Jestem Marcin i mi się nie chce, czyli przypadki śmakie i owakie

Autor: • 26 lutego 2015 • Blog, Inne, TreningKomentarzy (0)1879

– Ej, ale napiszesz relację z tego biegu? – zapytała mnie Kasia, kiedy to wbiegaliśmy na metę zawodów zorganizowanych z okazji walentynek. I wiecie, kiedyś pewnie bym się może i nawet nie przyznał, że w ogóle w czymś takim wziąłem udział. Dziś jednak jest mi z tym niezwykle fajnie. Już w listopadzie stwierdziłem, że „no, elo, Kasia, biegniemy w dziwnym biegu”. Zostało to przyjęte z wielkim entuzjazmem i radością. I jak w ostatnich tygodniach niewiele mi się chciało (o chceniu i niechceniu trochę później), tak na tę kilkukilometrową popierdółkę czekałem z niecierpliwością.

Let me be Your valentine

Nie wiem, czy to zależy od osoby, z którą się staje na starcie, czy też może od jakichś priorytetów zmieniających się z wiekiem (tako rzecze trzydziestolatek), ale spędzenie sobotniego przedpołudnia w formie, jaką przedstawię za moment, było dla mnie megafajnym, relaksującym i przyjemnym przeżyciem.

Ona i on. On i ona. Oni. Związani czerwoną wstążką o długości ok. pół metra. Piękny przedwiosenny krajobraz jednego z kompleksów parkowych gdzieś pod Warszawą. Oprócz nich kilkadziesiąt innych par, które w taki, dość nietypowy sposób, rozpoczynają świętowanie dnia zakochanych.

foto: marcinkargol.pl

foto: marcinkargol.pl

Z różnych względów ilość i jakość treningów, jakie w ostatnim czasie uskuteczniała Kasia, nie pozwalały nam walczyć o zwycięstwo ani o podium, jednakże kilka kilometrów biegu w parze w tempie w okolicach 5:00/km pozwoliło nam wbiec na metę na zaszczytnym 11. miejscu. Ale to nie było ważne. Moglibyśmy przybiec i na 60. miejcu i też by było super. Najważniejsze było coś zupełnie innego. Co? Stay tuned!

Każdy to zna

Teraz chciałbym się skupić na jakże ważnym stwierdzeniu. Stwierdzeniu, które towarzyszy każdemu z nas i ujawnia się w różnych okolicznościach przyrody. Owe stwierdzenie brzmi: nie chce mi się. Znacie?

W ostatnim czasie bardzo mi się nie chce. Czuję się mocno zdemotywowany i zmęczony tym, że wychodząc na treningi, muszę ubierać: gacie, spodnie ocieplane, koszulkę, bluzę, kurtkę, buffa, rękawiczki… I do tego nie widzę słońca. Gdzie jest, słońce? Mam ogromny ból dupy z powodu pogody, jaka nam towarzyszyła przez ostatnie tygodnie. Teraz (sobota, 15:04 czwartek, 7:30) coś się zmienia na lepsze. Kilka dni temu założyłem krótkie spodenki.

foto: marcinkargol.pl

foto: marcinkargol.pl

Nie założyłem rękawiczek. Nie miałem buffa. Nawet kurtki nie miałem. I było mi dobrze. I było tak, jak być powinno. Gdzieś pod skórą poczułem, że może jednak mi się zachce. Byleby tylko nie było już po -5 i aby słońce pojawiało się na niebie częściej, niż raz na kwartał…

Plany treningowe, jak również te dalekosiężne, związane z zawodami, również się nieco rozmyły i straciły na aktualności. Ale to głównie za sprawą zmian, jakie dokonają się w naszym życiu w ciągu kolejnych tygodni. Mój-wielki-popieprzony-jak-lato-z-radiem-plan przekładam na jesień. Konkretny termin padnie późną wiosną. Co na pewno jest aktualne, to:

1. Zimowy Ultramaraton Karkonoski (a taki fajny tekst napisałem ostatnio pracowo, polecam!),
2. GWiNT Ultracross (100 mil lub 110 kilometrów),
3. Kierat wspólnie z Kasią (na zaliczenie, dla zabawy),
4. [i tu pojawia się nowy element] Krwawa Pętla.

Zaciśnijmy sobie pętlę

Znacie Krwawą Pętlę? Ja też nie. Czytałem o niej bardzo dużo i zastanawiałem się, kto z moich znajomych mógłby być tak mocno popieprzony, żeby wystartować w zawodach na dystansie 240 kilometrów, na pokonanie których są 24 godziny, a do dyspozycji czteroosobowego zespołu są tylko 3 rowery (tak, trzech jedzie, jeden biegnie). Pierwszą osobą, która przyszła na myśl mnie oraz Pawłowi, był Paweł Słoma (polecam relację z Harpagana-48). I nie pomyliliśmy się – kilka dni po naszej rozkminie napisał do nas i rzucił propozycję. Nie musiał nas namawiać, choć aby zachować choć pozory kurtuazji, chwilę się nad tym z Pawłem zastanawialiśmy. A kto będzie czwartym do brydża? Kobieta! I to nie byle jaka! Katarzyna Karpa, wicemistrzyni Polski w maratonach i mistrzyni freaków! Lepiej nie mogliśmy wybrać, ona lepiej nie mogła trafić. I choć jeszcze pewnie nie raz usłyszę w naszym korpoświecie rzucone zza moich pleców „Kargooool, ale wy jesteście pojebani”, to jestem przekonany, że we czwórkę podbijemy świat! No, chyba, że nie podbijemy.

Dajcie mi mapę

Jak możecie wyczytać z chaosu, który znajduje się powyżej, są też rzeczy, których mi się chce. Na przykład bardzo bardzo chce mi się pobiegać z mapą po lesie. Niestety ciągle pojawia się coś, co mi takowe działanie uniemożliwia. W Śnieżnych Konwaliach start uniemożliwiła mi 39-stopniowa gorączka. Za trzy dni Włóczykij, ale w 90% jest to nawigacja nocą, a to mnie w ogóle nie kręci. Rajd Dolnego Sanu chyba nie współgra mi się z wolnymi terminami, szczególnie, że będzie on tydzień po Zimowym Ultramaratonie Karkonoskim. Tym bardziej nie współgra mi Złoto dla Zuchwałych, które to będzie na tydzień przed Półmaratonem Warszawskim. W weekend z połówką jest Róża Wiatrów. Tradycyjnie mam głupi pomysł, żeby w sobotę walnąć 50-tkę na orientację, a w niedzielę przyzającować na 2:00 w półmaratonie… Oczywiście wszyscy, na czele z moim lekarzem, wiedzą, że to pomysł bardzo poroniony. Czyżby w takim układzie mój pierwszy start w tym sezonie w PMnO miał być dopiero w kwietniu? Czy w kwietniu będę miał na to czas z racji różnych-zdarzeń-o-których-dowiecie-się-w-kwietniu? Miliony pytań bez odpowiedzi…

Co jest w końcu ważne

Trochę brakuje mi planu treningowego rozpisanego na kartce, przyklejonej do drzwi lodówki. Trochę brakuje mi korelacji rygor/progres, z którą to obcowałem bardzo blisko każdego sezonu. Z drugiej strony jednak myślę sobie, że gdybym teraz narzucił sobie jakiś kierat, to byłoby to jednak sprzeczne z tą częścią mnie, która odpowiada za czerpanie radości z biegania. Pomimo wspomnianej tęsknoty za szybkim rozwojem, za progresem okupionym krwią, bólem i potem, nie mam parcia, aby to wcielić w życie w czasie najbliższym.

foto: marcinkargol.pl

foto: marcinkargol.pl

Wolę czerpać tę radość z rzeczy trochę innych. Z tego, że mogę się umówić z kolegą Choińskim w Falenicy i że możemy pobiegać dwie godziny w nieznanym terenie, rozprawiając o różnych mniej lub bardziej poważnych sprawach; z tego, że będąc w rodzinnych stronach, mogę wyjść w niedzielę na wybieganie i skończyć je po 30 kilometrach przebiegniętych w średnim tempie 5 min/km; z tego, że mogę w ramach regeneracji lub też drugiego, wolniejszego treningu przebrać się ponownie w ciuchy biegowe i przeczłapać trochę kilometrów z Kasią. Małe szczęścia.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *