Maczuga Stolema 2015. Relacja

Autor: • 1 września 2015 • #nbrteam, Blog, Mapa i Kompas, Relacje, Ultra4 komentarze2724

Relacja z Izerskiej Wielkiej Wyrypy jest ukończona w połowie. Miała się pojawić tutaj kilka dni temu, ale wydarzenia z minionej soboty sprawiły, że zmieniłem plany. A plan jest taki, że poniżej będziecie mogli przeczytać, jak to jest zająć 2. miejsce w zawodach Pucharu Polskich w Pieszych Maratonach na Orientację na dystansie 50 kilometrów i jak to jest ścigać się do ostatnich metrów z zawodnikiem, z którym biegło się lub mijało przez poprzednich 7 godzin.

Nastawienie rzecz ważna

Mieliście dowiedzieć się tego z relacji z Izerskiej Wielkiej Wyrypy. Dowiecie się jednak teraz. Najlepsza-narzeczona-świata już nią nie jest. Z różnych, niezrozumiałych dla mnie i dla wielu osób powodów, zdecydowała się zniknąć z mojego życia. Na IWW, o czym przeczytacie w tym tygodniu, nie chciało mi się nic. Biegać, nawigować, męczyć się. Nic. Chciało mi się tylko płakać.

Na Maczugę Stolema jechałem w nieco innym stanie psychicznym. Owszem, smutek i ból ciągle były i są we mnie. Ale pojawiło sie też wkurwienie. Ogromny pokład wkurwienia i żalu, które musiały znaleźć jakieś ujście. Postanowiłem, że znajdą je na trasie tego biegu. Często mówię, że jadę się zniszczyć. Tym razem nie tylko to mówiłem, ale byłem wręcz pewien, że to mogą być naprawdę dobre zawody.

To się mogło udać

Sobota rano, 7:30. Za sekundę startujemy. W 99% dookoła mnie twarze zupełnie mi nieznane. Jedyną znaną był Michał Bałchanowski, który z ubiegłotygodniowej IWW zajął czwarte miejsce. Gość jest mocny i podejrzewałem, że dołoży mi pewnie z godzinę. Podejrzewałem też, że gdzieś w towarzystwie jest jakiś mocny lokales, stąd też zakładałem, że jeżeli przycisnę, to może uda mi się zająć trzecie miejsce i powtórzyć wynik z wiosennego Harpagana z 2013 roku.

Dużo punktów, mapa topograficzna z lat 70., sporo możliwości cięcia na azymut. Podobało mi się od samego początku. Pierwotnie miałem zamysł, aby polecieć wariantem od wschodu. Pierwszy punkt wszystko pozmieniał.

ABY ZWIZUALIZOWAĆ SOBIE TO, O CZYM PISZĘ, KLIKNIJ TUTAJ I ŚLEDŹ MÓJ BIEG NA TRACKU!

Syndrom pierwszego punktu. Pisałem o nim miliard razy. Coś nie zadziałało. Na szczęście (choć marne to pocieszenie) nie tylko mi synapsy nie styknęły i wielu zawodników straciło tam trochę cennych minut. Po ogarnięciu się i podbiciu PK1, zmieniłem swój plan i zamiast biec na wschód, pobiegłem na północ do PK5. Między innymi dlatego, że czując się mocnym tego dnia, chciałem mieć kontakt wzrokowy z czołówką. I w tej czołówce być.

W połowie drogi do PK5 zebraliśmy się we trzech – ja, Michał i Ziemowit Bernatowicz, późniejszy zwycięzca biegu. Niby razem, a jednak osobno – to jest coś, co najlepiej podsumowuje kolejnych kilkadziesiąt kilometrów.

foto: marcinkargol.pl

foto: marcinkargol.pl

PK5, położony na skraju jeziora, zebraliśmy w sekund pięć. Następny był biegowy przelot do PK7. Chłopaki nie forsowali tempa, więc i ja się póki co nie wychylałem. Spokojnie, bez wielkiego ciśnienia dobiegliśmy do PK7. Tam rozstawiony był punkt z wodą. Szybkie dwa łyki i biegniemy dalej. Ziemowit sto metrów z przodu, ja z Michałem na ogonie, bez szaleństw.

Pierwsza ucieczka

PK9. Punkt na wzniesieniu, szybki i łatwy. Zebraliśmy go z Michałem przed Ziemowitem, dzięki czemu po szybkiej ucieczce odskoczyliśmy na jakieś 200 metrów. Gdzieś w połowie drogi między PK9 a PK13 Michał przystanął na moment, żeby wytrzepać sobie buty. Pomyślałem, że czas na pierwszą próbę ucieczki i sprawdzenia tego, na co kogo stać. Redukcja i tempo w okolicach 5:00/km. Szybciej nie chciałem, bo bałem się, że to się zemści.

Liczyłem, że Michał i Ziemowit najpierw zbiorą PK12, a dopiero potem PK13. Spodziewałem się, że podbicie punktów w takiej kolejności zajmie więcej czasu, dlatego sam najpierw pobiegłem w stronę PK13. Znalazłem go w 8 sekund i po szybkim zwrocie w tył poleciałem po PK12. W jego okolicach spotkałem Michała – wymyślił dokładnie to samo, co ja. Chwilę później pojawił się Ziemowit – nie miał jeszcze trzynastki! Jest dobrze, mamy 10 minut przewagi.

PK15, położony na skrzyżowaniu leśnych przecinek, znaleziony wspólnie z Michałem. Podobnie, jak PK16. Dobrze idzie. Mimo tego, że budowniczy trasy punkty poukrywał dość mocno, to przeważnie udaje nam się je zdejmować z biegu. Niestety, przy okazji kolejnych dwóch punktów szczęście się skończyło…

W okolicach PK19 się rozdzieliliśmy. Lecę szeroką, leśną drogą. Wydaje mi się, że wiem, gdzie jestem. No właśnie, wydaje mi się. Wpadam w przecinkę, odmierzam odległość. Punktu brak. Coś mi nie pasuje. Lecę dalej, jest skrzyżowanie. Wymyślam, gdzie mogę być i przewalam się przez inną przecinkę. Im bardziej szukam punktu, tym bardziej go nie ma. Znów spotykam Michała. Kombinujemy we dwóch, jednocześnie wracając do głównej drogi. Po chwili dopada do nas Ziemowit. W 10 sekund zorientowaliśmy się, gdzie jesteśmy. Szybkie wejście po punkt i jazda w dalsza drogę.

Pół godziny dla turystów

Drogę, o której wolałbym zapomnieć. Poszukiwania PK20 można zatytułować „Jak nie wygrać zawodów na własne życzenie?”. Nie będę starał się tego tłumaczyć, nie będę się niczym usprawiedliwał. Daliśmy ciała tak mocno, jak dawno nie. Nie wiem, co było w naszych łbach, ale na pewno nie było to coś, co można by było nazwać jakąkolwiek nawigacją. Jak można odlecieć na kilometr na północ od punktu i wylecieć w miejscowości nie będącej nawet w okolicach PK20? Nie wiem. Straciliśmy jakieś 28 minut. Pół godziny na tak banalnym punkcie. Dramat, szok, niedowierzanie, miliony pytań bez odpowiedzi. A Ziemowit gdzieś daleko z przodu…

Po zebraniu PK20 wylecieliśmy jak z armaty. Michał gdzieś z przodu, ja trochę z tyłu – spędziłem ze dwie minuty na obżeraniu się jeżynami. Wywaliłem się na drogę, która prowadziła w kierunku PK23. Rozglądałem się za Michałem, ale nigdzie go nie było. Pomyślałem, że megamocno przyspieszył i teraz on mnie będzie próbował zgubić. W sumie spodziewałem się tego. Robiłem jednak swoje. Bez wtopy wpadłem na skrzyżowanie z lampionem. Jednak samego lampionu znaleźć nie mogłem. Pomógł mi… Michał, który przybiegł jakieś 3 minuty po mnie. Nie wiem, kiedy go wyprzedziłem.

Zresztą to było już nieważne, bo ponownie byliśmy razem. A ja znów zacząłem się zastanawiać, jak mu uciec. Nawet pytałem się go, kiedy się zmęczy. Ale nie chciał powiedzieć. Do bani z takimi biegaczami. Do bani też z taką nawigacją, jak na PK21. Cmentarzysko. Tak nazwany był punkt. Nie widziałem tam ani cmentarza, ani niczego, co mogłoby go przypominać. Nie widziałem też punktu, choć według tracka przechodziłem obok niego w odległości nie większej niż kilka metrów. Zobaczyłem go dopiero ładnych kilka minut później. Byłem przekonany, że w tym momencie poległem w walce z Michałem.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy ten pojawił się przed moimi oczami kilka minut później, kiedy wychodziłem z PK22. Co tu się dzieje?!? I znowu ucieczka. I znowu tylko do kolejnego punktu. PK18 opisany jako przepust. Chodzę więc, szukam, włażę w krzaki, oglądam przepust pod drogą z każdej możliwej strony, ale lampionu brak. Pojawił się Michał i zlokalizował lampion 10 metrów od przepustu na jakimś drzewie. Podbili, pośmiali się, pobiegli dalej.

Druga ucieczka

PK14 był jednocześnie punktem odżywczym. Od niego do kolejnego punktu ciągnęła się długa, asfaltowa prosta. To był prawie 44. kilometr trasy. Zjadłem ciasto, uzupełniłem bukłak, napiłem się wody, prawie zapomniałem mapy i rozpocząłem najbardziej epicką walkę w moim biegowym życiu. Wyprzedziłem Michała i trzymając prędkość po 5:00/km lub szybciej, rozpocząłem długi, 15-kilometrowy finisz, połączony z ucieczką. Wiedziałem, że jeżeli teraz nei zacznę budować jakiejkolwiek przewagi, to będzie średnio.

100, 200, 400 metrów przewagi. Jestem zmęczony, nie ukrywam, ale cisnę. W pewnym momencie tracę go z oczu. Wybrał inny wariant. Niedobrze, teraz muszę nakurwiać bez przerwy, bo nie wiem, gdzie on jest! Zbieram PK17, leżący na wzniesieniu. Zbiegając z górki, mijam się z Michałem. Skończyły się pogaduszki, trzeba uciekać. Do PK10 piękny przelot z górki. Biegnę, biegnę, biegnę! Zbieram dziesiątkę i na powrocie tradycyjnie trafiam na Bałchanowskiego. Zmęcz się, chłopie!

Pewnym wariantem dolatuję do PK8. Zabieram go w biegu. Mam teraz za sobą długą prostą, mogę obserwować, ile mam przewagi. Uciekam, oglądając się co jakiś czas za siebie. Odskoczyłem na jakiś kilometr. Jest nieźle, ale wiem, że to jest i tak cholernie mało. Wystarczy, ze zakałapućkam się na pięć minut na jakimś punkcie i znowu będziemy razem.

PK6, róg lasu. Punkt charakterystyczny, nieco ukryty, ale zdjęty bez problemu. Jest pod górkę, ale biegnę! Teraz nie mogę sobie pozwolić na to, żeby zwolnić, czy się zatrzymać. Już nie jestem zmęczony. Zaczynam być bardzo zmęczony, ale myśl o tym, że podium jest w zasięgu ręki, nakręcała mnie niesamowicie.

Magiczne 30 sekund

PK11, kolejny róg lasu. Wzięty z biegu. Do mety w linii prostej kilometr, ale jeszcze do zebrania 3 punkty w południowej części Główczyc. Wybiegam lasu na pole. O, kurwa! Patelnia, słońce mnie zabiło. Jezusiu, ale praży! Trudno, muszę wytrzymać. Wpadam do Główczyc, ale nie tam, gdzie powinineem. Szlag, biegłem złą drogą. Wracam się jakieś 400 metrów. Czyli 2-3 minuty stracone. Wpadam na nasyp kolejowy i biegnę po PK2. Na jego szukaniu tracę kolejne 3-4 minuty. Nie jest dobrze.

PK3 zbieram intuicyjnie. Dopiero później zauważam, że na mapie znajduje się po drugiej stronie strumienia, niż ta, na której rzeczywiście wisiał. Nieważne, zebrałem go w 13 sekund i wracam. Jeszcze jeden punkt, leżący kilkaset metrów od mety! Przy przebieganiu przez skrzyżowanie, widzę Bałchanowskiego. Ma do mnie 200 metrów, ale musi jeszcze zbiec kolejne 500 do PK3. Czyli jakieś 5-6 minut straty do mojej obecnej pozycji. Dużo. Bardzo dużo.

Chodzę po terenie byłego PGR-u, szukam tego lampionu. Kurde, gdzie on jest?!? Punkt nazwany „przy płocie”. No, fajnie. Obszedłem już praktycznie całe ogrodzenie, straciłem kupę czasu, ale punktu nie ma. Może z drugiej strony? Zajrzę od środka… Wisi! Jest! Patrzę w prawo… Biegnie! Jest! Michał! Fuck!

foto: marcinkargol.pl

foto: marcinkargol.pl

Myśl, mózgu, myśl! Do mety dwie drogi. Albo asfaltem na północ, albo przez skwer, który przyuważyłem dzień wcześniej na zachód. 0,0008732 sekundy na reakcję. Wybieram skwer. Zapierniczam z zielonej górki w dół, mało sobie nóg nie połamię, a tam… Zamiast skwerku, zabudowania! Kurwa! Ktoś mi skwer przesunął od 200 metrów! Obiegnę! Ale nie, jakieś bajorko jest. Jestem w czarnej dupie. Przegrałem.

Dobry piesek

Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Podbiegam do jakiejś posesji, otwieram furtkę. Wyskakuje mi na drogę wielki, czarny, kudłaty pies. Intuicja podpowiedziała mi, że kudłate psy nie gryzą. Pies również musiał to wiedzieć, bo tylko szczekał, kiedy w tempie rekordu świata na 100 metrów przebiegałem przez czyjeś podwórko. Furtka na drugim końcu na szczęście była otwarta. Teraz tylko do mety! Na skrzyżowaniu patrzę w prawo – 200 metrów przewagi nad Michałem!

Wbiegam na teren szkoły, oddaję kartę startową, jestem drugi, robię pompki, wbiega Michał. Pół minuty za mną po 59 kilometrach biegu. Pierwszy pojawił się Ziemowit Bernatowicz. 17 minut przed nami…

Za to kocham bieganie

2. miejsce na Maczudze Stolema jest dla mnie megasukcesem. To moje drugie pudło w historii startów na TP50. Myślę, że jest tak samo ważne, jak 3. miejsce na Harpaganie-45. Tam jednak była mocniejsza obsada, a i ja byłem znacznie mniej doświadczony. Niemniej jednak ten start na pewno zapamiętam na długo ze względu na zajebistą walkę z Michałem. Takiego boju jeszcze nie stoczyłem – Michale, wielkie dzięki za to!

Podobne wpisy

Jedna odpowiedź na Maczuga Stolema 2015. Relacja

  1. Rafał napisał(a):

    Świetny opis jeszcze lepszej walki. Wielkie gratulacje! A miłością się nie przejmuj, tylko nawiguj dalej. 😉

  2. Pasy napisał(a):

    Świetnie opisujesz swoje zmagania 🙂 „Myśl mózgu, myśl” chyba będzie mi grało przez kilka następnych dni podczas treningów 😛

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *