Izerska Wielka Wyrypa. Relacja. Część druga.

Autor: • 20 sierpnia 2012 • Blog, Góry, Mapa i Kompas, Relacje7 komentarzy2414

(zamieszczam raz jeszcze mapę z naniesionym trackiem mojego biegu – tym razem nie jest to skan mapy, a wzorcówka zamieszczona przez organizatorów – powinno być bardziej czytelnie)

[RELACJI CZĘŚĆ PIERWSZA]
Wróciłem asfaltowym odcinkiem do PK13. Tam czekał kolejny pić-stop przygotowany przez ogranizatorów. Skorzystałem bardzo intensywnie. Uszczupliłem też bufet o kilka wafelków, zjadając do tego połowę żelu energetycznego. Po dotychczasowym napieraniu miałem dość mocno przemoczone buty, więc wykorzystałem przerwę również na przebranie skarpetek na suche. Pogawędziłem jeszcze chwilę z przemiłymi paniami na punkcie i poleciałem w dalszą drogę. Źle zabrałem się do kolejnego punktu. Po pierwsze chwilę po wyjściu z PK13 wypieprzyłem się na prostej drodze, a po drugie, patrząc na mapę w tym momencie, stwierdzam, że wybrałem mniej wygodny wariant dolotu do PK11. Jedyny plus tego był taki, że przebiegając przez wieś, odwiedziłem sklep spożywczy, gdzie kupiłem zimną colę i napój energetyczny. Cola w korpus od razu, energetyk do plecaka, mapa w łapę i lecę dalej do PK11. Wygodniejszym rozwiązaniem był atak na ten punkt od południa, ja go chciałem podejść od północy. I owszem, podszedłem, znalazłem, jednak zajęło mi to na pewno parę minut i paręset metrów więcej, niżby to zajęło przy ataku od drugiej strony. Między PK11 a PK14 zacząłem odczuwać lekkie ssanie w żołądku, więc zjadłem też bułę. PK14, schowany za krzakami jeżyn, odnaleziony bez problemu. Po nim nastąpiła nieprzyjemna i męcząca wspinaczka gęsto porośniętą łąką do punktów odcinka specjalnego. Po dotarciu na wypłaszczenie od razu ruszyłem w stronę S3.

Jak szybko ruszyłem, tak szybko stanąłem, bo na mojej drodze pojawił się duży, czarny, ujadający pies. Organizatorzy ostrzegali nas przed tym bydlęciem. Nie było wyjścia – trzeba było odbić na południe i dojść do punktu na skróty, atakując go z innego miejsca, niż zakładałem. Po podbiciu S3 pobiegłem po poziomicy na zachód w stronę S2. Po chwili szukania i przy niewielkiej pomocowspółpracy z innymi zawodnikami punkt dał się odnaleźć, a ja mogłem ruszyć dalej w stronę S4. Kolejne punkty to była prosta sprawa. Najpierw przecinką do przepustu i strumienia, potem w las na kilkanaście metrów i jest S4. Potem na azymut na szczyt do PK18, a ze szczytu również ścieżką prosto w dół do ostatniego punktu OS-u, S1.

Mimo, że miałem w nogach koło 50 kilometrów, nie odczuwałem jakiegoś przesadnego zmęczenia. Nie zanosiło się też na żaden kryzys – ani psychiczny, ani fizyczny. Wiedziałem, że natłukę kilometrów więcej, niż ustawa przewiduje, ale łatwość nawigacji i brak kolosalnych wtop powodowały, że ciągle miałem lekkość pokonywania kolejnych metrów. Przy biegu do PK15 straciłem na moment koncentrację i na skrzyżowaniu szlaków skręciłem w prawo zamiast w lewo. Na szczęście po kilkuset metrach ocknąłem się, zawróciłem i bez problemu podbiłem ten punkt. Z PK15 zbiegłem szlakiem do miejscowości  z której odbiłem w stronę PK12. Dla niektórych ten punkt był podobno trudny do odnalezienia. Ja go na szczęście zaliczyłem niemalże w biegu, zmieniłem kierunek ze wschodniego na północny i poleciałem na azymut w dół w stronę kolejnego punktu. Najpierw lasem, później polem, ale dotarłem do asfaltowej drogi w miejsce w które dotrzeć chciałem. Za kolejnym polem czekała wąska asfaltowa droga, którą ominąłem wzniesienie, a na końcu której było gospodarstwo z którego to, przekraczając rzekę, zacząłem wspinać się pod PK7. Tamże znów pić-stop, znów wafelki, znów chwila wytchnienia i bardzo fajny stan: ciągle brak kryzysu, a do końca tylko 4 punkty. PK8 wydawał mi się niezwykle prosty. Oj, jakże się pomyliłem.Plan był następujący: dobiegam do rzeki, biegnę wzdłuż niej i wypatruję punktu opisanego jako „dołek na skarpie (południowy brzeg)”. Sprawa była dla mnie banalna – skarpa to jest ten element krajobrazu, który graniczy bezpośrednio z korytem rzeki. Biegnę więc, obserwuję mapę szukając miejsca, gdzie kończy się las a zaczyna łąka, a gdzie powinien być punkt. Biegnę i co widzę? Plecy Irka wybiegającego znad rzeki i pędzącego dalej! Podkręciło mnie to i zapragnąłem znaleźć ten punkt teraz, już, w tym momencie, a najlepiej zaraz obok mnie!!! Ale punktu nie było na skarpie. Przeprawiłem się więc na drugą stronę (mokrą stopą, bo suchą nie było możliwości). Widzę wydeptane ślady. Biegnę nimi w jedną stronę, ale się urywają. Biegnę w drugą, ale dobiegam do strumienia, który jest kilkadziesiąt metrów od punktu wg mapy. Dupa, dupa, dupa! Wracam, szukam w okolicach koryta. Gdzieś tu musi być. Ale nie ma. Przeprawiam się znowu. Znów biegnę tam i z powrotem północną stroną, wypatrując lampionu. A czas leci. Punktu brak. Zaczynam się denerwować bardziej, niż bardzo. Wracam na właściwą stronę rzeki. Staję w miejscu, gdzie wg mapy lampion musi wisieć. Obchodzę to miejsce szerokim kołem. I co? I jest. Jakieś 30 metrów od rzeki. Owszem, w dołku, ale moim zdaniem skarpa to to nie była. Tak czy siak ponad 20 minut w plecy. Cała motywacja, całe pozytywne nakręcenie w dużej mierze poszło w pizdu. Byłem przekonany, że w tym momencie wylądowałem gdzieś w połowie stawki.

Nic to, trzeba było biec dalej. Najpierw wzdłuż strumienia, potem miejscowością, a z niej – znów obok jakiegoś dzikiego psa – kierunek wschód w stronę PK6. Punkt łatwy do znalezienia. Po krótkiej wspinaczce nasłonecznionym polem wbiłem się w las, pod koniec którego miał stać lampion. Karta podbita i co dalej? Kusi wariant ścieżkami między polami, tyle że jest on nieco na okrętkę. Poza tym jak walczyć, to do samego końca. Kierunek: skraj lasu po drugiej stronie pola i jazda po linii prostej. Stamtąd wygodną ścieżką w dół do torów kolejowych. Za torami odbicie w lewo i zbieg do PK5, ukrytego w kępie drzew. Punkt zaliczony w biegu. I jeszcze tylko jeden do końca. Z mapy wynikało, że przez pole, które ukazało się po mojej prawicy, przebiega ścieżka, która podprowadzi mnie niemalże pod sam wąwóz, w którym ukryty był PK3. Biegłem asfaltową drogą na obrzeżu tego pola. Biegłem w pełnym słońcu, wypatrując jakiejkolwiek ścieżki. Biegłem, aż w końcu dobiegłem pod jakieś budynki do których – jak się okazało po znalezieniu w sobie resztek sił na koncetrację i spojrzeniu na mapę – nie powinienem w ogóle dobiec. Mało tego, nie powinienem mieć ich nawet w polu widzenia. Czyli znowu czas i dystans w dupę. Kompas, mapa, koncetracja, widzę drzewa, widzę las, widzę ścieżkę, obieram kierunek NE i człapię przez pole do wąwozu.

Liczyłem, że wąwóz będzie przebieżny i jego dnem przejdę w okolice punktu. Nie był. Najpierw wypierniczyłem się w pokrzywy niewiele niższe ode mnie. Następnie przedzierałem się przez takie gęstwiny, że zawodnik z którym spotkałem się przy lampionie stwierdził, że myślał, że to jakieś dziki w tym lasku łażą. Podbiliśmy karty i wspólnie udaliśmy się w stronę mety. Tym zawodnikiem okazał się znany w środowisku Staszek Kaczmarek, którego pozdrawiam i dziękuję za wtrakciebiegowe pogaduchy. Trochę szybkim marszem, trochę biegiem dotarliśmy do asfaltu, którym to polecieliśmy prosto do mety. W bazie zawodów zameldowaliśmy się wspólnie i wspólnie zajęliśmy – ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu – 24. miejsce, co jak na profil trasy, czas na niej spędzony i to, że jednak były to Mistrzostwa Polski na tym dystansie, napawa mnie wielką radością i sprawia, że chcę, kurde, jeszcze!

Podsumowując: wariant optymalny trasy, to około 50 kilometrów – ja nabiegałem 65; zwycięzcy (bo jest czterech mistrzów Polski – przybiegli na metę wspólnie) pokonali trasę w 7h34m, mnie zajęło to 9h27m; obyło się bez gigantycznych wtop nawigacyjnych (za wyjątkiem problemów z odnalezieniem PK8); nie przeżywałem kryzysów takich, jak podczas Rudawskiej Wyrypy; obyło się również bez problemów ze stopami; wszystko poszło tak, jak pójść powinno i w tym optymistycznym nastroju wyczekuję Biegu 7 Dolin i beskidzkich 100 kilometrów, które mam zamiar połknąć jak młody pelikan.

Podobne wpisy

7 Odpowiedzi na Izerska Wielka Wyrypa. Relacja. Część druga.

  1. Krasus napisał(a):

    Z tą ósemką nie było łatwo, to IMHO jedyna wtopa organizatorów. Nas było tam z 6 osób i też nie mogliśmy znaleźć, bo szukaliśmy na skarpie, a ni chu-chu na skarpie to on nie był…

    Tak czy siak gratuluję wyniku i wytrzymałości. Gdybyś nie ponadkładał kilometrów, byłbyś na luzaku przed nami!

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Dzięki, Marcinie. Planuję jeszcze tej jesieni wystartować gdzieś, gdzie będą mniejsze przewyższenia i celuję w Jesiennego Tułacza. Tam bym sobie sezon zakończył 🙂

  2. Hankaskakanka napisał(a):

    Tak sobie patrzę na tę mapę, czytam i myślę, że pewnie nadłożyłabym drugie 50 km, zahaczając o Szklarską, Karpacz i Jelenią Górę 🙂

  3. wrozbieg napisał(a):

    Marcin – z Jesiennym Tułaczem, to jeszcze przemyśl. Nie, żebym odradzał, bo imprezę bardzo lubię, ale tam jest „nawigacja, nawigacja, nawigacja”. ogólnie mniej biegowa impreza, za to trzeba być trzeźwo myślącym przez cały czas, a o 3:00 am nie zawsze się udaje 😉

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Wiesz, wychodzę z założenia, że jeśli mam się uczyć BnO, to nie mam co kombinować i szukać łatwych imprez. Gdyby tak było, to pewnie w RW i IWW bym nie wystartował:)
      Własnoręcznie chcę sprawdzić, jak jest z moją trzeźwością umysłu w środku nocy w środku lasu 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *