IX Maniacka Dziesiątka. Relacja.

Autor: • 18 marca 2013 • Asfaltowo, Blog, Relacje5 komentarzy2401

Pamiętam wczesną wiosnę (albo późną zimę, jak kto woli) w roku 2010. Wówczas również przyjechałem do Poznania wystartować w Maniackiej Dziesiątce. To była szósta edycja tego biegu. Byłem wtedy totalnie nieopierzonym biegaczem, biegającym w ciuchach i butach, które z bieganiem nie miały nic wspólnego. Pamiętam, że było cholernie zimno. Pamiętam też, że postawiłem sobie za cel złamanie 50 minut, co jak na kogoś, kto zaczął biegać 4 miesiące wcześniej, było sympatycznym wynikiem.

Tak było w roku 2010.

Nabiegałem wtedy niespełna 49 minut i byłem bardzo, bardzo szczęśliwym człowiekiem. Obok znajdziecie zdjęcie z tego biegu. Pragnę zwrócić uwagę na gustowną bawełnianą czapeczkę promocyjną jakiejś firmy budowlanej, za krótkie spodnie dresowe koloru czarnego wpuszczone w getry tego samego koloru. Górna część garderoby to cienka kurtka firmy Campus, której zastosowanie jest zgoła inne, niż bieganie.

Aż trzy lata musiały minąć do czasu, kiedy po raz kolejny stanąłem na starcie biegu, organizowanego przez poznański Klub Biegacza „Maniac”. W tym roku organizatorzy dali biegaczom do dyspozycji całkowicie nową trasę. To już nie były dwie pięciokilometrowe pętle wokół Jeziora Maltańskiego w Poznaniu. Teraz ponad 2000 biegaczy ruszyło w centrum miasta po to, żeby na nowej, szybkiej dziesięciokilometrowej trasie, nabiegać niezliczoną ilość życiówek. Z takim też założeniem pojawiłem się w sobotni poranek w stolicy Wielkopolski.

Wojtek Staszewski namawiał mnie do próby złamania 40 minut. Dla mnie to była abstrakcja, jednak namówić się dałem i z takim nastawieniem stanąłem na starcie. Do soboty moja życiówka wynosiła 42:11 i wiedziałem, że muszę ją pobić bardzo mocno, żeby być usatysfakcjonowanym. Taki plan wymagał ostrego napieprzania od samego początku i psychicznie nastawiałem się na to od dłuższego czasu.

Punktualnie w samo południe rozległ się armatni wystrzał i ruszyliśmy na trasę IX Maniackiej Dziesiątki. Ustawiłem się się dość blisko czoła biegu, więc nie musiałem wyprzedzać nikogo po starcie. A co za tym idzie, mogłem bardzo szybko złapać odpowiednie tempo i rytm biegu. Nogi zaczęły podawać odpowiednio od samego początku, a tętnem w tym dniu się nie przejmowałem – wyłączyłem tę informację na ekranie garmina. Pierwszy kilometr dziabnąłem w 3:54, czyli zgodnie z planem. Drugi, trzeci i czwarty również przeleciały idealnie, pomimo paru zakrętów i kluczenia po mieście: 4:00, 3:57, 3:56. Cieszyłem się, że założyłem na siebie tylko cienką warstwę bielizny termicznej, a na wierzch naramkę Drużyny Szpiku. Mimo, że było dość mroźno (choć bardzo przyjemnie świeciło słońce), wiedziałem, że gdybym ubrał coś innego, to zagotowałbym się jak parowóz. Niczym wspomniany parowóz napierałem dalej – na półmetku padła życiówka na 5 km, 19:51. Piąty i szósty kilometr to czasy po 4:04/km. Ciągle trzymałem się w granicach połamania 40 minut. No, ale żeby nie było zbyt pięknie i zbyt łatwo, przed siódmym kilometrem chwyciła mnie kolka, z którą to zmagałem się w zasadzie do samej mety. Co za tym idzie tempo siadło o parę sekund na kilometrze, co w połączeniu z błotem na ostatnich dwóch kilometrach, spowodowało, że na metę wbiegłem z czasem 40:50.

Z jednej strony jestem bardzo zadowolony, bo przecież życiówka zrobiona, a i ten wynik jest fajnym prognostykiem przed maratonem, który już za trzy tygodnie. Z drugiej strony jednak mam niedosyt – przed biegiem powiedziałem do Mojej Niebiegającej Kobiety, że dzisiaj zadecyduje dyspozycja dnia. I jak się okazało miałem rację. Wiem, że ta czterdziestka jest na wyciągnięcie ręki. Staszewski twierdzi, że na wyciągnięcie ręki jest też wynik poniżej 3:20 w maratonie. I to powinien być mój plan minimum na Paryż, bo z liczydła biegowego na stronie Kancelarii wychodzi, że powinienem zbliżyć się bardziej do 3:15, niż do 3:20.

Sam bieg natomiast polecam z czystym sumieniem. Artur Kujawiński i cała ekipa KB „Maniac” robią kawał świetnej roboty. A trasa, jeśliby trafić na doskonałe warunki (czyli bez błota pośniegowego w końcówce), jest niemalże idealna – na 10 kilometrach podbiegów znajdziemy ze 3 sztuki i to takie, które pokonać można siłą rozpędu.

* * *

Z tego miejsca przesyłam pozdrowienia dla koleżanki-blogerki, Mari, którą to wyłowiłem w tłumie i zagadnąłem, nie mając jednak pewności czy ona to ona! To był jeden z nielicznych momentów w moim życiu, kiedy podszedłem zagadać do kompletnie nieznanej kobiety!:)

Podobne wpisy

5 Odpowiedzi na IX Maniacka Dziesiątka. Relacja.

  1. Maria napisał(a):

    Nasza rozmowa to był bardzo miły akcent tego obfitego w życiówki dnia 😀
    Trasę Maniackiej jak i całą organizację biegu oceniam również bardzo pozytywnie. Gratuluję rewelacyjnego wyniku, a 40 minut na pewno przy następnej okazji złamiesz. Będę śledzić Twoje dalsze biegowe poczynania i kibicować w zdobywaniu kolejnych życiówek 🙂

  2. Bob napisał(a):

    To się cieszę, że spodobał Ci się nasz bieg 😉

  3. Emilia napisał(a):

    Bo jak się zaczyna biegać to nie warto kupować ton odzieży technicznej, trzeba poczekać i sprawdzić, czy się nie znudzi 🙂

    Gratuluję świetnej życiówki. Do złamania 40 min już naprawdę niewiele brakuje.

  4. drproctor napisał(a):

    To może ja też w swojej relacji nawiążę do stroju z 6. edycji? 😉 Gratuluję życiówki, cieszę się, że w końcu poznaliśmy się osobiście i życzę połamania 3:15 w Paryżewie!

  5. doogi napisał(a):

    „rozgrzewkę” mas już za sobą teraz złamać 40 minut to raczej nie problem 🙂 powodzenia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *