Kupię opla.

Autor: • 23 grudnia 2014 • Blog, Inne2 komentarze2808

Dziś w południe z takim zwrócił się do mnie Paweł. Nie odpowiedziałem mu na nie. Jednak uruchomiło ono we mnie lawinę różnych przemyśleń i rozkmin różnego typu. Chociaż – tak mi się wydaje – nie mogę mówić o „lawinie przemyśleń”, a bardziej o „zwolnieniu blokady i uruchomieniu maszyny losującej”. Przemyślenia tkwiły we mnie od jakiegoś czasu, gryzło mnie coś i męczyło, a teraz nadszedł czas, kiedy mogę pewne rzeczy z siebie wyrzucić. A może po prostu się usprawiedliwić? 

28 godzin

Tyle mogłaby mieć moja doba w ostatnich dwóch tygodniach. Cierpię na chroniczny brak czasu. Skutkiem tego jest to, że się nie wysypiam. Mógłbym policzyć na palcach jednej ręki (ręki stolarza, dodam), ile razy udało mi się przespać więcej, niż 6 godzin. Cierpi na tym również jakoś moich treningów. Wplatam co tylko mogę i jak często tylko mogę, ale i tak niejednokrotnie łapię wielkiego doła, bo nie udało mi się zrealizować chociaż 50% tego, co zakładałem.

Taki najgłówniejszy powód tego jest niezwykle prozaiczny. Poszukiwania nowego samochodu. Przykład? Pobudka o 5:30 po to, żeby o 7 wsiąść w pociąg (lub do blablacarowego auta), który zawiezie mnie do Radomia/Żyrardowa/Siedlec/etc.. Przyjeżdżam, oglądam, nie kupuję (bo jak do tej pory trafiam na takich sprzedających, którzy w ogłoszeniu i przez telefon słodzą i cukierkują, a rzeczywistość okazuje się zgoła odmienna), wsiadam w pociąg powrotny, w Warszawie jestem o 11. W domu jestem o 12. Przed 13 wychodzę do pracy i jestem w niej do 22. Kiedy wracam, nie mam ochoty na nic, poza przytuleniem się do K. i pójściem spać, bo kolejnego dnia albo następna pobudka motoryzacyjna, albo do pracy na 6. Do tego w tym miesiącu niemalże co weekend spędzałem za kierownicą po 1000 kilometrów, a grafik był napięty, jak baranie jądra. Kupię opla.

Źródło

To był marzec 2012. Pojechałem wówczas do Bochni na superfajny Podziemny Bieg Sztafetowy. Wówczas jeszcze pracowałem w radiu. Mimo, że byłem prezenterem, to stwierdziłem, że zabiorę ze sobą sprzęt i zrobię materiał z tych zawodów. I tak naprzemiennie krążyłem sobie z mikrofonem i biegałem. Siedząc i oczekując na swoją kolej do biegania, zobaczyłem Kasię Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Kasia to Kasia Nie wiedziałem nic poza tym, że wbiło mnie w podłogę. Mikrofon był doskonałym pretekstem do rozmowy i dowiedzenia się paru rzeczy.

Mijały miesiące. Raz na pół roku spotykaliśmy się na jakichś biegowych zawodach browse around this website. Czasem zamieniliśmy parę słów na twarzoksiążce. Rozjeżdżaliśmy się w różne strony świata, robiliśmy tysiące różnych rzeczy. Było nam do siebie nie po drodze. Choć, trzeba powiedzieć, nigdy nie sądziłem, że Kasi będzie do mnie po drodze. Wiedziałem, że to ja dużo o niej myślę, ale nie podejrzewałbym, że działa to w dwie strony.

Przyszedł listopad 2014 roku. Ja byłem w Warszawie od sierpnia. Kasia zjechała chwilę temu. Doszło do bardzo długo planowanego i wyczekiwanego spotkania. Szedłem na nie, ciesząc się, że po prostu ją zobaczę. Wracałem z niego wiedząc, że zrobię wszystko, żebyśmy byli razem. Dzień później byliśmy.

To takie małe #coolstory ściśle związane z bieganiem. Po pierwsze dlatego, że Kasia przecież również biega (i to nie jakieśtam popierdółki, ale Bieg Rzeźnika też ma na koncie), a dzięki temu możemy biegać razem. I powiem Wam, nie sądziłem, że to może być tak fajne i przyjemne. Cieszy mnie to, że możemy wspólnie zaplanować wyjazd na Śnieżne Konwalie. Cieszy mnie to, że możemy zaplanować wspólny start w Kieracie… A po drugie dlatego, że mam w sobie kupę motywacji do działania. To jest to zajebiste uczucie „chce mi się”! Uczucie, kiedy jest w tobie megamocna świadomość tego, że ktoś cholernie mocno trzyma za ciebie kciuki i wspiera cię we wszystkich planach. Marriott Everest? ZUK? 100 mil na GWiNT-cie? Rzeźnik? Mój-Wielki-Projekt-O-Którym-Powiem-Niedługo? Wszystko to teraz wydaje się arcyłatwe…

Doły, dołeczki

A mimo to są doły. Doły, o których pisał Paweł. Doły wynikające z różnych, dziwnych przyczyn. Brak czasu. Fatalna pogoda. Jakaś apatia fruwająca w powietrzu. Są i ciężko z nimi walczyć. Na szczęście i umysł i ciało reagują w odpowiedni sposób. Wiedzą, że coś się dzieje. Wiedzą, że nie mogą pozwolić, żeby ten stan trwał wiecznie. I zaczyna się „endorfinowa jazda”. Czasem, jak wspomniał Paweł, dzieje się to następnego poranka. Wyrzuty sumienia nie dają żyć. Endorfiny buzują i nim się człowiek obejrzy, jest już w drugim zakresie na kilkunastokilometrowym treningu. Czasem jednak taka akcja odbywa się w przyspieszonym tempie.

Przykład z dzisiaj. Poszedłem spać po drugiej. Pobudka po dziewiątej. Pobudka, czyli otwarcie oczu i długa walka z samym sobą, żeby wyjść z łóżka. W głowie tysiąc myśli związanych z jednym: trzeba nakurwiać! Ale jak to robić, kiedy za oknem ściana deszczu i tak mocno chce się spać? Zrobiłem to. I kiedy byłem na szczycie szesnastego podbiegu, tętno wchodziło w trzeci zakres, a moje ubrania były mokre tak, jakby dopiero co zostały wyjęte z pralki (bez wirowania), poczułem, że tego chciałem; że umysł i ciało dostały to, czego tak naprawdę potrzebowały i że mógłbym przebiec UTMB już teraz…

Podobne wpisy

Jedna odpowiedź na Kupię opla.

  1. drproctor napisał(a):

    Dzięki, że to napisałeś! Właśnie coś takiego właśnie potrzebowałem przeczytać…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *