Kaczawska Wyrypa. Relacja. Część pierwsza.

Autor: • 13 października 2013 • Blog, Mapa i Kompas, RelacjeKomentarzy (1)1674

Długo ta relacja kazała na siebie czekać. Przez kilka dni po Kaczawsskiej Wyrypie męczyła mnie sportowa złość, która skutecznie mnie ograniczała w przelewaniu na papier tego, co chciałem na temat tego startu napisać. Minął tydzień, odetchnąłem, pogodziłem się z tym, że na trasie ładnie żarło i szybko zdechło. No i mogę w końcu podzielić się z Wami tym, co wydarzyło się w ubiegłą sobotę w okolicach Świerzawy na Pogórzu Kaczawskim.

Jadąc na Kaczawską Wyrypę chciałem, żeby działo się sporo. Czułem, że może być naprawdę fajnie, pomimo ostatnich startowych niepowodzeń. Psychika była mocna, pogoda idealna, a i lista startowa jakby słabiej obsadzona. Byłem mocno nastawiony na napieranie do ostatniej kropli krwi.

Przed 9 rano dostaliśmy mapy i mieliśmy jeszcze parę minut na zapoznanie się z nimi i nakreślenie sobie kolejności zdobywania punktów kontrolnych. Obowiązywał scorelauf, więc sami wybieraliśmy który punkt zaatakujemy najpierw. Po spojrzeniu na mapę, kolejność wydała mi się dość oczywista. Zaznaczyłem sobie na mapie warianty, którymi chciałbym pobiec i trzeba było się zbierać do startu.

START —> PK 34

Ile razy pisałem o Syndromie Pierwszego Punktu? Mnóstwo! Za każdym razem mówię sobie, że keep calm and bez szału na początku. Ale nie. Ale druga strona Kargola wie lepiej. Droga do pierwszego punktu była prosta i absolutnie bezproblemowa. Dlatego też stwierdziłem, że sobie ją nieco skomplikuję, wbiegając nie w tę przecinkę, w którą powinienem, do tego przedzierając się przez iglasty młodnik i wpadając prawym butem w bajorko. Kiedy stwierdziłem, że wystarczy mi wrażeń i kiedy spojrzałem na mapę, wróciłem się kilkaset metrów w stronę punktu, znalazłem go w sekundę, podbiłem i mogłem zacząć zawody.

PK 34 —> PK 37

Droga do punktu, który ukryty był w dole przy drodze bez większej historii. Od samego początku starałem się walić na krechę tam, gdzie mogło mi to przynieść jakąś korzyść lub tam, gdzie było to po prostu możliwe i łatwe, dlatego też sporą część odcinka między tymi PK, przeleciałem bardzo przebieżnym lasem i wybiegłem na ścieżkę niedługo przed punktem.

PK 37 — PK 35

Ten przelot mi się podobał. Odrobiłem na nim dość sporo z tej pierwszej wtopy. Wybiegłem z lasu i poleciałem przez pole w kierunku zabudowań na południu. Szarżowałem przez pole, niczym kombajn Bizon. Za sobą nie widziałem nikogo, a przed sobą widziałem sylwetki paru zawodników. Wiedziałem, że wkrótce będą moi. Wleciałem do miejscowości. Po chwili zastanowienia zdecydowałem, którędy przelecę do PK 35. W odpowiednim momencie odbiłem na południe, wydostałem się na pole i obrałem azymut na punkt kontrolny. Trafiłem w niego bez pudła. Szybkie podbicie karty startowej i jazda dalej.

PK 35 —> PK 38

Do kolejnej miejscowości leciałem ponownie na krechę. Jako, że pole w wybranym przeze mnie kierunku ewidentnie się wznosiło, postanowiłem, że zamiast maszerować w górę, przetruchtam sobie po poziomicy. Dołożyłem sobie paręset metrów, ale poszło mi to bardzo zgrabnie. Docierając do asfaltu widziałem przed sobą solidną grupę biegaczy. Czułem, że to może być czołówka. Już razem zbiegliśmy do lasu kierując się na PK 38. Razem też się nieco zdziwiliśmy, kiedy okazało się, że punktu nie ma na swoim miejscu. Ani w żadnym innym. Brak lampionu, brak perforatora. A wiedzieliśmy, że jesteśmy dokładnie w miejscu, gdzie powinny być. Grupowe czesanie lasu nie przyniosło rezultatu i po jakichś 20 minutach i telefonie do organizatorów podjęliśmy decyzję, że odpuszczamy i lecimy dalej.

PK 38 —> PK 36

Tu również plan był prosty – krecha! Miałem wybiec z lasu i pofrunąć na przestrzał na południowy-zachód w kierunku miejscowości Dobków. Miałem. I w sumie tak zrobiłem, tylko że wcześniej poleciałem dobry kilometr na zachód. Po co? A bo ja wiem. Tak to jest, jak się nie patrzy na kompas. Zorientowałem się, że coś jest nie halo wtedy, kiedy dobiegłem do asfaltu, którym już dzisiaj biegłem. Szybka korekta kierunku i tym razem centralnie na południe. Dobiegłem do zabudowań. Widziałem drogę jakieś 300 metrów ode mnie, ale nie chciałem tracić czasu. Wszedłem na jakieś podwórko. Na podwórku gość z piłą mechaniczną. Myślę sobie: lepiej trafić nie mogłem. Macham mu mapą przed oczami, bo akurat był skupiony na zarzynaniu drewnianego pniaka. Pytam się, czy mogę przez podwórko wylecieć do wiochy. Mogę. Idę do furtki, a tam pies. Wielki, żółty, ośliniony pies, który bardzo chciał się bawić. Nie miałem na to czasu, więc wytarmosiłem labradora, rzuciłem mu piłkę i poleciałem dalej. Wyszło świetnie, bo niemalże na tej samej wysokości po drugiej stronie drogi wbiłem się na ścieżkę, prowadzącą do PK 36.

PK 36 —> PK 31

Punkt zebrany i nazad do asfaltu. A potem tym asfaltem dłuuuuugi przelot w stronę kolejnego. Nudno było i dość gorąco, bo słońce zaczęło grzać. Po drodze dogoniłem kolejnego napieracza. Wspólnie pokonaliśmy końcowy odcinek do PK 31. Mogę śmiało powiedzieć, że gdyby nie on, to zajęłoby mi to więcej czasu. Ścieżka, która wg mapy prowadziła idealnie na punkt, w rzeczywistości prowadziła przez jakieś wielkie gospodarstwo. Dużo budynków, dużo szczekających psów, samochody jakieś. No i brama. Płot. Bez dzwonka. Współnapieracz nie zastanawiał się długo. Hop i jest już po drugiej stronie. Co miałem zrobić…? Drugi raz w swojej karierze skakałem przez płot, przez który absolutnie nie powinienem był tego robić. I drugi raz nic mnie nie pogryzło, ani nikt mnie nie zastrzelił. Kamień z serca. Niedługo potem złapaliśmy PK 31.

PK 31 —> Baza

Z punktu do bazy zawodów, gdzie był koniec pierwszej pętli, było niemalże cały czas z górki. Rozpuściłem nogi i pognałem przed siebie żwawo, acz asekuracyjnie. Wiedziałem, że przede mną jeszcze drugie 25 kilometrów. Wiedziałem, że jest całkiem nieźle, bo czas miałem w granicach 3,5h, a to dawało nadzieję, że ukończę te zawody z rozsądnym wynikiem. Wpadłem do bazy, licząc, że będę w pierwszej szóstce, siódemce. Byłem trzeci. Ożeszkurkawodna! Szybka zmiana skarpetek, uzupełnienie zapasów w plecaku, chwila oddechu i po pięciu minutach wyszedłem na drugą pętlę. A w zasadzie wyszliśmy, bo cała pierwsza trójka opuściła bazę razem. I razem ruszyliśmy do pierwszego punktu na pętli numer dwa.

Kliknij, aby przejść do części drugiej.

Podobne wpisy

  1. A. napisał(a):

    Tym razem nie założyłeś damskich za ciasnych ciuszków (jak to było na Rudawskiej) i od razu widać efekty :p

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *