Kaczawska Wyrypa 2015. Relacja

Autor: • 24 grudnia 2015 • #nbrteam, Blog, Góry, Mapa i Kompas, RelacjeKomentarzy (0)2055

O, losie! Pochłonęło mnie ostatnio tyle rzeczy, że ciężko mi było się zebrać, żeby pozakańczać wpisy, które leżały i czekały na dopieszczenie i publikację. Czas jednak zabrać się do roboty. Na początek lecimy z Kaczawską Wyrypą 2015, która przecież miała miejsce ponad miesiąc temu. Jak ten czas leci…

Jadąc na Kaczawską Wyrypę wiedziałem, że jadę powalczyć o coś. O coś przez duże „C”. Jako że w drodze na Dolny Śląsk zorientowałem się, że zapomniałem czołówki, a nie miałem pewności, jaka będzie trasa TP50 i czy przed zmrokiem uda się ją ogarnąć, zdecydowałem się na start na dystansie 25 kilometrów. Tutaj cel mógł być tylko jeden…

Asia i Robert jak zwykle zadbali o fantastyczną atmosferę w bazie zawodów. Do tego pojawiło się kilka znajomych mordek, m.in. Michał Kołodziej, czy Kuba Duda. Wiedziałem, że będzie się z kim ścigać.

Na kilkanaście minut przed startem dostaliśmy do ręki mapy. Zawiodłem się bardzo, ponieważ na mojej trasie były tylko 4 punkty kontrolne. To bardzo, bardzo mało. Wiedziałem już, że jeśli będę chciał to wygrać, to będę musiał grzać ostro do przodu od samego początku.

W nogi, w nogi ile sił

Mimo że na pierwszych 6 kilometrach, które dzieliły nas od pierwszego punktu kontrolnego, podnieśliśmy się o 100 metrów, tempo biegu nie spadało poniżej 4:30-4:40/km. Piszę w liczbie mnogiej, bo przez 2/3 tego dystansu towarzyszył mi Kuba Duda. Wiedziałem, że jest to mocny zawodnik i miałem pewność, że jeżeli go nie zgubię, to może mi namieszać w moich planach. Dopiero na 1,5 kilometra przed pierwszym PK udało mi się odlecieć od Kuby na kilkaset metrów, co dało mi pierwszą porcję spokoju ducha.

Po podbiciu pierwszego PK, wywaliłem się na pole i pocisnąłem na azymut w kierunku PK2 (numeracja na mapie była inna, ale nie mam teraz mapy przed oczami). Punkt teoretycznie prosty, ścieżki, charakterystyczny skraj lasu. Będzie dobrze – myślę sobie i azymutuję we właściwym kierunku. Oglądam się za siebie i na boki, ogona jednak nie widzę.

Wpadam do lasu. Coś mi jednak nie pasuje. Minuta zastanowienia, dwie minuty na małą pętelkę po zagajniku i stwierdzam, że to nie tu. Przesuwam się 100 metrów na zachód, znajduję lampion i spieprzam stamtąd. Wówczas tego nie wiedziałem, ale ogon był jednak tuż za mną. Miałem jednak świadomość, że jeżeli utrzymam takie tempo – a goniłem mocno – to może się udać.

Długa prosta, mocno z górki. Mijam się na niej z Kubą. Jest dobrze, mam nad nim kilka minut przewagi – to na 25-kilometrowej trasie całkiem sporo. Dotarcie do kolejnego PK nie jest przesadnie oczywiste. Owszem, na mapie są ścieżki  i przecinki, ale w terenie zaczęły mi zanikać, skręcać… Wiedziałem jednak gdzie jestem i gdzie powinienem się pojawić, więc poleciałem na krechę, po czym wypadłem na drogę prowadzącą niemalże idealnie na punkt. Przewałka przez pole, minięcie się z zawodnikiem biegnącym w drugą stronę, podbicie karty i można uciekać dalej.

Pięć minut: tak wiele i niewiele

WP_20151114_10_56_35_ProTeraz już nic nie jest oczywiste. Ścieżki giną, skręcają, zawijają się w niewłaściwe kierunki. Na szczęście ukształtowanie terenu się zgadza, kierunek biegu też się zgadza. Trochę lasem, trochę drogami, trochę z górki, trochę pod górkę. W końcu jest, wypadam na otwartą przestrzeń. Zaczynam się martwić, czy wypadnę tam, gdzie chciałem. Dobiegam do asfaltu, orientuję się – ufffff, idealnie! 800 metrów do punktu – gonię mocno. Zbieram PK i stąd już tylko 5 kilometrów do mety. Asfaltem.

Jakieś 2,3 minuty po tym, jak odbiegłem od lampionu, minąłem się z moim ogonem! Nosz, kurde! To oznacza, że moja przewaga to jakieś 5 minut. W tym momencie było to tyle, co nic. Miałem w nogach 21 kilometrów, na trasie byłem mniej niż 2 godziny i dawałem z siebie 110%. Nie miałem wyjścia, musiałem zapierdalać – i robiłem to, każdy z ostatnich kilometrów w okolicach 5:00/km. Bałem się, że się nie uda. Bałem się, że chłopaki mnie dojdą, wyprzedzą i tyle będzie.

Mamy to!

WP_20151114_14_32_34_ProAle nie doszli. Nie wyprzedzili. Przebiegając niespełna 25 kilometrów w 2:14, wpadłem na metę jako pierwszy zawodnik Kaczawskiej Wyrypy 2015 na trasie TP25! Zrobiłem to, po co przyjechałem. Kolejny raz stanąłem na pudle i udało mi się nie przerwać mojej passy, która trwa od sierpnia zeszłego roku.

A zapierdalać się opłacało, bo 5 minut po mnie przybiegł Bartek Wower z Chorzowa, a minutę po nim Darek Wróbel z Wrocławia.

Sama impreza? Organizacyjnie bez zarzutu – świetna atmosfera, świetni ludzi, przekozacki makaron, równie przekozackie tereny… Tylko te 4 punkty kontrolne, to zdecydowanie za mało. Zdecydowanie.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *