Izerska Wielka Wyrypa 2014. Relacja.

Autor: • 29 sierpnia 2014 • Blog, Mapa i Kompas, Relacje3 komentarze2597

Uciekam jak najdalej. Mijani przed momentem zawodnicy powiedzieli mi, że nie było przede mną żadnego zawodnika. Wiem, że Mariusz Plesiński jest kawałek przede mną – zdziwiłbym się, gdyby było inaczej. Ale że nie ma przede mną Tomka Marciniaka? Przecież dopadł mnie kilometr wcześniej na PK7, na którym dałem dupy po całości. Nie wiem. Uciekam. Nakurwiam, mimo, że pod górkę. Wiem, że jest dobrze. Krąży we mnie prymitywna radość tylko z tego, że jestem w ruchu, że napieram, że uda pieką, a ja daję z siebie 100%…

Wyryp się w Izerach

Izerska Wielka Wyrypa jest jedną z tych imprez, w których startowałbym nawet wtedy, gdybym poszedł na wojnę i wrócił bez rąk i nóg. Choćbym miał się turlać, to i tak przyjechałbym na te zawody. Mają wszystko – świetne trasy, jeszcze lepszą organizację, wybitny w tym roku makaron oraz coś, co jest najważniejsze – klimat. Niesamowita, zajebista, fantastyczna atmosfera. Nie ma w tej atmosferze ani grama rywalizacji, zawiści, chęci pokazania kto jest lepszy. Nic a nic. Klimat na IWW, to doskonała mieszanka radości, endorfin, przyjaźni i niedefiniowalnych pierwiastków, które dodaje każdy, kto się tam pojawi.

Z IWW miałem rachunki do wyrównania. W zeszłym roku zszedłem z trasy. Upał mnie rozpieprzył wówczas sakramencko. W tym roku upału nie było. W tym roku nie startowałem też na trasie TP50. Świadom swojej formy, wystartowałem – podobnie jak w Rajdzie Konwalii – na trasie krótszej. W przypadku IWW była to trasa TP25. Wiedziałem, że zabawa będzie przednia, bo na liście startowej nie brakowało gwiazd światowego orienteeringu. Był Mariusz Plesiński, był Borman, byli Grzesiek Łuczko i Łukasz „Bela” Belowski… Jednym słowem: było z kim nakurwiać i przed kim uciekać.

Krótka relacja, gdyż…

Zostaliśmy wywiezieni na start. Krótka odprawa, odliczanie i ruszyliśmy do przodu. 9 punktów kontrolnych przed nami. Do pierwszego, PK3, lecieliśmy zwartą grupą pod wezwaniem. Skład niemalże taki, jak wymieniłem wyżej. Zaczęliśmy go szukać nieco zbyt wcześnie, na co zwrócił uwagę Mariusz. Towarzystwo poleciało we właściwe miejsce, a ja musiałem skoczyć na chwilę na bok. Z naturą nie wygrasz, if You know what I mean. Kiedy wróciłem na trasę, przede mną było paręnaście osób. Po znalezieniu PK3 przestawiłem się w tryb ‚Race’.

To tylko 25 kilometrów, więc wymyśliłem sobie prosty plan. Nakurwiam dopóty, dopóki będę miał siłę. PK1 jako następny. Dopadam do niego bez problemu i zastanowienia. Mijam się koło niego z Sebastianem Grodeckim. To istotne. Borman, Mariusz i cała reszta zapewne już mocno z przodu. Ale gonię. PK2 jako następny. Blisko i szybko. Jebs, jebs i podbity. Ogień z dupy i jazda do przodu. Niedługo potem wyprzedzam Tomka Marciniaka. Zaczynam podejrzewać, że biegnę odrobinę za szybko. PK4 położony na szczycie wzniesienia pokrytego gęstym lasem. Ścieżki nie pomagają. Walę na krechę, raz się żyje. Przewalam się przez krzaczory, iglaki i cholernie bujną trawę. Wszystko pod górkę. Po paru minutach wypadam w miejscu, które obrałem sobie za cel. Kolejnych parę minut i jestem na punkcie kontrolnym. Szybkie pytanie do obsługi który jestem. Drugi!

Nooo, to teraz dopiero ogień z dupy. Nie po to, żeby gonić Mariusza, ale po to, żeby uciec przed całą resztą. Punkty PK5, PK7 i PK6 położone bardzo blisko siebie. Oczywista kolejność jest taka, żeby PK6 zaliczyć na samym końcu. Wykonuję – co się okazało na mecie – fantastyczny manewr taktyczny i zaliczam PK6 jako pierwszy z tej trójki. Kosztowało mnie to na tamten moment jakieś 5 minut straty. PK5 jako następny. Wbiegam w ścieżkę, ale ona mi nie gra. Skręca na wschód, jeziora nie widzę. Myślę, kombinuję. Jestem z drugiej strony. Lecę dalej, obiegam jezioro (czyli jezioro zostało przeze mnie…?). Z jego brzegu wspinam się na kilkumetrową skarpę, Po minucie znajduję lampion. Spadam ze skarpy i gonię dalej. PK7 jest blisko i nie powinno być problemu z jego zaliczeniem. Nie powinno, a jednak był. Źle się namierzyłem, trafiłem nie w tę przecinkę i zaliczyłem lekki kosmos. Widok wybiegającego z lasu Tomka Marciniaka naprowadził mnie na to, gdzie jest lampion. Kurwa.

Zaczęło lać. Deszcz, zaparowane okulary, stracona dobra pozycja, środek lasu. Great situation, bitch. Po raz kolejny ogień z dupy. Mogę ze spokojem (o ile można mówić w takiej sytuacji o spokoju) myśleć o PK8. Szóstkę już mam. Przelatuję jakieś 100 metrów od niej, wypadam na asfalt i nakurwiam. Uciekam jak najdalej. Mijani przed momentem zawodnicy powiedzieli mi, że nie widzieli przede mną żadnego zawodnika. Wiem, że Mariusz Plesiński jest kawalek przede mną – zdziwiłbym się, gdyby było inaczej. Ale że nie ma przede mną Tomka Marciniaka? Przecież dopadł mnie kilometr wcześniej. Nie wiem. Uciekam. Nakurwiam, mimo, że pod górkę. Wiem, że jest dobrze. Krąży we mnie prymitywna radość tylko z tego, że jestem w ruchu, że napieram, że uda pieką, a ja daję z siebie 100%…

PK8 wchodzi bez historii. Ze ścieżki namierzam się na wzniesienie, zabieram co moje i wylatuję w stronę ostatniego punktu. Dużo biegu, mniej nawigacji. Czuję, że jestem nieco zmęczony, ale nogi podają. Biegnę mocno i szybko. To już nie jest pięćdziesięciokilometrowa rekreacja. To jest walka na krótkim dystansie. Nie wiem, czy jestem wilkiem, czy ofiarą. Nie wiem,czy bardziej gonię, czy bardziej uciekam. Gnam, pędzony instynktem. A instynkt od samego początku mówił mi, że będzie dobrze.

Punkt jest bardzo blisko. Skraj lasu widać z daleka. Krecha. Chcę na krechę. Wbiegam na pole. Nie widzę tego, co jest przede mną, bo jest pod górkę. Dobiegam na wypłaszczenie. Kukurydza. Kurwa. Nie chcę na krechę. Wracam na asfalt, dokładam kilkaset metrów. Oglądam się za siebie. Nikogo. Przede mną też pusto. Lecę wzdłuż ściany lasu, zgarniam punkt, redukuję bieg i lecę w stronę  mety. Magia finiszu przyciąga. Magia wizji dobrego miejsca też. Wpadam do bazy. Czas stop. Równe 25 kilometrów w 2:29. Jest dobrze. 2 miejsce i strata tylko 8 minut do Mariusza Plesińskiego. Trzy minuty po mnie wpada Sebastian Grodecki. Dziewięć minut po mnie wpada Tomek Marciniak. Pięć minut po nim Grzesiek z Łukaszem. Ależ to był wyścig!

A żeby zobaczyć tracka, musisz kilknąć TUTAJ 🙂

…nie miejsce i nie puchar są najważniejsze

Nie jest istotne to, czy kończy się z pucharem, którego zazdroszczą ci Krasus i Borman. Nie jest istotne to, czy na metę się wchodzi, wbiega czy wczołguje. Nie jest istotne to, jakie cyfry wyświetla twój zegarek. To są tylko dodatki. Nic nie warte dodatki. Istotni są ludzie. Istotne jest to, co przeżywasz, zasiadając na jednym tarasie z niesamowitymi osobami, wpatrując się w majaczący na bliskim horyzoncie Stóg Izerski. Ważne jest to, że siedząc na tym tarasie możesz w jednej chwili czekać z niecierpliwością na to, aż pojawią się kozy-zombie, ale w drugiej możesz rozmawiać o najważniejszych sprawach w twoim życiu.

Bo czy my jesteśmy uzależnieni tylko od biegania? Nie. Przynajmniej nie ja. Czym byłoby bieganie samo w sobie, gdyby nie to, co się z nim wiąże? Smiem twierdzić, że bardziej cierpiałbym ze straty tej całej personalno-wydarzeniowej otoczki, niż ze straty możliwości biegania.

Niedawno powiedziałem komuś, że życie to suma przypadków. Niejednokrotnie te przypadki układają się w cholernie niewiarygodne równanie. Gdybym pięć lat temu nie zdecydował się na to, żeby wyjść na swój pierwszy trening, to nigdy nie trafiłbym w to miejsce, w którym jestem teraz. Dosłownie i w przenośni. Miejsce, w którym są ludzie, budzący wielkie emocje. Ludzie, którym chce się być, którym chce się żyć. Ludzie, którzy dzielą się ze światem wszystkim, co mają. Jestem wśród tych ludzi. Wolę siedzieć kilka godzin na szkolnych krzesełkach przed bazą, czekając na nich wszystkich, niż wracać do domu. Siedzę na tych krzesłach z kolesiem, któzy przejechał 100 kilometrów tylko po to, żeby się z nami spotkać, pogadać, zjeść pizzę, wypić piwo i dodać od siebie niepowtarzalny pierwiastek.

Wolę po zawodach pojechać z do Magicznego Domu tych Magicznych Ludzi. A może nawet nie ‚wolę’, bo to może skojarzyć się z wyborem mniejszego zła. Chcę! Chcę czerpać te chwile pełnymi garściami. Zachłystywać się nimi tak, jakby coś takiego miało mnie już nigdy nie spotkać. Wiem, brzmi to patetycznie. Ale mimo tego patosu, to jest to – cytując Krasusa – poezja. Są pewne rzeczy niedefiniowalne. One się po prostu dzieją i samym swoim jestestwem dają znać, że to już. Że to wielkie „coś” właśnie się odbywa. Tego też doświadczyłem dwa tygodnie temu. Efekt motyla zadziałał. Skrzydła poruszone pięć lat temu spowodowały, że teraz znalazłem się w świecie ogarniętym przez tsunami niesamowitych zdarzeń i emocji. W poprzednią sobotę topiłem się w tym i do dziś żal mi dupę ściska, że trwało to tak krótko. 


Podobne wpisy

Jedna odpowiedź na Izerska Wielka Wyrypa 2014. Relacja.

  1. eryk napisał(a):

    Gratuluję 2 miejsca. Super relacja! 🙂

  2. […] 29 sierpnia 2014 | Izerska Wielka Wyrypa 2014. Relacja. […]

  3. […] Odegrałem się w roku 2014. Lubań. Fakt, że to była trasa o długości tylko 25 kilometrów, ale ten start uważam za jeden z lepszych. Pojechałem do Lubania po to, żeby być na podium. Zapierniczałem, ile tylko sił miałem w nogach i udało mi się przegrać tylko o kilka minut z Mariuszem Plesińskim, dzięki czemu zająłem 2. miejsce. A po biegu spędziłem fantastyczny czas w Magicznym Domku w towarzystwie fantastycznych ludzi, psa oraz kóz zombie… […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *