IX Bieg Rzeźnika. Relacja. Część pierwsza.

Autor: • 10 czerwca 2012 • Blog, Góry, Relacje, Ultra2 komentarze2009

Przez blisko 80 kilometrów zastanawiałem się, co i w jaki sposób będę mógł na- i opisać w tym tekście. Przez całą trasę z Komańczy do Ustrzyk Górnych budowałem w głowie mniej lub bardziej złożone zdania, które na tamten czas oddawały to, co działo się we mnie lub dookoła mnie. Zastanawiałem się, układałem… i wszystko pozapominałem.
Spróbuję jednak w jak najlepszy sposób oddać to, co spotkało mnie i mojego partnera podczas piątkowego Biegu Rzeźnika. Nie oddam jednak wszystkiego. Ograniczę rozbudowane opisy przepięknej bieszczadzkiej przyrody, nie będę werbalnie przekazywał tego, czego doświadczyły moje oczy i czym się zachwycałem, jak małe dziecko… Nie dlatego, że nie chcę. Tylko dlatego, że chciałbym, aby w kimś zrodził się głód startu i pojawienia się tamże. Głód zmierzenia się ze sobą, z czerwonym szlakiem, z potęgą Bieszczadów…
W Cisnej zjawiłem się już w środę po blisko dwudziestogodzinnej podróży. Wiedziałem, że gdybym pojawił się w czwartek, czyli dosłownie na godziny przed startem, to mogłoby to się zemścić na trasie. A tak, to zdążyłem się jeszcze porządnie wyspać i porządnie odpocząć w czwartek. W czwartkowy wieczór poznałem osobiście Jędrzeja, człowieka z którym miałem w parze pokonać ten morderczy dystans. Do tej pory mieliśmy ze sobą tylko kontakt mailowy i nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji się spotkać na żywo.
W kontaktach elektronicznych „zaiskrzyło” tak, jak powinno, więc – pomimo strachu przed biegiem z nieznaną mi osobą – w gruncie rzeczy byłem dobrej myśli. Kiedy się w końcu spotkaliśmy poczułem, że rzeczywiście jest dobrze i że to będzie fajny bieg. Odebraliśmy pakiety startowe, przekazaliśmy rzeczy na przepaki, zjedliśmy co nieco, wypiliśmy piwo pod dobry start i trzeba było się rozejść. Widmo pobudki przed pierwszą w nocy było straszne…
Sama pobudka również taka była. Położyłem się spać po 20. Myślę, że zasnąłem o 21. A więc za długo to nie pospałem. Wstałem przed 1, zrobiłem kanapki do plecaka + dwie na śniadanie (śniadanie w środku nocy, ta…), przejrzałem dokładnie plecak, upewniłem się czy mam wszystko i można było udać się na miejsce wyjazdu autokarów na start do Komańczy. A start robił wrażenie. Kilkaset osób, które w głowach miały tylko jedno – pokonać Bieszczady, przebiec Bieg Rzeźnika.
Punktualnie o 3:20, w bardzo sprzyjających okolicznościach przyrody, padł wystrzał ze strzelby i cały ten tłum ruszył do przodu z wielką nadzieją, że za kilkanaście godzin zamelduje się w Ustrzykach Górnych na mecie. Zanim jednak to się stanie, trzeba pokonać pięć etapów biegu. Biegu Rzeźnika anno domini 2012!
Etap pierwszy, 17 kilometrów. Komańcza – Przełęcz Żebrak. Początek biegu nie należał do trudnych. Pogoda dopisała. Pomimo tego, że poprzednie dni były bardzo deszczowe, nas deszcz ominął. Szybko pojawiło się wschodzące słońce i szybko zrobiło się na tyle ciepło, że w zasadzie po dwudziestu minutach biegu zdjąłem wiatrówkę i już do samej mety jej nie zakładałem. Pierwszy etap to też relatywnie nieduże przewyższenia. Początek dość płaski w stronę Duszatyna i tamtejszych jeziorek. Następnie podejście pod Chryszczatą. Wszystko szło bardzo szybko i bardzo sprawnie. Czuliśmy się znakomicie, na podejściach panował żwawy krok, na zbiegach i na płaskim narzucaliśmy żwawe tempo. Na Przełęczy Żebrak pojawiliśmy się po około dwóch godzinach. Tam napełniliśmy bukłaki, ja przebrałem skarpetki na suche (bo po drodze dwa razy zaliczyłem strumień) i polecieliśmy w kierunku drugiego etapu.
Etap drugi, 15 kilometrów. Przełęcz Żebrak – Cisna. W moim odczuciu najłatwiejsza część biegu. Etap na którym było najwięcej biegania. Co nie zmienia faktu, że nie obyło się bez bardzo fajnych podejść na Jaworne czy Wołosań. Ale jak wiadomo, kiedy się gdzieś podchodzi, to trzeba też stamtąd zbiec, co było (wówczas jeszcze tak) bardzo optymistyczną myślą. W ogóle w naszych głowach same takie myśli były. Kilometry połykaliśmy bardzo energicznie i w bardzo dobrych nastrojach. Starałem się pamiętać o uzupełnianiu energii, stąd też batony energetyczne i parę kabanosów zostało przeze mnie szybko pochłoniętych. Brać biegowa była już bardzo rozciągnięta. Parę par majaczyło gdzieś za nami, parę przed nami. Sporo ekip wyprzedziliśmy, co mnie z jednej strony cieszyło, ale z drugiej zastanawiałem się, czy aby nie za szybko pokonujemy ten dystans. Tak czy siak było bardzo dobrze.
Głównie na odcinkach z górki, gdzie dyktowałem tempo na zbiegach, a Jędrzej starał się mnie później doganiać (a wyprzedzone ekipy na szczęście nie). Do przepaku w Cisnej dotarliśmy po około czterech godzinach, co dawało nam nadzieję na złamania dwunastu godzin w końcowym rozrachunku. W Cisnej spędziliśmy parę minut. Po raz kolejny zmieniłem skarpetki, a do tego także spodenki z półdługich na krótkie. Ponadto wlałem w siebie puszkę coca-coli (o moim wyposażeniu przepaków później), a do plecaka wsadziłem puszkę napoju energetycznego. Ruszyliśmy dalej, etap trzeci przed nami.
Etap trzeci, 24 kilometry. Cisna – Smerek. Najdłuższy etap w całym biegu. W kilka chwil po wyjściu z Cisnej wiedziałem, że nie będzie lekko. Praktycznie od razu rozpoczęliśmy mozolną wspinaczkę na Małe Jasło. Jędrzej miał już w ręce kijki, które wziął z Cisnej, więc jemu ta wspinaczka przychodziła ze znacznie większą łatwością, niż mnie. Było bardzo stromo. Było błotniście. Było duszno, bo ten fragment trasy przebiegał przez gęsty las. W którymś momencie osiągnęliśmy ten szczyt (piszę „w którymś momencie”, bo po pierwsze nie znam tych gór, a po drugie jakoś nie zwracałem uwagi na nazewnictwo i turystyczną otoczkę tej eskapady, tylko po prostu napierałem do przodu), co ucieszyło mnie bardzo, bo oznaczało to, że do Smereka jest coraz bliżej.
Po jakimś czasie znów nastąpiła wspinaczka w pięknych okolicznościach przyrody. Byłem przekonany, że to już Ferczata, po której miał nastąpić zbieg do Smereka. Niestety, rozczarowałem się, bo w pewnym momencie się okazało, że przed nami jest jeszcze jedna góra, którą trzeba pokonać, żeby móc zacząć cieszyć się długim zbiegiem do miejscowości Smerek, gdzie był usytuowany kolejny punkt kontrolny, a także drugi i ostatni przepak. Mieliśmy już w nogach koło 50 kilometrów, więc zaczęło pojawiać się zmęczenie. Mięśnie dawały o sobie znać, stopy były wymęczone przez mocne uderzenia o podłoże przy zbiegach. Rozsądnie jednak gospodarowaliśmy siłami i ani ja, ani Jędrzej, zupełnie nie czuliśmy jakichkolwiek oznak kryzysu, który mógłby nam popsuć nasze plany (co cieszyło mnie niezmiernie, bo w Rudawskiej Wyrypie kryzys złapał mnie już około 45 kilometra). W końcu udało się dotrzeć do Smereka. Pojawiliśmy się tam po siedmiu godzinach i jako 48. drużyna. Na tym przepaku spędziliśmy więcej czasu, niż w Cisnej. Zmiana skarpetek, zmiana koszulki, bułka z dżemem, uzupełnienie bukłaków, nabranie sił i powoli mogliśmy zacząć zbierać się do wyjścia na przedostatni etap biegu, który rozpoczynał się z wysokiego C, bo czekało nas podejście na Smerek, Osadzki Wierch i do Chatki Puchatka, co po 55 kilometrach nie wzbudzało naszej radości. Ale wyjścia nie było – iść nam kazano, więc poszliśmy. Etapie czwarty, przybywaj!
C.D.N.

Podobne wpisy

Jedna odpowiedź na IX Bieg Rzeźnika. Relacja. Część pierwsza.

  1. Gohs napisał(a):

    Czekam najbardziej na opis podejścia na Wetlinę, ciekawa jestem z której strony wchodziliście/wbiegaliście? 🙂

  2. Kuba (Formatownia) napisał(a):

    Przypomniałeś mi zeszłoroczną wędrówkę po Bieszczadach. Oj chodziło się tam z 80 litrowym plecakiem 🙂 Małe Jasło i Jasło piękne! Połonina Wetlińska piękna. Na Caryńskiej byłem ponad chmurami… też coś niezapomnianego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *