Mazowieckie Mini Tropy. Relacja.

Autor: • 16 października 2014 • Blog, Mapa i Kompas, Relacje8 komentarzy4786

Stoję grzecznie w rzędzie z innymi zawodnikami. Przed naszymi nogami leżą odwrócone mapy. Luźna, wesoła atmosfera – jak to zwykle na imprezach Piotrka Kwitowskiego. Ale ja się w środku spinam. Nie powinienem, ale się spinam. A w zasadzie sprężam. Jak sprężarka (no, bo co innego). Przed przyjazdem do Żabieńca przeanalizowałem listę startową bardzo dokładnie. Wiedziałem, a nawet byłem pewien, że podium jest w moim zasięgu. Przed biegiem spotkałem i Mirka Baszczaka i Tomka Pryjmę – oni byli dla mnie najgroźniejszą konkurencją i im przed startem przyznałem dwa pierwsze miejsca. Sam siebie widziałem na trzecim. To było moim celem i wiedziałem, że jeśli tego nie osiągnę, to będę bardzo zawiedziony.

Czar par

Już kilka dni przed startem w Mazowieckich Mini Tropach umówiłem się z Pawłem Choińskim, że będziemy napierać wspólnie. Przynajmniej na takim dystansie, na jakim pozwoli nam kondycja. Albo moja, albo Pawła. Czułem się dość mocny, jak idzie o dystans 40 kilometrów (bo na takiej trasie startowaliśmy). Wiedziałem, że Paweł również jest mocnym napieraczem. Tydzień wcześniej podczas Grand Prix Warszawy dołożyłem mu ledwie minutę.

Punktualnie o 9:27, na trzy minuty przed startem, mogliśmy odwrócić mapy. Wzięliśmy je i uciekliśmy kilkanaście metrów dalej. Nie lubię wyznaczać wariantu w tłumie. Szybki rzut oka na rozmieszczenie 19 punktów kontrolnych. Nasuwały się dwa warianty – od północy z rozpoczęciem od PK5, lub od południa z rozpoczęciem od PK10. Przez moment skłanialiśmy się do startu na północ, ale w którymś momencie udało mi się przekonać Pawła do startu na południe. W tym samym czasie Kwito dał sygnał do rozpoczęcia zawodów.

Karta startowa wraz z opisem punktów (foto: marcinkargol.pl)

Poszły konie po betonie. Szybko dotarliśmy do PK10. Łatwy nawigacyjnie, prosty do znalezienia. Kilkadziesiąt metrów przed nim mijamy się z Mirkiem i Tomkiem. Dziurawimy karty startowe i lecimy dalej. PK7 zbieramy z biegu. Przy okazji PK8 zaliczamy małą wtopę. Przelatujemy właściwą przecinkę i tracimy kilka minut. Nie tracimy jednak kontaktu z prowadzącą dwójką. Od samego początku zakładaliśmy, że jesteśmy w czubie i że nikt, kto zaczął zbieranie punktów z drugiej strony, nie będzie szybszy od naszej czwórki. Przy okazji PK12, położonego na skraju lasu pod wielkim dębem, znów trafiamy na Mirka (przed nami) i Tomka (równo z nami). Mimo, że pierwszy raz biegnę z Pawłem na takich zawodach, to współpraca nam się układa znakomicie.

PK1 zbieramy bez najmniejszych problemów. Wydaje nam się, że udało nam się wyprzedzić Tomka. Dobiegając do PK15, zauważamy Mirka Baszczaka. Nie szarpiąc tempa, jesteśmy w stanie – przynajmniej jak na razie – utrzymać tempo lidera. Fajnie. Lampionu, bardzo sprytnie ukrytego, szukamy we trójkę. Po paru minutach poszukiwań podbijamy karty startowe, i wspólnie biegniemy do kolejnego punktu. Gadka, szmatka, śmichy, chichy i po niedługim czasie odnajdujemy lampion ukryty w zagłębieniu terenu na jakimś wyrobisku. Teraz przyszedł czas na chwilę zastanowienia – jak dotrzeć do PK6. Tradycyjnie w grę wchodziły dwa warianty – mniej i bardziej przebieżny. Myślę, że gdybyśmy byli tylko we dwójkę (ja i Paweł), to zdecydowalibyśmy się na nieco bezpieczniejszą metodę dotarcia do punktu. Wyszło jednak tak, że sunęliśmy wspólnie z Mirkiem. Punkt odnaleźliśmy w zasadzie bez problemów. Przy lampionie ponownie spotkaliśmy się z Tomkiem Pryjmą…

Nieprzewidziane komplikacje

Kilka minut po podbiciu PK6 zostaliśmy sami. Warianty dotarcia do PK11 różniły się zdecydowanie. My wybraliśmy prawdopodobnie najsłabszy. Musieliśmy dość mocno pochaszczować i poprzedzierać się na azymut, żeby dostać się do kanału. Po chwili, idąc wzdłuż niego, trafiliśmy na punkt. A w oddali zobaczyliśmy majaczące sylwetki naszych rywali. Kurde, ogień z dupy! Teraz bez kombinacji, pełne skupienie! Paweł zaczyna wspominać o tym, że gdyby osłabł, to mam uciekać i takie tam. Marudzi. Trzymamy dobre tempo – dopóki nie będzie to niezbędne, to go nie zostawię! Jak na wojnie! Trzynastka zaliczona. Paweł wymyśla wariant dotarcia do PK9. Biorę. Tniemy. Kilkaset metrów przed punktem znów spotykamy Tomka Pryjmę. Ma lekkie wątpliwości co do położenia lampionu. Ja jestem pewien, gdzie on leży i pewnie prowadzę wzdłuż lasu w jego stronę. Po chwili trafiamy na ambonę i punkt kontrolny pod nią. – Leć szybko, to mu uciekniesz! – mówi do mnie Paweł. Lecę, ale na tyle spokojnie, żeby Paweł nadążął za mną.

Najlepsza samojebka ever (foto: marcinkargol.pl)

Wtopa. Ależ wtopa. Nie mogliśmy jej przewidzieć, ale jesteśmy źli. Do PK14 musieliśmy dostać się nieco na okrętkę, bo najprostszy – w naszym mniemaniu – wariant był niemożliwy do zrealizowania. Płoty, posesje, działki. I czarna dupa. Kilkaset metrów od PK14 mijamy Mirka. Kurde! Czyli jesteśmy w miarę blisko czuba. Zgarniamy punkt ze wzniesiemy i ciśniemy dalej.PK7 znajdujemy dość szybko – musieliśmy się odnaleźć w terenie przy pomocy innych uczestników, bo azymutując przez las, wylecieliśmy w sumie niewiadomo gdzie. Ale wstydu nie ma, bo na lampion wpadłem z buta. PK4 prosty do odnalezienia. Ale co z tego, skoro… wtopa! Ależ wtopa! 20 minut w plecy z powodu pomroczności jasnej. Plan był taki, żeby namierzyć się się na punkt, idąc wzdłuż strumienia. Nie zdołaliśmy go jednak zobaczyć. Za to widzieliśmy płot, okalający fragment lasu. I nic innego nie byliśmy w stanie zobaczyć. Okrążyliśmy ten cały leśny sektor i jakimś cudem podbiliśmy punkt. Zamiast 5 minut (bo tak to można było rozegrać), zajęło nam to minut ponad 20. Dżizas!

Końcówka solo

Znowu dyplom zamiast pucharu (foto: marcinkargol.pl)

Paweł został przy sklepie. Zaliczyliśmy jeszcze PK2 po drodze. Teraz jednak chęć napojenia się była u niego silniejsza. Upewniłem się, czy sobie da radę (głupio to brzmi, bo przecież kolega Choiński startuje w rajdach na orientację dłużej ode mnie) i pobiegłem dalej, niesiony wizją kolejnego podium. Ostatnie punkty przede mną. PK3, betonowy przepust nad rzeką. Wzięty z biegu. Super. PK16, róg ogrodzenia. Tutaj straciłem parę minut, bo przestrzeliłem właściwą drogę i musiałem chwilę pogłówkować, co i gdzie zjebałem. Lecąc do PK19, mogłem przewalić się przez rzekę. Nie wiedziałem jednak, jak głęboka ona jest (później się okazało, że po pas), więc odpuściłem i poleciałem na okrętkę. Niestety przedostatni punkt tych zawodów, to była kwintesencja orientacyjnego dawania dupy. Niby zgubiłem tam tylko 15 minut, ale w tamtym momencie to było aż 15 minut. Dawno nie miałem takich problemów z namierzeniem się na tak banalnie ustawiony punkt.

Kilkadziesiąt metrów przed ostatnim punktem okazało się, że jednak będę musiał pokonać rzekę. W sumie mogłem polecieć do mostku, który był relatywnie blisko, ale czułem, że to będzie mogło mnie dużo kosztować. Zacząłem się więc przeprawiać. Było to dość karkołomne, bo wspiąłem się na jakąś gałąź, która docierała do połowy szerokości kanału, a następnie z niej wykonałem skok w stronę drugiego brzegu. O dziwo nic sobie nie złamałem, wylądowałem cało i mogłem polecieć w stronę PK5. A później w tempie jednostajnie przyspieszonym mogłem pognać w stronę mety!

Trzecie podium z rzędu

Uścisk dłoni prezesa (foto: marcinkargol.pl)

Trzecie miejsce i czas 5:19! 43 kilometry na zegarku. Ufff, kamień spadł mi z serca, kiedy to usłyszałem. Bałem się dość mocno, że coś po drodze się jeszcze spartoliło i będę nieco dalej w klasyfikacji. Na szczęście szybsi byli tylko Mirek i Tomek, którzy wpadli na metę wspólnie w czasie 4:33. W drugiej części trasy, w sposób tylko im wiadomy, dołożyli mi 40 minut. Zapewne ogromny wpływ na to miały dwie wtopy przy PK4 i PK19. A mój zacny kolega, Paweł, dotarł na metę kilkanaście minut po mnie. Zajął 6. miejsce z czasem 5:34 – gratulacje gościu i wielkie dzięki za wspólne 33,5 kilometra!

Jestem cholernie zadowolony. Najpierw zwycięstwo na krótkiej trasie w Rajdzie Konwalii. Dwa tygodnie później drugie miejsce również na krótkiej trasie w Izerskiej Wielkiej Wyrypie. A teraz, w trzecim starcie z rzędu, trzecie miejsce. Takiej końcówki sezonu nie miałem nigdy. I to wszystko z żałosnym kilometrażem i mniej niż bardziej sensownymi treningami. Najs. To teraz jeszcze Harpagan-48 w sobotę, gdzie cieszyć mnie będzie miejsce w pierwszej dziesiątce (mocna obsada i trasa TP50, a na takiej dawno nie startowałem) i będzie można zacząć krótkie, półtoratygodniowe roztrenowanie…

A dla zainteresowanych tradycyjnie track z zawodów –KLIKNIJ TUTAJ–
(do PK18 naniesiony ręcznie, bo się garmin zbuntował)

Podobne wpisy

8 Odpowiedzi na Mazowieckie Mini Tropy. Relacja.

  1. Krasus napisał(a):

    Hmmm, zwycięstwo, potem drugie miejsce, a teraz trzecie, taki regres!
    No, gratuluję, ten żart to z czystej zazdrości 😉

  2. triathlon napisał(a):

    Gratuluję kolejnego świetnego występu. Grunt to łączyć współzawodnictwo z dobrą zabawą, bo kiedy zaczyna nam zależeć jedynie na wyniku, nie jesteśmy w stanie czerpać z tego radości. Przynajmniej tak jest u mnie. 🙂

  3. […] 16 października 2014 | Mazowieckie Mini Tropy. Relacja. […]

  4. […] dośc mocny (1. miejsce w Rajdzie Konwalii, 2. miejsce w Izerskiej Wielkiej Wyrypie, 3. miejsce w Mazowieckich Mini Tropach). Z trzeciej jednak strony takie zawody zawsze są wielką niewiadomą. Wystarczy pięć minut […]

  5. […] sam z Jędrzejem. Żal było kolegi Choińskiego, ale nasz niepisany układ działający od Mazowieckich Mini Tropów nie mógł zostać zerwany – jeden słabnie, drugi leci dalej po swoje. A że teraz był z […]

  6. […] TP50, startuję na dystansach krótszych. Czyli takich od 25 do, jak w przypadku zeszłorocznych Mazowieckich Mini Tropów, 40 kilometrów. Jak do tej pory jeszcze nie zdarzyło się tak, żebym jadąc na taki bieg, nie […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *