Mazurskie Tropy 2013. Relacja.

Autor: • 19 czerwca 2013 • Blog, Mapa i Kompas, Relacje13 komentarzy4621

Krążą nad moją głową. Dziesiątki czarnych, bzyczących, skrzydlatych potworów. Muchy. Są niczym sępy, które obserwują ofiarę czekając aż ta padnie. Krążące nade mną muchy tylko czekają na to, aż się zatrzymam. Wtedy obsiadają mnie natychmiast. Patrząc na innych zawodników wiem, że nie tylko ja zostałem upatrzony przez warmińskie owady. One jednak nie były największym utrapieniem minionej soboty…

Najpierw trzęsienie ziemi…

Mazurskie Tropy były kolejnym pucharowym startem w tym sezonie. Po sukcesie w Harpaganie i porażce na Rudawskiej Wyrypie przyszedł czas na kolejny dobry występ. Tak sobie to wymyśliłem. Impreza odbywała się w okolicach Barczewa, miejscowości gdzieś na pograniczu Warmii i Mazur. Wiedziałem, że nie będzie lekko, bo temperatura o poranku przekraczała 20 stopni, słońce świeciło pełną mocą, a ostrzeżenia lokalsów o komarach brzmiały naprawdę poważnie.

Na odprawie spotkałem Krasusa, z którym to miałem ambitny plan ponapierać dość mocno oraz Kubę Runowskiego, który od samego początku podkreślał, że ma zamiar walczyć o zwycięstwo. Po krótkiej odprawie dostaliśmy mapy. Obowiązywał scorelauf, ale punkty tworzyły wyraźną pętlę, więc jedynym dylematem było to od której strony rozpocząć ich zgarnianie. Wybór był dość jednogłośny i punktualnie o 8:30 ruszyliśmy na trasę.

Tempo rekreacyjne, towarzystwo uśmiechnięte, temperatura wysoka, pot na czołach od pierwszych kilometrów. Jako pierwszy atakowaliśmy PK8 położony na brzegu Jeziora Orzyc. Poszliśmy nieco w szkodę na polach, poprzedzieraliśmy się przez chaszcze, połamaliśmy nieco gałęzi i dotarliśmy we właściwe miejsce. Kolejny PK również leżał nad brzegiem jeziora, które było położone parę kilometrów dalej. Wariant jaki obraliśmy wyglądał na łatwy, lekki i przyjemny – najpierw polami na azymut, następnie przeprawa przez ciek wodny, a potem czesanie brzegu w poszukiwaniu PK1.

Jak się już zapewne domyślacie wcale nie było tak różowo. Było dramatycznie. Trucht przez pola można zaliczyć do przyjemnych, ale to, co spotkało nas później zdecydowanie nie. Włazimy w krzaczory. Te po chwili zamieniają się z gęste kłębowisko pokrzyw, tataraku i innych chabazi, które w tym przypadku rosły w bagnie. Bagnie, które w pewnym momencie zrobiło omnomnomnom i pożarło mi lewego buta (pomimo tego, że miałem stuptuty). Krasus pomógł mi się podnieść, bo przy okazji się wypieprzyłem. Buta wygmerałem z błota ręką, stuptuta schowałem do plecaka. Stwierdziliśmy, że takie przedzieranie się nie ma sensu i zawróciliśmy (choć Kuba Runowski przeszedł na drugą stronę). Obraliśmy wariant dookólny, omijający bagno. Tyle, że ten wariant prowadził przez gigantyczne pola pokrzyw. Zazwyczaj spodnie 3/4 wystarczały na biegi na orientację. W tym przypadku nie. Ból był ogromny. Śmialiśmy się przez łzy. Po 10 kilometrach zawodów moje łydki były tak zmasakrowane, jak jeszcze nigdy. A to był dopiero początek…

…a potem napięcie rośnie.

W końcu dotarliśmy do PK1. Po krótkich negocjacjach obraliśmy kierunek na kolejny punkt kontrolny. Czułem, że mam w w butach tonę błota – po kilku kilometrach wspólnego biegu odłączyłem się od grupy. Musiałem się zatrzymać, wysuszyć stopy, nakleić parę plastrów Compeed i założyć nowe skarpetki. Po tych zabiegach ruszyłem dalej. Dołączyła do mnie zawodniczka o imieniu Ania. Wspólnie spartoliliśmy sprawę z PK6. Wychodząc z lasu jakieś 150 metrów od niego, wydawało nam się, że jesteśmy w trochę innym miejscu i dorzuciliśmy sobie w sumie 3 kilometry truchtu. Po powrocie do punktu wyjścia nie było już problemu z odnalezieniem punktu.

Z niego szybko poleciałem w stronę PK7. Najpierw trochę na zachód leśną przecinką, a później na azymut przez miło przebieżny las. Dotarłem do drogi, która prowadziła w okolice punktu.

[W tym momencie następuje małe wtrącenie: niedługo przed dotarciem do PK, zacząłem odczuwać dziwne dolegliwości. Miałem wrażenie, że puchną mi łydki, czułem mrowienie w większej części nóg i robiło mi się dziwnie niewyraźnie – coś na wzór maratońskiej ściany.]

W miejscu gdzie powinien znajdować się PK7 znów trafiłem na Anię oraz na dwóch innych zawodników – z nimi jeszcze się spotkam na trasie. Przeczesaliśmy teren, znaleźliśmy punkt (choć nie było łatwo) i jeszcze w miarę rześko poleciałem dalej. Teraz, kiedy patrzę na tracka, to zastanawiam się dlaczego tak mocno trzymałem się kierunku zachodniego. Wydawało mi się, że pilnuję południowego-zachodu na kompasie, ale jak się okazało zupełnie mi to nie wyszło. I przez to trafiłem w miejsce, którego nie chciałbym pokazać najgorszemu wrogowi. Przez pastwiska dotarłem do strumienia. Za strumieniem był las, którym chciałem się przedostać do drogi. Między lasem a pastwiskiem rosły jednak takie pokrzywy, jakich moje oczy nie widziały, a nogi nie czuły. Nie chciałem się przedzierać przez tę roślinność, więc próbowałem iść wzdłuż strumienia, szukając dogodnego miejsca na kontynuację obranego wariantu. Na niewiele się to zdało, bo i tak pokrzywy smagały moje piszczele i łydki. Do tego w pewnym momencie ześlizgnąłem się do wody, wpadłem prawą nogą w muliste dno i wygiąłem się przy tym tak, że w obu łydkach złapały mnie mega skurcze, a z moich ust wydostały się bardzo soczyste przekleństwa. Jedną ręką byłem oparty o drugi brzeg strumienia, druga łapała równowagę w powietrzu, jedna noga tkwiła w dnie strumienia, druga szukała stałego gruntu, a ja wyłem z bólu. Jakimś cudem udało mi się podnieść. Kolejnym cudem po parunastu metrach walki i z bólem i z pokrzywami pojawiła się ścieżka. Ścieżką do lasu, później przez pole kukurydzy i do asfaltu.

Chciałem biec. W końcu po to tu przyjechałem. Lewa, prawa, lewa, prawaaaaaaauććććććć! Skurcz! O co chodzi? Spojrzałem na swoje nogi i zrozumiałem. Krwawiące od gałęzi piszczele i czerwone i popuchnięte od pokrzyw łydki. Popuchnięte tak, że nogawki wspomnianych wcześniej spodni musiałem podnieść do kolan. Dlaczego tak się stało – nie wiem. Przecież niejednokrotnie byłem smagany pokrzywami i nie działo się nic złego. Teraz jednak było inaczej. Było źle. Kolejna próba biegu. Lewa, prawa, lewa, prawa, lewaaaaaaaaaaaaaalę to bieganie, shit!!!! Skurcze, skurcze, skurcze. A łydki raz większe, niż zwykle. Do dupy z takim czymś…

Walkin in Memphis Warmia&Mazury

Szedłem więc. Krok za krokiem, ale szedłem. W okolicach PK3 spotkałem Szymona Szkudlarka i Sylwię Godlewską z ekipy Bolimie Noga. Przyznaję bez bicia, że się potramwajowałem z nimi przez dwa punkty. Moja psychika starała się ogarnąć temat bólu i pieczenia w kończynach i nie była zbytnio w stanie nawigować. Zebraliśmy PK3 i PK10. Kolejnym celem był PK2. Fantastyczna sprawa. Brzeg jeziora, gdzieś na nim punkt kontrolny, a my go szukamy spacerując jakby po dywanie z roślinności, który buja się i ugina pod każdym naszym krokiem. Niby wiesz, że nie jest tam głęboko, bo rosną jakieś rachityczne drzewka i miejscami bywa dość sucho, ale jednak wrażenie niesamowite. Podczas poszukiwań PK2 dołączył do mnie Patryk Grabski. Z nim spędziłem kolejnych kilka godzin, zbierając pozostałe punkty. Patryk sprzedał mi też wiadomość, że Krasus i spółka zagubili się w okolicach jednego z punktów i że jesteśmy przed nimi. Wiadomość, że jestem przed przyszłym mistrzem świata w triathlonie dodała mi odrobiny mocy.

Foto: Szymon Szkudlarek

Podobnie tej mocy dodawała mi świadomość tego, że już za parę kilometrów zahaczymy punkt odżywczy. Paroosobową grupą obraliśmy kierunek nań i zaczęliśmy nawet biec przez las. Skończyliśmy bieg, kiedy dotarliśmy do grobli pełnej jeżyn. Po wydostaniu się z lasu na otwartą przestrzeń w oddali zobaczyłem zieloną koszulkę Krasusa. No, to pozamiatane. Potruchtał przodem w stronę punktu odżywczego, a ja w miarę szybkim krokiem podążyłem w tę samą stronę z Patrykiem.

Na punkcie zobaczyłem najbrzydszego człowieka świata. To był Krasus, który robił dziwne miny. Okazało się, że wszedł do jeziora po to, żeby przynieść ulgę swoim zniszczonym piszczelom i łydkom. To był jednak zły pomysł i postanowiłem go nie kopiować. Razem z Patrykiem uzupełniliśmy bukłaki, zjedliśmy małe co nieco i ruszyliśmy w stronę ostatnich trzech punktów kontrolnych. A przynajmniej fajnie by było, gdyby tak było, bo jak się okazało ruszyliśmy w kierunku znacznie odbiegającym od planu, jaki zakładaliśmy. Kolejne puste kilometry zaliczone. Mistrzowie kompasu, psia mać.

Prawie jak triathlon

PK9 zaliczyliśmy bez problemu. Wejście w las, podbicie, wyjście z lasu i dalsza droga przecinkami. W pewnym momencie wyszliśmy na wzniesienie z którego rozciągał się widok na dwa jeziora. Matko, ależ nam się w tym momencie odechciało biegać! Ile byśmy oddali za to, żeby się pizgnąć na plaży przy takim jeziorku, wypić piwo i nie musieć się już męczyć… Niestety jednak nie było takiej opcji. Na bieganie już szans nie było, więc szliśmy krok za krokiem przed siebie w stronę kolejnego punktu kontrolnego. Ten również był dość łatwy. Zgarnęliśmy go z ambony przy której się znajdował i zaczęliśmy się głowić do dalej. Mnóstwo godzin na trasie sprawiło, że koncentracja nam nie zagrała i zamiast szukać mostku, który na mapie dało się zauważyć, postanowiliśmy zrobić coś, co przejdzie do historii Mazurskich Tropów. Najpierw obeszliśmy szuwary licząc na to, że uda nam się za nimi przedostać jakoś przez kanał na drugą stronę. Kiedy okazało się, że suchą stopą na pewno nie przejdziemy i kiedy okazało się,  że kilkadziesiąt metrów dalej jest mostek, przez który akurat przebiegali jacyś zawodnicy, stwierdziłem, że wracać to ja się na pewno nie będę (przedzieranie się przez mokradła zabrało nam sporo czasu). Znacie to „Cooo? Ja nie dam rady? Potrzymaj mi piwo…”? Tu było podobnie, tylko powiedziałem: potrzymaj mi plecak. Mimo, że pływakiem jestem średnim takim sobie kiepskim, wskoczyłem do wody i przepłynąłem na drugą stronę. Patryk rzucił mi nasze plecaki i podążył moim śladem. Takiego wariantu jak my, nie obrał nikt podczas tych zawodów! I jestem z tego dumny! Dajcie mi rower, a będę jak Krasus!

Nie jestem natomiast dumny z tego, cośmy zrobili kilkadziesiąt metrów dalej. Zamiast jak cywilizowani ludzie okrążyć wzniesienie i wybrać jakiś przebieżny wariant dostania się w kierunku północno-wschodnim, my ruszyliśmy na azymut. Przez pola rzepaku. Na szczęście już niekwitnącego, ale cholernie gęstego. Trzymaliśmy się jakichś korytarzy wydeptanych najprawdopodobniej przez zwierzynę. Szkoda tylko, że były one wydeptane w kierunku przeciwnym niż ten w którym szliśmy, a więc co chwila się plątaliśmy i potykaliśmy… W pewnym momencie za naszymi plecami pojawił się Kuba Runowski! Zaskoczyło mnie to totalnie, bo byłem przekonany, że siedzi już dawno na mecie. Też mu jednak coś nie poszło i w rezultacie dołączył do naszego tramwaju. Po wyjściu z rzepaku jeszcze raz trafiliśmy w pokrzywowo-jeżynowy raj, a potem już ze spokojem szliśmy do ostatniego PK.

Niedługo przed nim dołączyła do nas jeszcze jedna zawodniczka. Podbiliśmy we czwórkę PK5 i zaczęliśmy zastanawiać się co dalej. Wyjścia były dwa. Albo wracamy do bazy tnąc na azymut – to wymagało od nas pokonania cholernie wielkiego rozlewiska, którego wydawało się, że pokonać się nie da; albo robimy parokilometrową rundkę i wracamy asfaltowym wariantem. Kuba zaczął szukać efektów działań bobrów. My zwątpiliśmy do co tego, co może być dalej. Kuba zaczął przechodzić przez zwalone drzewo. My zdecydowaliśmy się na dłuższy, ale teoretycznie łatwiejszy wariant. Jak się okazało, Kubie udało się sforsować ten teren i na mecie pojawił się kilkadziesiąt minut przed nami. A nasza trójka dotarła najpierw do najbliższej miejscowości, gdzie skorzystaliśmy z dobrodziejstw sklepu, a później ruszyliśmy wzdłuż DK16 do Barczewa. Patryk z Haliną szli znacznie szybciej ode mnie, w związku z czym na sam koniec zostałem sam. Spróbowałem chwilę pobiec – nie było szans.

Na mecie pojawiłem się po ponad 11 godzinach. Dramat. Opuchlizna z łydek zeszła dopiero kolejnego dnia wieczorem. I nawet kleszczy miałem tylko dwie sztuki. Towarzysko i turystyczne wyjazd bardzo udany. Sportowo jednak totalna klapa. W sobotę trzeba będzie się odkuć…

Kliknij, aby obejrzeć trasę

I jeszcze słowo na temat organizacji zawodów. Mimo, że to był debiut tej imprezy w Pucharze Polski, to nie dało się tego odczuć w żaden sposób. Wszystko dopięte na ostatni guzik. A schabowy (sic!!!) na mecie smakował wybornie! Czapki z głów przed organizatorami! Świetna robota!

* * * * *

Sobota, 22 czerwca, godzina 12! Właśnie wtedy ruszają kolejne zawody w Pucharze Polski w Pieszych Maratonach na Orientację. Grassor 2013. Będziemy biegać po Pojezierzu Drawskim.

I z tego okazji kolejna odsłona konkursu „Orientuj się na stówkę!” na Facebooku!

Kolejne 100 złotych do wykorzystania w sklepie Natural Born Runners do wygrania! Zajrzyjcie do TEGO LINKA i bawcie się dobrze!:)

Podobne wpisy

13 Odpowiedzi na Mazurskie Tropy 2013. Relacja.

  1. Krasus napisał(a):

    O ja, zapomniałem o muchach! Kurde, to było tak okropne przeżycie, że chyba mój mózg wyparł je z pamięci…;)

    Piękna relacja Maniek. Pełna emocji, bólu i cierpienia. Trzymam kciuki za odbicie się w najbliższy weekend!

  2. Krasus napisał(a):

    A tak w ogóle to na drugi raz kurna krzycz, że zostajesz, przeca bym zaczekał! Nie zrobilibyśmy Twojej wtopy, nie zrobilibyśmy mojej wtopy i byłoby dużo lepiej;)

  3. drproctor napisał(a):

    Powinieneś zatytułować ten post „Muchy, kleszcze i co jeszcze?” Masakra normalnie…

  4. Dorota napisał(a):

    Podziwiam za determinację! Świrusy jesteście normalnie wszyscy, każdy Marcin po kolei – na swój sposób 🙂 Trzymam kciuki za najbliższy bieg 🙂 i mam nadzieję, że zrobisz lepszy wynik niż wywróżyłam…

  5. Vermintyn napisał(a):

    Podziw i gratulacje 🙂 A jakieś zdjęcie tych sławnych łydek ? 😀

    • marcinkargol napisał(a):

      E tam, nie ma co podziwiać 🙂
      A łydki już wróciły do normy, więc nie ma co focić. Może po sobotnim biegu coś się znowu ciekawego wydarzy 🙂

      PS. Życzę wytrwałości w pisaniu i bieganiu!!!

  6. kamilkite napisał(a):

    Hej,
    Fajnie, ze powstalo cos w formie pisemnej. Mam co znajomym porozsyłać. 🙂

    ale nie chwal się, że szliście 16-stką, bo groziła za to dyskwa 🙂

    Pozdro

    Kamil

    • marcinkargol napisał(a):

      Zakaz ruchu na DK16 dotyczył tylko rowerzystów 🙂
      A poza tym spacer odbywał się drogą techniczną wzdłuż krajówki 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *