IX Nawigator. Relacja.

Autor: • 11 czerwca 2014 • Blog, Mapa i Kompas, RelacjeKomentarzy (1)1667

Gdybym był Krasusem, to bym wygrał to ta relacja nosiłaby tytuł „Ten, w którym się wstydzę”. Albo „Ten, w którym dałem dupy po całości”. Lub też „Ten, kiedy przegrywasz pudło na własne życzenie”. Mógłbym tak wymieniać w nieskończoność. Niech to, co przeczytacie poniżej, będzie pomocne dla tych, którzy w przyszłości będą chcieli spróbować swoich sił w nawigacji. Niech to będzie też coś, do czego sam będę mógł wracać przed każdym pucharowym startem po to, żeby przypominać sobie jakich błędów nie popełniać.

Grunt, to dobry początek

IX edycja rajdu Nawigator odbyła się w Mińsku Mazowiecki. Mieścinka kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy. Start w sobotę o 9 rano. Te informacje są istotne z tego względu, że mieszkam jakieś 500 kilometrów dalej, a pracę skończyłem w piątek o 17. Nie przeszkodziło mi to jednak w tym, żeby przy użyciu jednego samochodu i dwóch pociągów, zameldować się w bazie zawodów po 1 w nocy.

Wiedziałem, że nie będzie łatwo. Upał miał nas niszczyć od samego rana. Dodatkowo obawiałem się komarów. – REKLAMA! Komary skutecznie odstraszył jeden ze środków marki OFF! PO REKLAMIE! – Mimo, że nie miałem żadnych oczekiwań (ciągle wychodzę z takiego założenia), to po cichu myślałem o powtórzeniu wyniku z Harpagana-45. Czułem w kościach, że jest co całkiem możliwe. Pomimo tego, że nie realizuję żadnego konkretnego planu treningowego, to z formą nie jestem w czarnej dupie, a i wspomnienie dobrej nawigacji z Róży Wiatrów sprawiało, że gdzieś tam w człowieku rosła nadzieja na „coś”.

Punktualnie o 9 rano kilkudziesięciu zawodników ruszyło na pięćdziesięciokilometrową trasę w poszukiwaniu 20 punktów kontrolnych. Pierwsze 6 punktów znajdowało się na odcinku specjalnym, który rozgrywany był na sportowej mapie i był scorelaufem (czyli punkty można było podbijać w dowolnej kolejności). PK były poustawiane tak, że kolejność ich zaliczania nasuwała się sama i 80% zawodników czyniło to tak samo. Pierwsze pięć punktów weszło jak w masełko. Tasowaliśmy się w parę osób, wyprzedzając się co jakiś czas na zmianę. Przy dolocie do PK6 nieco się zamotaliśmy wspólnie z kolegą Rafałem, którego poznałem punkt wcześniej. Wlecieliśmy nie w tę przecinkę w którą powinniśmy, a w rezultacie dołożyliśmy sobie paręset metrów. Do przeżycia. Z OS-u wylecieliśmy po ponad 40 minutach. Również do przeżycia.

fot. Kasia Karpa

fot. Kasia Karpa

PK7 i PK8 również zaliczyliśmy tą samą grupą. Trochę mnie martwiło to, że w 1/4 trasy nie uciekłem jeszcze Kasi Karpie i jej psu (nie, że Kasia jest taka słaba – zajęła 3 miejsce w kategorii kobiet). Świadomie jednak nie szarpałem tempa i nie cisnąłem tak, jak zawsze. Upał był nie do zniesienia od samego startu. Po zaliczeniu PK8 postanowiłem nieco uciec towarzystwu. Razem ze mną uciekał Rafał. Wypracowaliśmy sobie parę minut przewagi i… straciliśmy ją na PK9. Przez kilkanaście minut szukaliśmy punktu tam, gdzie go być nie powinno. Towarzystwo nas doleciało i po krótkiej burzy mózgów znaleźliśmy PK9. PK10 również nie dał mi szansy na ucieczkę. Po jego zaliczeniu z Rafałem, Kasią, kolegą Kasi (Krzyśkiem, o ile mnie moja słaba pamięć nie myli), oraz Panem Psem wyskoczyliśmy na drogę do PK11. Długa prosta. Idealny odcinek dla łydkowca. Kurde, jak nie teraz, to kiedy? Trzymałem tempo po ok 5:10/km i stopniowo oddalałem się od reszty. Błyskawicznie zaliczyłem PK11 i szybko uciekłem w stronę PK12. Między tymi punktami moja przewaga na ogonem wynosiła już kilkanaście minut. Zaczęło się robić dobrze.

Ładnie żarło, szybko zdechło

Wbiegam do lasu. Docieram do skrzyżowania. Wszystko się zgadza. Odmierzam metry. Zbiegam z drogi. Po niedługim czasie wpadam idealnie na punkt. Wszedł jak w masełko. Zaczynam gonić dalej i… wpadam na Edka Fudrę, który nie może znaleźć PK12. Edek, jeden z najlepszych nawigatorów, jakich znam. I ja jestem przed nim. Mówię mu gdzie powiniem szukać punktu i spieprzam stamtąd. Wiedziałem, że muszę trzymać tempo, bo jeszcze wszystko się może zmienić. I się zmieniło.

Wpadłem na drogę krajową nr 50. Gorąco jak w piekle. Setki samochodów dookoła. Ani grama cienia. A na moim zegarku 3,5 godziny w trasie i teoretycznie półmetek już za mną. Bardzo, bardzo ładnie! Bardzo, bardzo ładnie się wywaliłem w kosmos! Zrobiłem to wręcz perfekcyjnie. Zamiast odmierzyć dystans, żeby określić gdzie mniej więcej będę musiał skręcić na północ w stronę PK13, pilnowałem tego, co dzieje się po mojej lewej ręce. Założyłem sobie, że na wysokości zajazdu „Pod Lasem” w miejscowości Wandzin odbiję w prawo  i będzie zajebiście. I tak biegłem, biegłem, biegłem… Zajazdu nie było, a ja przewaliłem swój skręt tak, że aż wstyd. Wszedłem do sklepu, kupiłem coś zimnego do picia, zorientowałem się gdzie jestem, załamałem się myślą o tym, jak cholernie ciężko będzie mi się teraz odnaleźć na mapie (z której to wyleciałem) i potruchtałem dalej. W zasadzie to kolejne 50 minut nie miało w sobie nic z biegu – zataczałem się po lesie, jak pijany leśniczy i starałem się jakkolwiek odnaleźć w terenie. W końcu, jakimś cudem, udało mi się namierzyć na punkt. PK13, mam Cię. Ale co z tego, skoro jestem prawie godzinę w plecy…

Tak wygląda zawodnik, który wylatuje w kosmos...

Tak wygląda zawodnik, który wylatuje w kosmos…

Morale poleciało na łeb na szyję. Koncentracja również. Zamiast pobiec do PK14 jedynym słusznym wariantem, poleciałem wariantem takim, na jaki na pewno nie wpadł nikt tego popołudnia. Po raz drugi na moment znalazłem się poza mapą. Tym razem jednak wiedziałem, gdzie jestem. Wiedziałem też, że jeśli zaraz nie napiję się zimnej wody, to zejdę z tego świata. Na szczęście na mojej drodze pojawiły się dwa sklepy. W jednym kupiłem zimną colę, w drugim zimną wodę. I poczłapałem dalej na podbój wszechświata.

(prawie) walka do (prawie) końca

PK14 osiągnąłem spacerem. Najpierw asfalt w pełnym słońcu, później pole w pełnym słońcu. Potem natomiast bardzo skrupulatna nawigacja. Skrupulatna, ale i skuteczna jednocześnie. Trafiłem idealnie na lampion. Po opuszczeniu okolic punktu na horyzoncie zamajaczyły mi dwie sylwetki. Czyżbym kogoś doganiał? Nie ukrywam, że dodało mi to trochę animuszu. Zapragnąłem jak najszybciej dogonić tych człowieków. Udało mi się to dwa punkty dalej, przy okazji zdobywania PK16, który – na marginesie – był ustawiony totalnie z czapy i w dużej mierze trafiało się na niego przypadkiem (ale to jedyna wpadka budowniczego trasy, jaką zauważyłem). Okazało się, że zawodnikami, których ścigałem są Staszek Kaczmarek, który kończył trasę TP100 i wspomniany już wcześniej Rafał.

Poszukiwania PK17 zapamiętam na długo. Możnaby na ten temat napisać książkę pod tytułem „Jak być 30 metrów od punktu i go nie widzieć”. Ewentualnie „Ciepło. Cieplej. Gorąco. 45 minut poszukuwania spełnienia”. Kolejna, ogromna ilość czasu psu w dupę. W życiu się tyle nie nachodziłem po bagnach, co wtedy. W życiu nie obawiałem się tego, że sam z bagna nie wyjdę, tak mocno, jak wtedy. W życiu nie byłem tak bliski odpuszczenia punktu, jak wtedy. Niby wszystko się zgadzało – wzniesienia, przecinki, mokradła, rów… A jednak coś było nie tak. Istniało jakieś słabe ogniwo. A dokładniej mówiąc, to trzy słabe ogniwa. Daliśmy ciała z nawigacją. Byliśmy w punkcie A, kiedy to wydawało nam się, że jesteśmy w punkcie B, a lampion stał w punkcie Ą. Czyli tuż tuż. Jedno „tuż” to 15 metrów. Czyli byliśmy 30 metrów od PK. Dopiero po co najmniej 45 minutach pojawił się zawodnik, który zaprowadził nas do lampionu niemalże za rączkę. Dramat.

W sumie to dawało już jakieś 1,5h w plecy. Miałem nadzieję, że do końca biegu już nic złego sie nie wydarzy. Zostały trzy punkty do podbicia. Trzy proste przeloty. Przeloty bardziej łydkowe, mniej nawigacyjne. Trochę marszu, trochę biegu  – ciężko było wykrzesać z siebie coś więcej. Ponad 8h na trasie, ponad 50 kilometrów w nogach. Byłem zmęczony – może nie jakoś przesadnie, ale brakowało mi świeżości. Ta jednak pojawiła sie dwukrotnie jeszcze przed metą. Raz przy okazji PK19 – aby dostać się do lampionu, należało wejść do rzeki. Niestety wody ledwo do łydek, ale i tak to było coś, kiedy to powiedziałem „chwilo, trwaj!”. Drugie flow nastąpiło wtedy, kiedy na 2 kilometry przed metą, wyprzedziło mnie trzech zawodników. Najpierw chciałem odpuścić – w końcu w PMnO największe znaczenie ma strata do zwycięzcy, a nie miejsce na zawodach. Coś we mnie jednak nie wytrzymało i po podbiciu ostatniego PK, zacząłem gonić trójcę świętą. Jak się okazało na mecie, moja pogoń była dla nich bodźcem do jeszcze szybszego biegu. Oni po 5:00/km, ja po 5:10/km i w rezultacie zabrakło mi trochę do tego, żeby zamiast na 11., skończyć na 8. miejscu.

A teraz coś, co mnie najbardziej ubodło. Rozdanie nagród, sielska atmosfera, piję piwko i słyszę wyniki. Wyniki mówiące, że zdobywca trzeciego miejsca osiągnął czas 8:15. Dlaczego mnie to ruszyło? Ano dlatego, że ja wbiegłem na metę z czasem 9:29… Ma-sa-kra! Szkolne błędy zadecydowały o tym, że zamiast stać na pudle, mogłem tylko na pudło popatrzeć…
Ale co się odwlecze, to nie uciecze! Sezon dopiero się rozkręca, a przede mną jeszcze ładnych kilka startów. Rzekłem.

Na koniec słowo do Asi Owczarz, z którą to miałem przyjemność nieprzespać nocy w pociągu (bo ciągle gadała): namówiłaś mnie jednak – Grassorze, nadchodzę!:)

Dla zainteresowanych link do MAPY i OS-u.

Podobne wpisy

  1. thriathlon napisał(a):

    Witamy na Ziemi! Z Twoim hartem ducha jeszcze staniesz na pudle. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *