IX Bieg Rzeźnika. Relacja. Część druga.

Autor: • 11 czerwca 2012 • Blog, Góry, Relacje, Ultra8 komentarzy2873

Etap czwarty, 13 kilometrów. Smerek – Berehy Górne. Poza przebraniem się w suche rzeczy i wrzuceniem w siebie czegoś do jedzenia (co z każdym kilometrem było coraz trudniejsze, gdyż żołądek nie chciał przyjmować niczego poza wodą), wypiłem kolejną puszkę coli, a po parunastu minutach od wyjścia z przepaku wlałem w siebie puszkę napoju energetycznego. Taki zestaw stawia mnie na nogi szybko i skutecznie. A tego postawienia na nogi potrzebowałem, bo praktycznie od razu po wyjściu ze Smereka (miejscowości) rozpoczęło się solidne podejście. Podejście o tyle trudne, że w dużej części bardzo błotniste. Buty, mimo że trailowe, zapadały się w błocie, a przez to przyczepność była niemalże zera. Parliśmy jednak do góry wiedząc, że tak na dobrą sprawę, to będzie jeszcze ciężej w późniejszym czasie. W okolicach 60 kilometra, kiedy wyszliśmy z lasu na Połoninę Wetlińską, ukazał się naszym oczom fantastyczny widok. To był Smerek (góra). 

Piękny, zielony szczyt na którego zboczu było widać kolorowy, wolno sunący do góry wężyk biegaczy. My też tam musieliśmy podejść. Mniej więcej od tego momentu na trasie zaczęliśmy spotykać dużą ilość turystów, którzy bardzo gorąco nam dopingowali i wspierali w naszym wysiłku. A podejście pod Smerek proste nie było. Stromo, wietrznie i kamieniście. Widok ze szczytu jednak rekompensował wszystko. Niestety czasu na oglądanie nie było wcale. Przed nami zbieg po bardzo niewygodnej, kamienistej ścieżce, gdzie trzeba było lawirować między piechurami, a następnie kolejne podejście, tym razem pod Osadzki Wierch. Niedługo przed tym podejście pół Bieszczadów usłyszało mój soczysty krzyk. 
W pełnym biegu kopnąłem w kawałek kamienia, którego nie widziałem, co w późniejszym rozrachunku przyniosło utratę kawałka paznokcia. Po Osadzkim Wierchu pozostało ostatnie podejście przed zbiegiem do Berehów Górnych, czyli do Chatki Puchatka. I znów: kamienie, turyści i bolące od tych kamieni stopy. Później natomiast znów błoto, do tego wysokie stopnie, chwiejące się barierki… Bolało. W końcu pojawił się ostatni punkt kontrolny na którym byliśmy po nieco ponad 10 godzinach. Wiedzieliśmy już, że 12 godzin jest nie do połamania, ale 13 ciągle było bardzo realne…
Etap piąty, 9 kilometrów. Berehy Górne – Ustrzyki Górne. Razem z Jędrzejem przez długi czas cieszyliśmy się tym, że nie doświadczamy żadnego kryzysu. Wszystko układało nam się lepiej, niż byśmy zakładali. Jednak podczas pobytu na ostatnim punkcie poczułem, że ktoś wyciągnął mi wtyczkę. Owszem, już wcześniej narzekałem, walczyłem z zaczątkami skurczów (to musiało być naprawdę przedziwne dla mijających mnie osób, kiedy mówiłem sam do siebie lub do swoich mięśni), ale wszystko to było wkalkulowane w wysiłek i wiedziałem, że to przetrwam. Na punkcie jednak pojawiło się coś zupełnie innego. Oparłem się na moment o jakiś płotek, a kiedy ponownie spróbowałem stanąć na nogi stwierdziłem, że nie dzieje się zbyt dobrze. Powiedziałem do partnera, że kryzys zaciska mi łapy na szyi. Jędrzej – zgodnie z tym, co parę dni wcześniej napisałem do niego (a napisałem, że gdybym miał kryzys, to ma mieć to w dupie) – miał to w dupie. Czułem, że rozsypuję się w środku, jak domek z kart. Mimo to miałem świadomość, że zostało nam tylko 9 kilometrów, że nie ma możliwości nawet, żebyśmy się poddali czy cokolwiek innego. 
Aczkolwiek majacząca wysoko w oddali Połonina Caryńska skutecznie nas zniechęcała do wyjścia w dalszą drogę. Ruszyliśmy jednak. Kopanie leżącego – to jest jedyne, co mi się ciśnie na usta, kiedy przypomnę sobie to, co musieliśmy przeżywać na tym odcinku. Wyrywanie jąder rozgrzanymi obcęgami. Masakra i dramat. Nie tylko nasz, ale i innych, którzy mijali nas i których mijaliśmy my. Pod górkę. W słońcu. Stromo jak jasna cholera. Końca drogi nie widać. Żołądek nie przyjmuje izotonika. Rzygać się chce z wycieńczenia. Przesuwamy się w tempie tak żałosnym, że szkoda gadać. Co kilkadziesiąt kroków krótki odpoczynek, po którym i tak wcale nie czujemy się wypoczęci. Kamienie wołają: usiądź na nas i nie wstawaj. Połonina woła: połóż się, śmiało, zaśnij i skróć te męczarnie. Mnie jednak wołała meta. To, że garmin pokazywał, że mamy już za sobą ponad 70 kilometrów sprawiało, że nie miałem ochoty zatrzymywać się na dłużej, niż to konieczne. Na Połoninie Caryńskiej mieliśmy do zaliczenia dwa lub trzy szczyty. W porównaniu do tego, co przeżywaliśmy przez ostatnie półtorej godziny, było naprawdę płasko. Nie wiem skąd, ale mieliśmy siłę biec mimo, że towarzyszył nam zajebiście porywisty wiatr. 
A kiedy okazało się, że przed nami nie ma już żadnego podejścia, tylko sam zbieg do Ustrzyk, poczułem pierwszy napływ biegowego flow. Ostatnich kilka kilometrów. W miarę płasko. Jędrzej wspomaga się jeszcze żelem, ja już nic nie jem i nie piję. Biegniemy, biegniemy! Wbiegamy w las, mocno z górki. Wyprzedza nas kilka par, ja nie mogę przyspieszyć, bo stopy mi zaraz eksplodują. Trzymam się Jędrzeja, który prowadzi i dyktuje tempo. Zakręt za zakrętem, gdzie jest ta meta??? Wybiegamy z lasu, widzę fotografów, widzę ścieżkę! Wyrywam do przodu, nie czuję ani grama zmęczenia! Ostatnich kilkaset metrów, drugie biegowe flow zalewa mi umysł i ciało! Uśmiech do zdjęcia, jeden mostek, drugi, oglądam się za siebie, partner nadąża! Słyszę kibiców, most nad strumieniem, to jest meta! Czekam na Jędrzeja, wbiegamy po schodkach, krzyczę z radości, przekraczamy linię mety wspólnie, padamy sobie w ramiona, dostajemy fantastyczne medale, kładziemy się w trawie, koniec! Pokonaliśmy Bieg Rzeźnika!!!
12 godzin i 34 minuty. Pierwotnie mieliśmy zamiar pobiec na zaliczenie. Kilka dni przed biegiem pojawił się temat łamania 12 godzin. W trakcie biegu okazało się, że to jest realne. 
Ostatnie kilometry pokazały, że jednak nam trochę brakuje, ale i tak powyższy wynik uważamy za wielki sukces. Dwóch kolesi, którzy posiadają znikome doświadczenie, jak idzie o biegi górskie robi taki wynik? 67 miejsce na 232 drużyny? Uważamy, że jesteśmy zajebiści i tyle w temacie!:)

Na koniec kilka informacji. 
Wyposażenie plecaka na starcie: 1,5l izotonika, dwa batony proteinowe, dwa batony zbożowe, trzy kanapki, folia NRC, scyzoryk, trzy plastry na odciski, dwie pary skarpetek, parę kabanosów. Przydało się wszystko poza folią, scyzorykiem i dwiema kanapkami. Wyposażenie pierwszego przepaku: krótkie spodenki na zmianę, koszulka na zmianę, gacie na zmianę, skarpetki na zmianę, baton proteinowy, puszka coli, puszka napoju energetycznego. Przydało się wszystko poza gaciami. Wyposażenie drugiego przepaku: koszulka na zmianę, baton proteinowy, puszka coli, puszka napoju energetycznego. Przydało się wszystko.
Teraz na pewno na drugi przepak zabrałbym parę butów na zmianę, zwiększyłbym ilość coli i napojów energetycznych, żeby po przepaku brać na trasę, zrobiłbym mniej kanapek, wziąłbym więcej batonów proteinowych (z decathlonu, limonkowo-jogurtowe – jak dla mnie rewelacja), na ostatnim przepaku wymieniłbym w bukłaku izotonik na wodę, a przede wszystkim nauczyłbym się chodzić z kijkami, które to na podejściach na pewno byłyby nieocenione. 

Podobne wpisy

8 Odpowiedzi na IX Bieg Rzeźnika. Relacja. Część druga.

  1. Gohs napisał(a):

    Piękna relacja :)) Gratuluję, ogromnie podziwiam i zazdroszczę :)) Chociaż z drugiej strony, wystarczy mi chyba jednak maszerowanie po tych ścieżkach, po których wy biegaliście :;)

  2. doogi napisał(a):

    może kiedyś się na tą trasę z kimś wybiorę, póki co musze tylko gratulować 🙂

  3. Anonymous napisał(a):

    Brzmi bardzo kusząco…:)
    Gratulacje,znakomicie pobiegliście!
    a mam jeszcze „techniczne” pytanie: Garmin wytrzymał te 12:34 h bez problemu? O ile pamiętam, to w instrukcji było napisane, że wytrzymuje do 10.
    pardita

  4. Anonymous napisał(a):

    Super,tylko jak wypadliście z lasu na Wetlińską to Smerek został w tyle….taki drobny szczegół chyba że biegliście w odwrotnym kierunku.

  5. Anonymous napisał(a):

    A chatka Puchatka jest właśnie na Wetlińskiej a nie w Berehach. Przepraszam, oczywiście podziwiam wszystkich, też dopingowałam męża, który ukończył bieg. Chodzi o to żeby ci którzy znają Bieszczady mogli po prostu wyobrazić sobie właściwy przebieg trasy. I podziwiać oczywiście wyczyn wszystkich śmiałków.

  6. Bob napisał(a):

    Ooo stary, ciężko mi się czytało, bo aż czuć Twoje zmęczenie w każdym zdaniu. Na szczęście tak samo jak satysfakcję i dumę z ukończenia, więc git. Moje ulubione zdanie, cytuję „nie dzieje się zbyt dobrze” ;D

    Ciesz się, że masz bieg z głowy i w końcu możesz wziąć się za jakieś normalne biegi typu Everest Marathon ^^”

  7. Lukasz napisał(a):

    siema. super komentarz. poznaje ciebie na zdjeciu. mijalem ciebie, a wkoncu na kilometrze 70 kolano wysiadlo i dupa. w tym roku nie odpuszcze. pozdrawiam po rzeznicku!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *