Izerska Wielka Wyrypa. Relacja. Część pierwsza.

Autor: • 19 sierpnia 2012 • Blog, Góry, Mapa i Kompas, Relacje9 komentarzy3155

Wczesną wiosną tego tego roku zaklinałem się na Boga, że nie wystartuję w tym roku w żadnym biegu na orientację. Nie i już. Nie interesuje mnie to, nie lubię krzaków i lasów, tam są pająki, nie ma asfaltu, brudzi się człowiek i w ogóle co to za radość latać z mapą i kompasem. Tak mówiłem. Przestałem tak mówić, kiedy Borman stwierdził, że jedziemy razem na Rudawską Wyrypę. Wcześniej raz czy dwa polatałem z nim i samemu po okolicznych lasach, ucząc się podstaw nawigacji i tego, że czerwone to południe północ. Poszło nam nadzwyczaj dobrze (Borman pewnie stwierdzi, że poszło tak, jak miało pójść) i zajęliśmy 14 miejsce. A ja się podjarałem i stwiedziłem, że chcę jeszcze! Od pierwszego wejrzenia pokochałem krew na łydkach od jeżyn i innego dziadostwa…

Szykując się do Biegu 7 Dolin (który już za trzy tygodnie!), układałem kalendarz startów tak, żeby każdy z nich niósł ze sobą jakąś wartość treningową. Bieg Rzeźnika miał być pierwszą lekcją: biegania po górach, pokory przed dystansem ultra i walki ze stanami człowieka, jakich wcześniej nie doświadczałem. Maraton Gór Stołowych był kolejnym górskim przetarciem. Maraton Karkonoski, to także kolejna górska lekcja, ale także sprawdzenie tego, na co mnie stać – treningowy bieg i miejsce w pierwszej 1/4 stawki. Wiedziałem, że jest dobrze. Izerska Wielka Wyrypa doskonale wpasowywała się do mojego kalendarza. Raz, że długie wybieganie. Dwa, że góry. Trzy, że wiele godzin wysiłku (gdzie jeszcze więcej czeka mnie w Krynicy). Cztery, że jechałem tam bez Bormana – byłem zdany tylko na siebie, kompas i mapę. Do Barcinka, gdzie mieściła się baza zawodów, jechałem jednak z nastawieniem walki o pierwszą dwudziestkę. No, bo dlaczego nie? Czułem w kościach, że jestem w stanie osiągnąć taki wynik. Wynik, który w kontekście tego, że były to Mistrzostwa Polski w Pieszych Maratonach na Orientację, zadowalałby mnie bardzo mocno.

Punktualnie o 5:30 zadzwonił budzik, którego dźwięk wrzynał się w mózg mimo tego, że dostępu do wnętrza mojej głowy chroniły stopery, bez których na spanie w salach z innymi biegaczami się nie ruszam. Przez okna wpadał już poranny brzask. Mgła, bezchmurne niebo i poranny chłód – idealny przedstartowy poranek. Szybkie śniadanie, pakowanie plecaka i można było wyjść na odprawę. Po odprawie jeszcze sweet focia z moją zacną koleżanką, Kasią (wszyscy moi znajomi są zacni), ostatnie nawodnienie, ostatnie odwodnienie (if You know what I mean) i o 7 rano ponad dwustu zawodników wystartowało na trasę Izerskiej Wielkiej Wyrypy.

Pierwsze 1,5 km to bieg za samochodem organizatora do punktu w którym czekały na nas mapy. Dopiero od tego momentu rozpoczął się bieg na orientację. Kolejność zaliczania punktów nie była narzucona, jednak tylko jeden wariant pozwalał pokonać ok. 50 kilometrów. Zdradzę od razu, że nie udało mi się trafić z wariantem, skutkiem czego natłukłem tych kilometrów znacznie więcej. Z punktu gdzie czekały na nas mapy można było rozpocząć zaliczanie PK od wschodu lub zachodu. Ja wybrałem wariant zachodni. Jeszcze przez moment towarzyszyła mi Kasia, jednak wolała bardziej rekreacyjne tempo (albo miała dość mojego towarzystwa) i została z tyłu. Ja natomiast poleciałem na swój pierwszy w pełni samodzielny bieg na orientację.

Rozpocząłem od PK2. Prowadziła do niego nieskomplikowana ścieżka między polami. Mnie oraz zawodnikowi przede mną wydawało się, że owa ścieżka w pewnym momencie zboczyła na lewo, a my zostaliśmy na innej drodze, w związku z czym zaczęliśmy ciąć przez pole na azymut w stronę punktu. Jak się okazało zupełnie niepotrzebnie. No nic, pierwsze koty za płoty. PK2 zaliczony, biegniemy w stronę PK1. Znów chciałem sobie ułatwić i zamiast biec wariantem po ścieżce, poleciałem przez zbocze wzniesienia. Nie straciłem nic, a zyskałem parę litrów wody z porannej rosy w butach i skarpetkach. Przelot do kolejnego punktu był momentem, kiedy to zacząłem mówić sam do siebie „skup się, chłopie! stej fokus, kurwa!!!”. Bieg na azymut do miejscowości. Bieg przez pastwiska z pastuchami, biodegradowalnymi pozostałościami po krowach i dziurami do kostek. Bliski byłem powykręcania nóg, czy upadku. Ale doleciałem. I wziąłem się w garść. Pod PK4 doleciałem bez problemu. Chwila szukania lampionu na ogrodzeniu, podbiłem i w ciągu chwili musiałem podjąć decyzję, który punkt będę atakował jako kolejny. Ku mojej późniejszej rozpaczy padło na PK9. Obrałem prosty wariant – podbiec pod wzniesienie, a jeśli będzie przebieżnie, atakuję szczyt na azymut. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. I to była dobra decyzja. Bez większych problemów znalazłem lampion i poleciałem szybko do PK10. Nie leciałem jednak na przestrzał, tylko zbiegałem szlakiem – stwierdziłem, że zajmie mi to mniej czasu i mniej się zmęczę. Faktycznie, na dole byłem szybciej niż ci, którzy podbijali punkt razem ze mną. Na dole spotkałem też Irka, z którym później mijałem się wielokrotnie. Wspólnie dotarliśmy do PK10, rozmawiając sobie o tym i o tamtym. Po podbiciu punktu Irek wyskoczył na kilkadziesiąt metrów do przodu. Z jednej strony chciałem się go uczepić, bo kolejny punkt, PK17, nie miał (przynajmniej dla mnie) bardzo oczywistego wariantu dojścia do niego. Stwierdziłem jednak, że nie ma co się ścigać, a ze znalezieniem punktu i drogi dotarcia do niego poradzę sobie sam.

Długim asfaltowym zbiegiem dotarłem do ściany lasu, gdzie kilkadziesiąt metrów wyżej znajdował się PK. Myślałem o pójściu na łatwiznę i dotarciu tam trawersującym szlakiem. Nie skorzystałem jednak z tej możliwości – w dogodnym miejscu wbiłem się w las i kierowałem się do góry zgodnie ze wskazaniami kompasu. Gałęzie, paprocie, konary, krzaki, bardzo nieprzebieżnie. Ale naginam w górę i korzystając z wolnego tempa, zjadam drugie śniadanie. Przecinam szlak, trawersujący wzniesienie i wspinam się dalej. Znowu przedzieram się przez drzewostan, krzakostan i paprociostan. I docieram do szlaku. Czyli jest dobrze. Następna powinna być przecinka, którą dotrę do punktu. Więc idę. Pojawia się podmokły teren, suchą stopą nie wyjdę z tego miejsca. Ale to nie jest ważne – liczy się przecinka, której nie mogę znaleźć. Już chciałem wypowiedzieć parę gorzkich słów, kiedy oto się pojawia ona – zarośnięta trawą, niewydeptana i z ledwością zauważalna ścieżka, która na mapie robi zupełnie inne wrażenie. Kilkadziesiąt metrów dalej podbijam PK17 i mogę zbiegać na dół do PK20. Tyle, że zbiegać, to zbyt dużo powiedziane. Albo ja byłem ślepy i nie widziałem żadnej ścieżki prowadzącej w dół, albo jedyną drogą, jaką można było się dostać do kolejnego punktu, było schodzenie korytem strumienia, co też uczyniłem, bo dlaczego miałbym tego nie uczynić? Trochę kocich ruchów zapobiegających połamaniu nóg na śliskich kamieniach i byłem już na dole przy kolejnym punkcie.Tutaj mały pić-stop. Woda, banany, wafelki. Parę głębokich wdechów i obieramy kierunek na PK19. Prosta sprawa – szczyt, a na nim ogrodzenie. A dotarcie tam to bieg szerokim, utwardzonym szlakiem. Niedaleko punktu spotkałem zawodnika, który też do niego zmierzał. Szybko zlokalizowaliśmy nasz cel i rozstaliśmy się, życząc sobie powodzenia. Kolejny punkt do zaliczenia, to PK22. Prosta sprawa – hurrrrrrrrrra w dół, hyc przez strumień (pamiętajcie drogie dzieci – zawsze przyglądajcie się mapie, bo może się okazać, że 50 metrów od miejsca w którym człapiecie po wodzie, stoi solidny, drewniany most!), następnie leśną drogą do momentu w którym uznam, że to „już”, po czym wspinaczka na azymut przez las przez kilkadziesiąt metrów. Później wystarczyło szybko odnaleźć małą polanę z amboną. A z tej polany wejść w przecinkę prowadzącą pod sam PK. Lekko, łatwo i przyjemnie.

W tym momencie miałem za sobą nieco ponad 3 godziny tułaczki i 25 kilometrów w nogach. Słońce było już wysoko, temperatura również, pot lał się strumieniami, lecz mimo to wszystko wydawało się niezwykle proste i nie widziałem nawet możliwości popełnienia jakiegokolwiek błędu. Tym bardziej, że w drodze do PK21 nabrałem sił widząc, że inni mają ich mniej. Ja miałem z górki, mijani zawodnicy pod górkę. Ja biegłem, oni się wspinali. Nie wiedziałem jednak wtedy, że mijany przeze mnie Krasus, skończy kilkanaście miejsc wyżej ode mnie. Tak czy siak obrałem korzystny wariant dolotu do PK21. Skrzyżowanie ścieżki i strumienia. Zaatakowałem punkt od góry, przy okazji napotykając na Irka i paru innych napieraczy. Znaleźliśmy punkt i każdy poleciał w swoją stronę. Następny punkt był również niespecjalnie wymagający. Łatwy wariant dotarcia do niego i bardzo fajne umiejscowienie (wyspa na rzece) sprawiły, że ten fragment trasy wspominam bardzo miło. Kilkadziesiąt metrów przed PK23 znów trafiliśmy na siebie z Irkiem. Wspólnie podbiliśmy ten punkt i wspólnie polecieliśmy do PK16. Na podejściu w lesie Irek znów wyskoczył kilkadziesiąt metrów przede mnie. Dogoniłem go na rozwidleniu szlaków. Irek postanowił zaatakować punkt od wschodu, ja od zachodu.

I to byłaby zajebista decyzja – bo punkt namierzyłem bezbłędnie i pojawiłem się na nim o dobrych parę minut szybciej – gdyby nie pierwsza nawigacyjna wtopa sobotniego przedpołudnia. Z PK16 do PK13 chciałem się dostać następująco: zbiec w dół do przecinki, a następnie z niej polecieć na północ polem do punktu. I zbiegłem, owszem. Ale zbiegłem za daleko. Ominąłem w jakiś sposób przecinkę i dotarłem do szutrowej drogi, którą to doleciałem do drogi asfaltowej, a na skrzyżowaniu których włączyła mi się czerwona lampka. No i ponad kilometr w plecy. Cofając się do punktu minąłem się z Irkiem. „Jak Ty to zrobiłeś” zapytał. Teraz mogę odpowiedzieć: fiołkowego pojęcia nie mam…

[PRZEJDŹ DO CZĘŚCI DRUGIEJ]

Podobne wpisy

9 Odpowiedzi na Izerska Wielka Wyrypa. Relacja. Część pierwsza.

  1. Bo napisał(a):

    Ja rozumiem don’t stop him now, atakowanie i zaliczanie punktów, azymuty jakieś oraz ściganie się z Irkiem, Krasusem i innymi Wyrypańcami. Ale żeby to wszystko tak spamiętać? I opisać? Niepojęte…

  2. Krasus napisał(a):

    Marcin, jak rozumiem to Twój przebieg naniesiony na mapie, ale jak to naniosłeś, że są różne kolory, co one oznaczają?

    • Marcin Kargol napisał(a):

      To naniósł program na podstawie tracka z garmina.
      Program QuickRoute. Wgrywasz mapę + tracak, potem dopasowujesz ręcznie tracka do mapy (proporcje, dokładne naniesienie na ścieżki i przecinki itp.), a następnie eksport do .jpg i tadammm! Kolory natomiast to jest tempo. Zielony=szybko, czerwony=wolno, gdzie szybko/wolno to przedziały czasowe, które sam definiujesz w programie.

    • Krasus napisał(a):

      Wow, dobre. Dzięki, jak znajdę chwilę to się pobawię:)

  3. Hankaskakanka napisał(a):

    Ale relacja! Czekam na c.d. 🙂

  4. wrozbieg napisał(a):

    „Irek postanowił zaatakować punkt od wschodu, ja od zachodu. I to byłaby zajebista decyzja – bo punkt namierzyłem bezbłędnie i pojawiłem się na nim o dobrych parę minut szybciej” – Nic dziwnego – siedziałem i czyściłem buta z syfu który się napatoczył w międzyczasie. droga którą wybrałem prowadziła niemal idealnie na punkt i nie dokładała przewyższeń 😉

    Ale przyznaję, sporo przelotów wybierałeś bardziej optymalnie ode mnie 🙂

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Hah, to coś Ty po drodze napotkał, że buty czyścić musiałeś? W ogóle to z chęcią bym zobaczył Twojego tracka z tego biegu – jestem ciekaw, jakie wybierałeś warianty.

  5. […] Mój pierwszy start był w 2012 roku. Barcinek koło Jeleniej Góry. Pojechałem na te zawody razem z najlepszą-narzeczoną-świata, niewiedząc wówczas, że Kasia tą narzeczoną się stanie. To był mój drugi start w 50-kilometrowych zawodach na orientację, a pierwszy samodzielny. Do tego w ramach IWW 2012 rozgrywane były Mistrzostwa Polski na dystansie 50 kilometrów. Wspominam te zawody z wielkim uśmiechem, a z zajętego 24. miejsca cieszyłem się ogromnie. […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *