IV Maraton Karkonoski. Relacja.

Autor: • 8 sierpnia 2012 • Blog, Góry, Relacje12 komentarzy4748

Kiedy z czasem 5:44:cośtam wbiegałem na metę IV Maratonu Karkonoskiego, powiedziałem do dyrektora biegu, Roberta Gudowskiego, że nie będę miał innego wyjścia, jak ocenić tę impreze na co najmniej piątkę z plusem. I faktycznie – wyjścia nie mam. Maraton Karkonoski jest biegiem, który każdy biegacz musi wpisać do swojego kalendarza startów. 
Ale nie tak od razu – mimo tego, że jest on (w moim subiektywnym odczuciu) łatwiejszy od Maratonu Gór Stołowych na przykład, trzeba być naprawdę dobrze przygotowanym do startu w tej imprezie. Jak każdy bieg górski MK jest biegiem niełatwym, co dało się szczególnie odczuć w tym roku za sprawą nowej trasy. Trasy, po której w przyszłym roku będą biec uczestnicy Mistrzostw Świata w Długodystansowym Biegu Górskim.
W Szklarskiej Porębie byłem od poniedziałku. Razem z moim zacnym biegającym kolegą, Sewerynem, zrobiliśmy sobie mały obóz biegowy. REKLAMA. Polecam wszystkim Chatę Biegacza! PO REKLAMIE. Wysokogórskie powietrze, podbiegi, zbiegi, czeskie piwo, polski makaron, naleśniki w Izerach – zgrupowanie, niczym przed olimpiadą.
Czas mijał bardzo szybko, w kalendarzu pojawił się piątek, dzień wcześniej pojawiła się Moja Niebiegająca Kobieta i wszyscy razem, w piątek właśnie, pojawiliśmy się w biurze zawodów po odbiór pakietów startowych. Koszulka techniczna, żel energetyczny, kupka ulotek – standard biegowy. Poprawnie, miło, sympatycznie. Uśmiechnięta obsługa, radosny dyrektor biegu – tak, jak być powinno.
Start w tym biegu traktowałem bardzo treningowo – nie chciałem się zbytnio zmęczyć i wyeksploatować. Wiem, brzmi to abstrakcyjnie, ale start w MK był dla mnie długą, 44-kilometrową wycieczką biegową. Jednym z ostatnich przetarć przed zbliżającym się ultramaratonem. Nie nastawiałem się na żaden wynik, bo i nie miałem żadnego punktu odniesienia. W tym roku biegliśmy bowiem po raz pierwszy nową trasą. Dotychczas trasa Maratonu Karkonoskiego była prosta: Szrenica – Śnieżka – Szrenica. Obecnie startujemy z dołu, ze Szklarskiej Poręby, z dolnej stacji wyciągu narciarskiego na Szrenicę. Następnie podbiegamy do stacji przekaźnikowej przy Śnieżnych Kotłach, a dalej już lecimy tak, jak czerwony szlak nakazuje. 
W sobotni poranek blisko 500 osó pojawiło się na starcie. Pojawili się także krewni-i-znajomi-biegaczy, a także kupa słońca i bardzo wysoka temperatura. Poprzednie dwa dni były deszczowo-burzowe i istniało spore zagrożenie, że sobota również taka będzie. Nie była. Od samego rana świeciło słońce, a temperatura rosła z każdą minutą. Punktualnie o 8.30 dyrektor biegu dał sygnał do startu. Pół tysiąca ludzi wyruszyło na trasę IV Maratonu Karkonoskiego.
Pierwsze 6,5 kilometra, to niemalże ciągła wspinaczka. Fragment od startu do stacji przekaźnikowej przy Śnieżnych kotłach był – w odczuciu chyba większości startujących fragmentem najtrudniejszym. 800 metrów przewyższenia na niespełna 7-kilometrowym odcinku – to musiało być męczące. Miałem to szczęście, że kilka dni wcześniej, razem z Sewerynem, zrobiliśmy sobie próbę generalną i pokonaliśmy ten odcinek. Udało nam się to zrobić wówczas poniżej godziny. Limit na górze wynosił 1:15, więc wiedziałem, że mogę zacząć znacznie wolniej. Nie było co się spieszyć – margines był duży, a wiedziałem, że i tak ci, którzy będą się mocno eksploatować pod górę, zostaną przeze mnie wyprzedzeni w dalszej części biegu.

Na punkcie kontrolnym zameldowałem się po upływie godziny i trzech minut. Spędziłem chwilę przy wodopoju, rozciągnąłem się po wspomnianym podejściu i ruszyłem dalej na podbój Głównego Szlaku Sudeckiego. Trawers po zboczu Wielkiego Szyszaka i docieramy do Przełęczy pod Śmielcem. Temperatura ciągle rośnie, spocony jestem jak świnka, ale czuję sie nad wyraz dobrze. Nawierzchnia szlaku zmienia się bardzo szybko. Czasem duże kamienie, po których można biec bardzo pewnie, a czasem kamienie drobniejsze, bardzo nierówne, do tego wąskie ścieżki i brak możliwości pewnego postawienia stopy. Ale nacieram do przodu, ciesząc oczy fantastycznymi widokami. Szczególnie po dotarciu do odcinka między Czeskimi a Śląskimi Kamieniami. Tutaj po raz pierwszy na horyzoncie pojawiła się Śnieżka, czyli półmetek imprezy. Za Śląskimi Kamieniami rozpoczyna się długie zejście. Najpierw do schroniska Petrova Bouda (spłonęło w 2011 roku), a następnie dłuuuuuuuuuuuuuugi zbieg asfaltem do Przełęczy Karkonoskiej i schroniska Odrodzenie. Na tym zbiegu można było rozpuścić nogi i uzyskać średnią prędkość w okolicach 4 min/km. Przy Odrodzeniu byłem po ok 1:55h biegu. Tutaj był kolejny pić-stop. Zjadłem mały żel, nawodniłem się i ruszyłem w dalszą drogę, cały czas czując się jak na fajnym, lekkim treningu – nie przeszkadzały mi podejścia, nie przeszkadzało mi słońce, nie przeszkadzało mi nic – nawet to, że z tego miejsca miałem jeszcze 30 kilometrów biegu przed sobą. Kolejna wspinaczka. Tym razem trawers zboczem Małego Szyszaka. Napieram bez problemów, czasem wyprzedzam ja, czasem wyprzedzają mnie inni. Świadomie biegnę bardzo asekuracyjnie. Widzę przed sobą Słoneczniki – to dla mnie sygnał, że półmetek coraz bliżej. Niedługo potem następuje chyba najbardziej niesamowity moment biegu – przemierzanie szlaku nad Kotłem Wielkiego Stawu. Największe polodowcowe jezioro w Karkonoszach widziane z góry, obserwowane w biegu i przy świetnej pogodzie robi wrażenie conajmniej kolosalne. Z góry widać schroniska Samotnię i Strzechę Akademicką. Kilometry mijają, czas leci, docieram na Równię pod Śnieżką. Kieruję (dość szybko) kroki w stronę Domu Śląskiego u stóp Śnieżki, gdzie czeka kolejny pić-stop. Izotonik, woda i można rozpocząć mozolne podejście na Śnieżkę. Na szczyt wchodzimy tzw. zakosami. 
Od lipca jest to droga jednokierunkowa, więc turyści nie przeszkadzali we wspinaczce. Ciężko jest – wysoko, gorąco i stromo. Po około 15 minutach jestem na górze. Siadam na moment, przewiązuję buty, wypijam napój energetyczny i ruszam w drogę powrotną. Na zegarku widzę 3 godziny 10 minut. Szybka kalkulacja, szybka ocena sił i dochodzę do wniosku, że mogę śmiało rozmienić 6 godzin w końcowym rezultacie. No, to lecimy. Szybki zbieg Drogą Jubileuszową, zaliczam pić-stop koło Domu Śląskiego, zjadam parę pierników i lecę dalej. Już na tym fragmencie wyprzedziłem kilkanaście osób. Dzwonię do MNK, że będę przed upływem sześciu godzin. Trzymam niezłe tempo nawet na trudnych technicznie odcinkach. Fragmenty szlaku, które sprawiały mi problemy gdy biegłem w stronę półmetka, w drugą stronę są dla mnie cholernie łatwe. Seweryn po biegu stwierdził, że gdy obserwował mnie po tym, jak go wyprzedziłem, to wyglądałem „jak kozica. Albo cep!”. I tak też się czułem – po raz kolejny pokazałem sobie, że opłaca się ćwiczyć zbiegi na treningach. Procentuje to niesamowicie. Połykałem kolejne kilometry bardzo gładko, mówiąc co chwila „uwaga, lewa”. W pewnym momencie zacząłem wyprzedzać tych, których widziałem gdy zbiegali ze Śnieżki wtedy, kiedy ja się na nią jeszcze wspinałem. Dotarłem do Przełęczy Karkonoskiej. To był  32 kilometr. Wiedziałem, że jeszcze tylko 12 i będzie po wszystkim. 
Woda, izotonik, żel i lecimy dalej. Mimo tego, że znacznie przyspieszyłem w drugiej części biegu, ciągle robiłem wszystko z dużym luzem i asekuracją. Ciągle to było treningowe wybieganie. Tym treningowym sposobem leciałem naprzód bez skurczów, bez objawów odwodnienia, bez ściany, bez maratońskiego zmęczenia. Doleciałem do 40 kilometra, Śnieżne Kotły i ostatni pić-stop. Tutaj solidne nawodnienie człowieka, żeby niczego nie zabrakło na ostatnich kilometrach i ruszyłem w stronę Szrenicy, która już pojawiła się na horyzoncie. Zadzwoniłem po raz kolejny do MNK. Powiedziałem, że jeszcze jakieś 20 minut i będę na mecie. I faktycznie – ostatnie kilometry pokonane z tempem w granicach 5:00/km.

A ten najbardziej ostatni kilometr nieco wolniejszy z racji tego, że przed metą czekało jeszcze jedno podejście. Podejście, które jednak pokonywało się biegiem (lub przynajmniej jego imitacją) z wielką radością wypisaną na twarzy i cholerną satysfakcją w sercu. 

IV Maraton Karkonoski ukończyłem na 139 miejscu na 440 zawodników na mecie (a blisko 500 startujących). Średnio na jeża, powiecie? Też tak mówię, ale cieszy mnie coś innego. Mianowicie to, że na 11 kilometrze byłem 254. Na kilometrze 22 byłem 212. Natomiast na 32 kilometrze zajmowałem już 167 pozycję. Od Śnieżki nie wyprzedził mnie nikt. Ja wyprzedzałem natomiast tych, którzy na Śnieżce byli nawet pół godziny przede mną. I to daje mi wielką radość i satysfakcję i sprawia, że jestem coraz to przyjaźniej nastawiony do tego, co czeka mnie za dokładnie miesiąc.

Podobne wpisy

12 Odpowiedzi na IV Maraton Karkonoski. Relacja.

  1. Gohs napisał(a):

    Szaleniec 🙂 Gratuluję tak udanego biegu i podziwiam ogromnie! 🙂

  2. Magdum napisał(a):

    Trasę znam, łaziłam tam trochę i nawet biegaczy widziałam. Ogromna zazdrość to było co czułam kiedy widziałam jak sobie biegają tu i ówdzie. Niesamowicie to opisałeś, aż ma się ochotę wybiec już teraz w góry 😀

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Z chęcią bym nawet teraz poleciał tą trasą raz jeszcze 🙂
      Jak chwilę po Rzeźniku mówiłem, że moja noga więcej w Bieszczadach nie postanie, tak na mecie MK powiedziałem, że chcę więcej! 🙂

  3. Krasus napisał(a):

    Rozłożenie sił w czasie długiego biegu to podstawa, brawo. A powiedz, co masz na myśli o trenowaniu zbiegów? Tak o, po prostu zbiegać w trudnym terenie? Po to, by wyczuć jak stawiać stopy?

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Otóż to.
      Mam fajną miejscówkę, gdzie na 10-kilometrowej pętli w lesie, są bardzo duże przewyższenia, a co za tym idzie sporo podbiegów i zbiegów. Treningi tam rozkładam sobie na dwa: albo aktywnie pokonuję podbiegi, trenując siłę, albo aktywnie pokonuję zbiegi – rozwijanie coraz większych prędkości z górki, coraz pewniejsze stawianie stóp, poprawianie ekonomii zbiegu – im więcej kilometrów z górki, tym widzę lepsze efekty.

    • Krasus napisał(a):

      Marcin, nie kojarzę skąd jesteś, więc pytam: a gdzie tak fajny las masz? W okolicach Wawy to kojarzę Wydmy w Falenicy, podobno są też gdzieś w Lesznowoli, ale może znajdę jeszcze inne;)

  4. Anonymous napisał(a):

    Gratulacje MISTRZU!!!. Myślisz że przesadziłem z Mistrzem? NIE!!!! bo dla mnie jesteś kozakiem. Pozdrawiam Pele.

  5. Emilia napisał(a):

    Tak, rozłożenie sił tak, by utrzymać tempo, albo nawet przyspieszyć, to spory wyczyn. Gratuluję!

  6. Hankaskakanka napisał(a):

    Świetna relacja i gratuluję biegu. Miałam tam być, no ale… 😉 W przyszłym roku! Ps. Gdzie ćwiczyłeś zbiegi na treningach? Zbiegi to moja pięta achillesowa.

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Na szczęście mam dookoła siebie różne pagórkowate tereny, w których da się znaleźć trochę stromizn, gdzie można zbiegi ćwiczyć. Gdyby nie to, że mieszkam tu gdzie mieszkam, to nie byłoby tak różowo w tej kwestii pewnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *