegniemy. Ciągle tracimy na wysokości. Mijamy jakiegoś turystę. Mówi nam, że jeszcze 5 kilometrów do Krynicy. Aaaaaaaa! Niemożliwe! Nie czuję nic! Mariusz w pewnym momencie rzuca się w pogoń za jakimś kolegą, ja lecę dalej swoim tempem. Las, las, las. I ciągle w dół. Biegnę tak świeżo, jak kilkanaście godzin temu. Tylko gdzie Krynica? Las, las, las, słyszę głos spikera!!!

Kurwa, jestem już tak blisko! Widzę miasto, widzę Dom Zdrojowy! Matko, przecież to już zaraz! Dzwonię do MNK, mówię, że będę za chwilę. Wbiegam na asfalt. Mijam strażaków, mijam turystów, mijam kibiców. Mnie mija zmęczenie, mija ból. Mija mi przed oczami całe biegowe życie – pierwsze kilometry, pierwsze plany treningowe, pierwsze życiówki, pierwszy półmaraton, pierwszy maraton… A teraz jestem tu, w Krynicy, i właśnie staję się ultramaratończykiem. Kończę właśnie stukilometrowy bieg. Kończę go biegiem. Kończę go, mając w sobie takie emocje, jakich chyba już nigdy nie doświadczę. Doświadczam książkowego przeżycia szczytowego. Abraham Maslow wiedział, o czym pisze. Przybijam piątki z kibicami, uśmiech nie schodzi mi z twarzy, spiker krzyczy moje imię i nazwisko… Krynico, oto ja! Mijam linię mety. I zaczynam płakać…

I oto się spełniło jedno z moich biegowych marzeń. Oto stałem się ultrasem. Oto wszystkie moje przygotowania i starty przyniosły taki efekt, jakiego oczekiwałem. Pokonałem sto kilometrów w idealnym dla mnie stylu. Może nawet zbyt idealnym. Może gdzieś odrobinę zabrakło mi walki z… czymś, z czym powinno się walczyć na dystansie ultra. Może zabrakło mi przełamywania kryzysu, przebijania się przez ścianę, doświadczania uczucia rezygnacji, a następnie podnoszenia się z tego. Rozłożyłem siły w sposób, który pozwolił mi tego uniknąć. A może było stać mnie na więcej? Może mogłem przycisnąć bardziej? Nie wiem i prawdę mówiąc nie chcę wiedzieć. Zrobiłem, co miałem zrobić. Udowodniłem sobie i innym, że po trzech latach biegania można stanąć na starcie ultramaratonu, a dzięki solidnej pracy kilkanaście godzin jego trwania, może być przeżyciem mistycznym, przyjemnym i niezapomnianym.

Porelacyjne postscriptum

Po co ja to robię? Po co my to robimy? Dlaczego biegamy maratony, ultramaratony? Dlaczego wystawiamy nasze ciała i naszą psychikę na te próby? Zastanawiam się nad tym bardzo mocno. Po paru godzinach od napisania tej relacji przeczytałem ją raz jeszcze. To nie jest normalne, żeby w jakiś sposób żałować, że obyło się bez kryzysów. To nie jest normalne, żeby z radością biegać stukilometrowe biegi po górach!

Nie jest?

A może jest. W końcu sami kreujemy normalność w sobie i dookoła siebie. Robimy to, co uważamy za słuszne. Dla endorfin. Dla adrenaliny. Dla ran, które później wylizujemy. Dla podniecenia, które nam towarzyszy w oczekiwaniu na start. Dla satysfakcji, którą odczuwamy po biegu. Dla tej malutkiej chwili, kiedy krew w naszych żyłach zamienia się w biegowe flow w płynnej postaci i dociera do każdej, najmniejszej nawet komórki w naszym ciele. A jeśli przestalibyśmy to wszystko odczuwać, wtedy zrobiłoby się naprawdę nienormalnie…

Podobne wpisy

37 Odpowiedzi na Misja: Bieg Siedmiu Dolin. Relacja. Mission accomplished!!!

  1. Szmajchel napisał(a):

    Kolejna przeczytana relacja z Krynicy i coraz bardziej żałuję, że kolejny start ultra mam zaplanowany dopiero na czerwiec przyszłego roku…

    Gratulacje Marcin!

  2. Anonymous napisał(a):

    Szacun Marcin!
    Przeżywałem to podobnie jak ty.
    Pierwszy raz rozmieniłem stówkę.
    Wrócę na pewno.
    Wtedy powalczę z czasem.
    Pozdrawiam
    Mariusz – Miodzio

  3. Anonymous napisał(a):

    aaaa gratulacje:)
    Piękny wyczyn! zazdroszczę 🙂
    pardita

  4. Beata napisał(a):

    Niesamowita relacja, którą świetnie się czyta! Gratuluję i podziwiam 🙂

  5. Piotr Stanek napisał(a):

    Marcin,

    gratulacje za debiut na setkę.
    Brawa, brawa i raz jeszcze brawa.
    A relacja dobrze napisana, a refleksje na koniec dają do myślenia… 🙂

  6. Anonymous napisał(a):

    świetnie biegasz, świetnie piszesz! Gratulacje!

    A te plastry na odciski to jakieś specjalne cuda?

    Jemijakomi

  7. owoc napisał(a):

    Teee Twardziel 😀

  8. Grzegorz Łuczko napisał(a):

    A bo widzisz Marcin, za dobrze byłeś przygotowany do tego biegu, a ultra biega się bez przygotowania – wtedy są pot, krew i łzy i kryzysy też są, bo nogi bolą i nie ma sił 😉 .

    A tak poważnie, gratuluję! Twoja konsekwencja w realizacji zakładanych planów jest imponująca!

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Widzisz, a ja głupi trenowałem… Eh…
      🙂
      No nic, do Rzeźnika przyszłorocznego się nie przygotuję w takim razie 🙂

      i dzięki za gratulacje!
      konsekwencja, jak konsekwencja, nic szczególnego 😉

  9. Bo napisał(a):

    A nie mówiłam? Fantastyczny bieg i styl, w jakim go ukończyłeś! Super relacja! A na mecie byłam, kibicowałam i dęłam (dmęłam, dąłam?) w trąbkę różową ile sił miałam, jak finiszowałeś. Jesteś wielki! A jaki teraz króliczek będzie?

    • Marcin Kargol napisał(a):

      dziękuję za dmącie, dącie i dęcie w trąbkę, mimo, że nie miałem pojęcia która to Twoja… 🙂

      jaki króliczek?
      teraz będę gonił króliczka, który w kwietniu zamerda mi ogonkiem przed oczami. zdradzę, bo to żadna tajemnica,
      że w listopadzie ruszamy z „Misja: Praga.”

  10. Anonymous napisał(a):

    Szacun człowieku, 100 km to jest naprawde cos:) Przede mną 1 maraton ale kto wie, moze za pare lat sie spotkamy na takiej trasie….
    Fajnie piszesz, pomysl moze nad wydaniem ksiazki….

    • Marcin Kargol napisał(a):

      pewnie się spotkamy. chodzenie po bagnach wciąga. tak samo jest z bieganiem 🙂
      zanim zakochałem się w górskich biegach, przeleciałem 10 maratonów asfaltowych. z biegów górskich moja miłość rozlała się na biegi na orientację. no i wypadkową tego wszystkiego była chęć pokonania ultra… 🙂

      książka? to chyba nie dla mnie.. raczej nikt nie chciałby czytać wypocin amatora 🙂

    • Anonymous napisał(a):

      chciałby chciałby. Zauważ, w jakim tempie rozwija się „rynek biegowy” w Polsce – imprezy, ciuchy, odzywki, portale i ksiązki też. Gwarancja sukcesu 🙂
      powodzenia

  11. kml napisał(a):

    dobre przemyslenia na koniec tekstu.tez walnalem pierwsza stowe i czulem sie podobnie. gratulacje!

  12. Anonymous napisał(a):

    Bardzo fajna relacja. Byłeś bardzo dobrze przygotowany jeśli nie było kryzysu na trasie. Ja także długo się przygotowywałam do tego biegu jednak zbieg ze Szczawnika wywołał u mnie łzy i ogromną chęć zejścia z trasy. Dziękuję też wszystkim którzy pytali każdego stojącego, siedzącego i płaczącego biegacza czy wszystko ok.
    Przebiegłam pierwsze w życiu 100km i tak samo jak Ty jestem z tego i siebie dumna.

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Zbieg ze Szczawnika… masz na myśli te kamieniste cholerstwo? Nie dziwię się – to był straszny fragment trasy. Trawersem bolały stopy i dorzucało się metrów, prosto w dół kolana i czworogłowe dostawały po dupie…

      Do zobaczenia na kolejnych setkach, bo jestem pewien, że takie będą… 🙂

    • Anonymous napisał(a):

      Zbieg do Szczawnika jawił mi się na trasie jako złośliwy żart twórcy (twórców) tej trasy. Z rozmów po biegu wiem, że nie tylko ja miałem tam takie odczucia:-)
      ZM

  13. Anonymous napisał(a):

    Marcin wielkie gratulacje! Mam podobne odczucia co do tego biegu, ale sam przyznasz – warto było chociażby dla tych kilku radosnych finiszowych chwil na krynickim deptaku:-) Pozdrawiam Zbyszek Mamla

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Warto było dla każdego pojedynczego metra tej trasy! Dla niesamowitych wolontariuszy, dla znajomych i nieznajomych biegaczy z którymi się rozmawiało, dla herbaty z sokiem na ostatnim punkcie przed Runkiem, dla ściśniętego gardła, kiedy było wiadomo, że wszystko się uda, dla piątek przybijanych z kibicami na mecie… Ehh…. 🙂

  14. Anonymous napisał(a):

    Na ostatnim punkcie herbata była najlepsza 🙂 No i Panowie GOPRowcy dawali czadu 🙂

    Masz może jakieś zdjęcia z trasy, niestety jak dotąd w przeglądanych galeriach nigdzie się nie mogłam odnaleźć

  15. Grzesiek D. zagiel napisał(a):

    Marcin, w skrócie…. po samej lekturze śmiertelnie się zmęczyłem, pot ze mnie spływa i mam odciski na stopach:) Z jednej strony opis skutecznie odstraszający od tego biegu, z drugiej zaś tak nęcący, że chciałoby się stanąć na starcie w przyszłym roku. Raz jeszcze gratuluję!

  16. itsfineirantoday napisał(a):

    o rety! podziw i szacun! czytałam z zapartym tchem! wykrzykników mi nie starczy, żeby wyrazić, co bym chciała 🙂 gratulacje!!!

  17. Artur Bednarek napisał(a):

    i znów tylko mogę pogratulować, masz kolejne swoje wyzwanie-marzenie spełnione, ciekawe co teraz wymyślisz 🙂
    pewnie maraton piasków Cię w przyszłości nie ominie 🙂
    ja póki co maraton na tapecie mam ale jeszcze dużo czasu na nowe wyzwania też się w przyszłości znajdzie 🙂
    pozdrawiam

  18. […] 2. Ultramaraton Bieg Siedmiu Dolin w Krynicy, wrzesień 2012. Nie mogło zabraknąć tego medalu. Mimo, że jest bardzo przeciętny, to jest to drugi z najważniejszych medali w moim magicznym […]

  19. […] Gdyby nie wyznaczanie małych celów na drodze do celu dużego, pierwsza połowa tego roku byłaby dla mnie totalnie przegrana. Blamaż w Dębnie bolałby znacznie bardziej. Ale bolał mniej niż powinien, bo po drodze do tego blamażu przyszły – dla mnie – świetne wyniki na 10, 15 i 21 kilometrów. I to mnie uratowało. Natomiast w momencie, kiedy te wyniki osiągałem wiedziałem, że wszystko idzie tak, jak iść powinno. Późniejsze przygotowania do ultramaratonu również były ozdobione biegami-testami. Małymi celami, które chciałem osiągnąć. Ukończyć Rzeźnika, nie dać ciała w swoim pierwszym biegu na orientację, ukonczyć Maraton Gór Stołowych, pokazać się z dobrej strony przed sobą w Maratonie Karkonoskim… Zaliczałem wszystko po kolei i to mnie nakręcało i motywowało do tego, żeby realizować ten cholerny plan treningowy. Plan, który doprowadził mnie w rezultacie do sukcesu w Krynicy. […]

  20. […] samym B7D nie będę pisał wiele, bo napisałem już chyba wszystko. A to, czego nie napisałem, na pewno jest do obejrzenia w dziale AUDIO/VIDEO. […]

  21. […] doświadczeniem Marcina Kargola, który bieg ten ukończył w tym roku. Jego relację odnajdziecie TUTAJ. Marcin umożliwił mi wgląd w swój plan treningowy, co mocno rozjaśniło mi sytuację. Od maja […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *