Kaczawska Wyrypa. Relacja. Część druga.

Autor: • 15 października 2013 • Blog, Mapa i Kompas, Relacje4 komentarze2270

Z bazy wyszliśmy wspólnie. Trójka liderów po pierwszej pętli. Kurczę, ależ byłem zmotywowany. Ależ byłem nakręcony! Wiedziałem, że teraz nie mogę nic spieprzyć. Wiedziałem, że każdy błąd może skutkować tym, że polegnę z kretesem.

BAZA —> PK 51

Drugą pętlę można było pokonać, zaczynając od marszruty na zachód albo na północ. Po pierwszym spojrzeniu na mapę wiedziałem, że wybiorę tę drugą opcję. Wdrapywanie się na szczyt Wielisławki wolałem mieć za sobą jak najszybciej. Najpierw jednak truchtaliśmy razem w stronę PK 51. Po drodze zdałem sobie sprawę, że zostawiłem w bazie opisówkę do punktów wraz z wycinkami dokładniejszej mapy. W tym momencie byłem w czarnej dupie. Na szczęście współnapieracz przedyktował mi opisy punktów, więc przynajmniej wiedziałem czego szukać. PK 51 znaleźliśmy bardzo szybko. Później jeszcze około kilometra biegliśmy razem, po czym powiedziałem do chłopaków „powodzenia” i ruszyłem zdobywać świat.

PK 51 —> PK 52

Punkt na szczycie Wielisławki. Góry, na zboczu której znajdują się tzw. Organy Wielisławskie (zainteresowanym odsyłam do wujka google’a). Jak się tam dostać? Lokalsi podpowiadają, że droga prowadzi przez podwórko po drugiej stronie ulicy. Wbijam. A tam grill. cała rodzina, dzieci, koty, psy… Nie było jednak problemu z przeleceniem przez posesję i po chwili stałem u podnóża góry. Na wszelki wypadek zbiegłem 300 metrów w dół do tablicy informacyjnej i sprawdziłem mapę szlaków. Żółtym szlakiem dotarłem na szczyt, gdzie w ruinach miał się znajdować punkt. Gdybym miał dokładną mapę, to wiedziałbym gdzie go szukać. Musiałem posiłkować się telefon do Bormana, który podpowiedział mi jego dokładne położenie. Podbity, czas zbiec na dół.

PK 52 —> PK 53

„Paaanie, pan się tam zabije! Niech pan tam nie schodzi!” usłyszałem od około 150-letniej kobiety, spotkanej na ścieżce na zboczach Wielisławki. Ścieżka mnie interesowała bardzo średnio. Bardziej interesował mnie azymut – im bardziej na północ, tym lepiej. Wyszło tak, że musiałem się ześlizgnąć z dość stromej górki (wtedy to miałem się zabić), co jednak skróciło moją drogę dość znacznie. Trawersując zbocze bardzo szybko dotarłem do drogi, którą miałem podlecieć w stronę PK 53.

Nie widziałem oczywistego wariantu dotarcia do punktu. Stwierdziłem, że metodą małych kroczków będę się odnajdywał w terenie i w końcu go wyłapię. Najpierw ucieczka w las w miejscu, gdzie rzeka podpływa do asfaltu. Zaliczone. Potem w kierunku zachodnim aż do napotkania strumienia. Niezaliczone. Najpierw wygięła mi się moja-skręcona-paręnaście-tygodni-wcześniej kostka. Zabolało, aż usiadłem. A przez to zdekoncentrowałem się tak, że nie potrafiłem się odnaleźć w terenie. Dał znać o sobie brak opisówki z mapką – dość zaniedbaną i głęboką ścieżkę wziąłem za wyschnięte koryto strumienia i tam zacząłem szukać punktu (a punkt miał leżeć na skrzyżowaniu strumieni). Dopiero jeden z napotkanych zawodników nieco mnie ogarnął i razem dotarliśmy we właściwe miejsce. Pi razy drzwi pół godziny w dupę.

PK 53 —> PK 59

Kostka boli, ale to nic. Jeszcze biegnę. Tutaj sprawa prosta – jak w piosence: go west! Ten odcinek pokonywałem wspólnie z dwójką innych zawodników. Szybko dotarliśmy do miejscowości Sokołowiec. Jak się okazało trafiliśmy perfekcyjnie – przechodząc przez kolejną posesję, wyszliśmy na pole, idąc którym dostaliśmy się idealnie na punkt. Podbiliśmy PK i ruszyliśmy dalej.

PK 59 —> PK 62

Byłem już nieco zmęczony, nie ukrywam. Nogi nie chciały podawać tak, jak na początku. Kostka przestała boleć, ale przestałem mieć zaufanie do niej w połączeniu z nierówną nawierzchnią. Na szczęście do kolejnego PK prowadził bardzo prosty i czytelny wariant. Bieg przeplatany marszem pozwolił na w miarę żwawe dostanie się do PK 62. W międzyczasie zorientowałem się, czy ci zawodnicy, z którymi się tasowałem na ostatnich kilometrach, mają tyle samo punktów co ja. Okazało się, że nie. Mieli jeszcze PK 51 do zebrania. Dobrze, bardzo dobrze.

PK 62 —> PK 58

Nie umiem przebiec obojętnie obok sklepu. Kiedy widzę sklep, słyszę, jak woła do mnie ze środka jakaś zimna cola, albo inny magiczny specyfik. W drodze do kolejnego punktu pozwoliłem sobie na półkilometrową pętelkę po to, żeby odwiedzić lokalny sklepik. Byłem przekonany, że i tak już jestem w czarnej dupie z racji zamotania na PK 53 oraz spadku tempa, więc nie miałem wyrzutów sumienia. Zimna porcja gazowanego napoju postawiła mnie na nogi, a czysta woda pozwoliła zapomnieć o smaku izotonika.

Może i bym mógł biec szybciej i żwawiej, ale polna droga podprowadzająca pod PK 58 skutecznie mi to uniemożliwiała. Dziury, błoto, koleiny, kałuże. I moja asekuracja związana z kostką. Więcej szedłem lub człapałem, niż biegłem. Poza tym dotarcie do tego punktu – ważne: ambona myśliwska na rogu lasu – niekoniecznie było oczywiste i banalne. Trzy punkty wcześniej dostałem od jednego z zawodników opisówkę z mapami, więc mogłem się dokładnie namierzyć na PK.

Mogłem. I powinienem był to zrobić. Gdybym tylko umiał czytać ze zrozumieniem. Wyszedłem z lasu na pole. Rozglądam się. Patrzę w prawo, widzę ambonę. Maszeruję po tym nierównym, nieco błotnistym polu prawie kilometr. Punktu nie ma. W środku? Wchodzę po drabinie. Punktu nie ma. No jak to tak??? Biorę raz jeszcze opisówkę, czytam, patrzę i dopiero dociera do mnie to, co jest napisane na kartce – wcześniej widziałem tylko słowa „ambona” i „las”, a mapa mnie w ogóle nie zainteresowała. Po co komu mapa w BnO? I to jeszcze taka dokładna? Nic to, rzuciłem paroma mocnymi słowa, wróciłem się (jak się okazało wyszedłem z lasu jakieś 100 metrów od punktu), podbiłem PK i znów ruszyłem w kierunku z którego przyszedłem. Straciłem jakieś 20 minut co najmniej. Żenada.

PK 58 —> PK 56

Ostatni punkt przede mną. Prościej się nie da. Asfaltem w dół, potem wzdłuż strumienia, a potem jakoś do bazy. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Starałem się biec, ale było ciężko. Stopy nieco zmasakrowane, nogi bolą, a i motywacji zabrakło już zupełnie, po wtopie sprzed chwili. Niemniej jednak do punktu trafiłem bez pudła i mogłem pomyśleć o strategii powrotu do bazy.

PK 56 —> BAZA

Były dwie opcje. Albo asfaltem, albo wersja agroturystyczna, czyli na krechę przez pola. Oczywiście wybrałem tę drugą. Trzymałem azymut na wieżę kościoła i napierałem tak, jak mi teren pozwalał. W pewnym momencie na mojej drodze stanął płot. Aha, czyli tą ścieżką dalej nie pobiegnę. Płot jednak jakiś taki nijaki – próbuję obiec. Obiegam te włości i słyszę głos zza płotu „Tam nie biegnij! Do rzeki się zjebiesz! Dawaj przez podwórko”. Młody gospodarz otwiera mi prowizoryczną bramkę, ja dziękuję, głaskam dwa koty przylepiające się do mnie i zbiegam w dół do asfaltu.

Dwa kilometry do mety. Spotykam Staszka Kaczmarka i Edzia Fudrę, którzy akurat kończyli TP100. Czując ich oddech za plecami, znalazłem siły na szybszy bieg. Finiszuję, biegnę! Jest meta, jest szkoła, wpadam do środka, a tam ciasno. Za ciasno.

Podsumowanie. Tyle wygrać czy tyle przegrać?

Ósme miejsce.
Czas 8:39
36 minut straty do podium.
Trzydzieści sześć minut!
To mniej, niż to, co straciłem podczas dwóch megawtop na drugiej pętli.
Gdybym był bardziej skoncentrowany, gdybym w paru miejscach bardziej przycisnął, gdybym nie popełnił tak banalnych błędów…
Gdybym, gdybym, gdybym.

Dla zainteresowanych pełne wersje mapy z trackiem – pierwsza i druga pętla.

Podobne wpisy

Jedna odpowiedź na Kaczawska Wyrypa. Relacja. Część druga.

  1. […] Kliknij, aby przejść do części drugiej. […]

  2. Jędrzej napisał(a):

    Ciekawa relacja, wydaje się że druga pętla w przeciwną stronę nastręczyła zdecydowanie mniej kłopotów, biorąc pod uwagę jeszcze brak szczegółowych mapek, tylko 36 minut straty do podium robi wrażenie. Szacun! Chociaż, może trzeba było jednak z prowadzącą dwójką ponapierać? Nie musielibyśmy tak pędzić wyobrażając sobie, że już dobiegasz do mety z drugiej strony ;-). Pozdrawiam, do zobaczenia na trasie.

  3. Leszek Deska napisał(a):

    Fajne te opisy – super się czyta (przy ciepłym kominku oczywiście) 🙂 Nadal nie rozumiem tej dyscypliny ale czytać bardzo lubię! Przypomina mi to wyścigi formuły 1 – czyli tak naprawdę nieważne kto ma jaki silnik i kierowcę, ważne żeby nie było awarii a te są bardzo często. Założę się że prawie zawsze zawodnik w BnO po biegu odpowie że stracił tyle a tyle z powodu nawigacji 🙂
    Acha no i nie mógłbym w tym brać udziału bo wstydzę się ludziom przez podwórka biegać 😉
    A tak w ogóle to gratulacje, ósme miejsce to przecież super wynik!

  4. Pecado napisał(a):

    Fajny opis, dzieki. Przyda sie przed H46, który juz za dwa dni. Czuje treme bo mam rachunki do wyrównania (ostatniego nie ukonczyłem). Bardzo załuję, zeCie nie bedzie, ze nie bedziemy mieli okazji pogadac troche dłużej, ze nie bede mial okazji podpatrzec jak to robią zawodowcy. Bede skazany na bładzenie we mgle. :))

    Mam nadzieje, ze bedzie nam dane spotkac sie kiedys na trasie/ przed lub po na jakies piwko. Jestem Ci je winien za zaszczepienie biegowego bakcyla. Z tym bieganiem przez podwórka to przedmówca ma racje, jakby nie było nikogo w polu widzenia to tez nie mam śmiałości, poza tym strach psów. 🙂 Jakas cenna rada dla początkującego szaraka ? 🙂

    Pozdrawiam !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *