III Bieg Szlakiem Wygasłych Wulkanów. Relacja.

Autor: • 27 czerwca 2012 • Blog, Inne, Relacje11 komentarzy4388

Dzisiaj będzie bardzo krótko i treściwie. Przynajmniej chciałbym, aby tak było. W końcu co można napisać o biegu, który charakteryzuje się tym, że na jego zakończenie człowiek wygląda tak, jak widać na załączonym obrazku, do tego ma ranę ciętą na piszczelu i śmierdzi?
Niemniej jednak spróbuję coś napisać, bo zawody w Złotoryi są zawodami na których na pewno warto się pojawić i dać się sponiewierać w totalnie odjechany sposób.
Co to znaczy „odjechany sposób”? Postaram się to wyjaśnić na przykładzie mnie. Myślę, że będę dobrym przykładem. Impreza w Złotoryi podzielona była na dwa dni. W sobotę, poza wieloma atrakcjami towarzyszącymi, które sprawiają, że warto pojawić się na Dolnym Śląsku razem z rodziną, odbyły się eliminacje do niedzielnego biegu. Zawodnicy podzieleni na kilkanaście grup startowali na trasie o długości około kilometra, na której znajdowało się parę przeszkód. I tak najpierw rów, potem paka ciężarówki, potem kilkadziesiąt metrów opon, później płot, później milicyjna nyska (przebiegamy przez jej środek), następnie auto po którym trzeba przebiec górą, potem wóz z drewnem, a następnie 300 metrów krosu w stronę mety z błotnistym podejściem po drodze. Tak to wyglądało w wielkim skrócie. Wyniki eliminacji przekładały się na to, z której grupy się wystartuje dnia kolejnego. Grup było kilka, a starty następowały w 90-sekundowych odstępach czasu. Nie będę wnikał w organizacyjne szczegóły tego, bo po pierwsze sam nie do końca wiem, jak to wyglądało, a po drugie nie chce mi się, bo to mało istotne jest. Ważne, że startowałem w drugiej grupie. Ważne jest też to, że przez kilka poprzednich dni napierniczało mnie kolano. Zaczął ze mnie wychodzić Rzeźnik. Niemniej jednak ból ustąpił pod wpływem medykamentów i lekkiego treningu, więc mogłem się dać sponiewierać…
Pogoda wyśmienita. Słonecznie, choć może trochę za gorąco. Stojąc na starcie zazdrościliśmy Złotorynianom, który przyszli nas dopingować, tego, że mogą sobie wskoczyć do Zalewu Złotoryjskiego obok którego była baza zawodów. Wiedzieliśmy jednak, że nas też czeka dużo kąpania. W niekoniecznie czystej wodzie. Chwilę po 10:30 poszły konie po betonie. W sumie około pół tysiąca biegaczy  znalazło się na trasie III Biegu Szlakiem Wygasłych Wulkanów. Podszedłem do tych zawodów bardzo treningowo i dość asekuracyjnie (ze względu na kolano). Nie było spinki, nie było ścigania. Ot, aby się pobawić. Rozgrzać się, porozciągać, oddać rzeczy do depozytu, obwiązać buty srebrną taśmą (co było doskonałą decyzją, bo na trasie łatwo było buty zostawić) i można brać się do roboty – nie gwarantuję, że zapamiętałem wszystkie atrakcje i że zapamiętałem je w kolejności występowania, było ich tak dużo, że mogłem się pogubić. Początek biegu, to około kilometr bez przeszkód. Stawka się rozciągnęła i mogliśmy zacząć zabawę. Szybki skok przez płot i kilkadziesiąt metrów czołgania pod siatką. Zaraz potem lecimy: samochody, opony, wóz z drewnem. Następnie pojawiały się przeszkody typowo terenowe – błotniste podejścia pod które trzeba było się wspinać, używając lin, a z których zjeżdżało się na dupie, bo innej opcji po prostu nie było. Ot, lekkie wymęczenie nas przed dalszą częścią biegu. Po trzech kilometrach ponownie przebiegaliśmy przez teren bazy zawodów. Z górki i pod górki po wale, a potem zjazd po mokrej folii na dół. Większość na plecach, ja na klacie – a co! Po tym zjeździe, kiedy byliśmy całkowicie mokrzy, zostało nam nakazane przeczołganie się po piasku. A po piasku hyc do rzeki! Fajnie jest! Kilkadziesiąt metrów po śliskich kamieniach, wychodzimy z wody, wspinamy się na wiadukt kolejowy, hop na dół i lecimy przez paręset metrów szutrem. Dobiegamy do pola, a tam usypane błotniste górki, a pomiędzy nimi błoto po kolana, betonowe rury, którymi trzeba się przeczołgać, potem przeprawa przez jakiś strumień, trochę krosu między drzewami. Ciągle jest fajnie. Jestem brudny, jestem szczęśliwy. Kolano nie dolega, zmęczenia wielkiego brak. Zaczynam wyprzedzać innych, wcale nie przyspieszając. Wolny początek zaczyna przynosić efekty. Kolejne atrakcje na trasie: podejścia i zbiegi takie, które momentalnie przywołały mi na myśl Bieg Rzeźnika. Stromo, błotniście, gęsto od drzew i krzaków. Super!
W pewnym momencie ścieżka zamieniła się w bagno. Nie spodziewałem się, że taką radość może dawać przesuwanie się metr za metrem w wodno-błotnistej mazi, śmierdzącej ogrem, po której pływają roźne, zielone historie. A ile radości daje potknięcie się i zanurkowanie w czymś takim! Polecam! Nie zdążyliśmy dobrze wyschnąć po bagienku, jak trzeba było wskoczyć do strumienia, który z czasem zamienił się taką jakby rzeczkę. I tak jakby trzeba było brodzic w tym przez pi razy drzwi kilometr. Raz wody po kolana, a raz do piersi (dodam, że mam 181 cm wzrostu). Niektórzy płynęli, ja dreptałem. I cieszyłem się, jak małe dziecko tym, że dałem się tak sponiewierać! W końcu wyszliśmy z wody, było już blisko mety. Pokonać jeszcze parę przeszkód – wspiąć się na kontener, potem znów „rzeźnickie” podejścia i zbiegi, następnie po raz kolejny opony, wozy z drewnem i samochody, a następnie płot. A za płotem 300 metrów czarnej, śmierdzącej mazi, w którą się człowiek zapadał czasem i do jajców, o ile to był człowiek rodzaju męskiego. Zanim tam dobiegłem zastanawiałem się, dlaczego jestem taki czysty – przecież na zdjęciach z poprzednich lat wszyscy na mecie byli upieprzeni od stóp do głów. Kiedy wpadłem w tę maź, kiedy wleciałem w te ścieki z Mordoru, to zrozumiałem wszystko. Piękne to było! Po pokonaniu mordorskich pozostałości, trzeba było tylko dobiec do mety, co też uczyniłem z wielką radością i szerokim uśmiechem.
III Bieg Szlakiem Wygasłych Wulkanów, mimo treningowego podejścia, zakończyłem na 113 pozycji na 492 uczestników, co mnie cieszy, choć w tym przypadku nie ma dla mnie wielkiego znaczenia.
Fajnie się pobawiłem, spotkałem znajome osoby, a przede wszystkim odwiedziłem kolejne miejsce na biegowej mapie Polski, które mogę z pełną odpowiedzialnością polecić innym!
Przybywajcie do Złotoryi, dajcie się sponiewierać, warto!

Podobne wpisy

11 Odpowiedzi na III Bieg Szlakiem Wygasłych Wulkanów. Relacja.

  1. A napisał(a):

    Podziwiam. Nie zmiennie.

  2. Anonymous napisał(a):

    Po takiej reklamie będzie trzeba się pojawić w przyszłym roku 🙂

    Pozdrawiam, Mar_jas

  3. Gohs napisał(a):

    Uroczo 😀

  4. Emilia napisał(a):

    A ile kilometrów miał ten bieg?

  5. Emilia napisał(a):

    Aha. To w sam raz na sponiewieranie się w błocie 🙂

  6. pokonać siebie.. napisał(a):

    Fajny blog, będę zaglądał.
    Zapraszam też do siebie 🙂
    http://www.pokonajsiebie.pl
    pozdrawiam

  7. Artur Bednarek napisał(a):

    ciekawe że tyle radości daje człowiekowi taplanie się w błotku i sponiewieranie 🙂 ale wiem o co chodzi,dać się porządnie zmęczyć i poczuć to całym ciałem to jest to co lubią nieliczni 🙂 muszę się tam kiedyś wybrać, a może za 2-3 lata jeszcze bieg rzeźnika a co!
    gratuluję też całkiem dobrego wyniku, jak oglądałem relacje wideo chyba z poprzedniego roku to tam nawet kolejki biegaczy się robiły przed niektórymi przeszkodami a szkoda bo można by powalczyć o lepsze lokaty jeszcze, no ale taka specyfika biegu i tak fajosko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *