Harpagan-51. Relacja

Autor: • 26 kwietnia 2016 • #nbrteam, Blog, Mapa i Kompas, Relacje, Ultra6 komentarzy4362

Klątwa miejsc 7-11 i czasowej straty do podium niewynoszącej więcej niż 20 minut z ostatnich edycji Harpagana, była ciężarem, którego jechałem się pozbyć. Mówiłem to głośno i otwarcie – czas w granicach 5,5 godziny może dać podium i jak nigdy byłem pewien, że mnie na to stać. Od czasu półmaratonu w Gdyni forma poszła w górę i założenie było proste – zniszczyć się i zobaczyć, gdzie się znajduję przed Biegiem Rzeźnika.

Historia zresztą pokazywała, że podium na Harpaganie nie jest czymś niemożliwym. Dokładnie 3 lata wcześniej, w moim trzecim starcie w PMnO, udało mi się wskoczyć na 3. miejsce, wyprzedzając paru mocnych gości. Bardzo chciałem powtórki.

Spokój i opanowanie

Wybiła 7:30 i blisko 200 osób wystartowało na trasę 51. edycji Harpagana. Obsada niezwykle mocna. Kwitowski, Bałchanowski, Sontowski, Słoma, nasz zacny przjyaciel Bąkiewicz, Choiński, Arseniuk, Kaczmarek, Łosiewicz… Grubo, mocno i każdy miał wielką chęć na to, żeby zamieszać i wbić się na harpaganowe podium.

Szczególnie było to widać podczas biegu w stronę PK1, kiedy to zupełnie nikt nie wysuwał się na prowadzenie. Dwudziestu chłopa całą grupą biegło w kierunku pierwszego punktu, zupełnie nie forsując tempa. Tylko spokój mógł nas uratować.

PK1 podbijamy (ja, Słoma, Choiński, Bąkiewicz) jako drudzy i szybko obieramy kierunek na PK2. Śmignęliśmy pewnym wariantem i wbiliśmy się prosto na lampion. Jak się okazało, nie było tam przed nami nikogo. To się w naszej historii wspólnych startów nie zdarzało – zazwyczaj pierwszy punkt był spektakularną wtopą, a później goniliśmy. 

Nakręciło mnie to, że tym razem ktoś goni nas. Po odbiegnięciu od PK2 spotkaliśmy Marcina Sontowskiego i Piotrka Kwitowskiego, którzy chcieli pobiec w zupełnie niewłaściwą stronę. Pokazaliśmy chłopakom, gdzie jest punkt i pocisnęliśmy dalej.

foto: Paweł Ćwidak (STOPA)

foto: Paweł Ćwidak (STOPA)

A cisnęło się fantastycznie. Słońce nad głowami, piękne krajobrazy dookoła i gigantyczna porcja motywacji w człowieku. Tak duża, że trzeba było się stopować i lekko hamować, żeby nie przeginać z tempem biegu.

Z dużym luzem w głowach i nogach goniliśmy do PK3. Kilometr przed punktem nasz ogon nas dogonił. Nie było jednak powodów do przejmowania się. Taktyka była prosta – bez szarpania tempa, z zachowaniem sił na koniec. Przynajmniej taki był plan.

Przewaliliśmy się przez pole, kilkukrotnie czując na własnej skórze, że elektryczne pastuchy naprawdę są elektryczne. Wpadliśmy w las. Kilka chwil na zorientowanie się w terenie, wspólne ustalenie, gdzie się znajdujemy i ogień z dupy. Punkt jest blisko. Na szczęście wszystkie ścieżki nam zagrały idealnie i znów trafiliśmy idealnie w lampion. Szybkie przyłożenie kart do czytnika i ogień z dupy w dalszą drogę. PK3 podbiliśmy jako drudzy.

Taktyka jest istotna

PK4 wszedł bez historii. Spokojny dolot bez szarpania tempa i uspokajanie się, że to dopiero 1/3 wyścigu. Bez jarania się, nakręcania. Do PK5 wybraliśmy bardzo bezpieczny wariant. Najpierw szeroka i wyraźna szutrówka, a później asfaltowy odcinek, lekko skrócony przez las. Znów za naszymi plecami pojawił się ogon, jednak nie przejęliśmy się nim zbytnio. Wypuściliśmy chłopaków przed siebie – dość się naprowadziliśmy, chwila odpoczynku się również przyda.

Zgarnęliśmy PK5 i szybko obraliśmy azymut w stronę PK6. Przewaliliśmy się przez tory kolejowe, znaleźliśmy ścieżkę w lesie i dość skutecznie dostaliśmy się do asfaltowej drogi. Troszkę nie pykło nam zorientowanie się się, w którym miejscu dokładnie się znajdujemy, więc zmarnowaliśmy trochę sił na człapanie po polu. Kilometr przed PK6 minutowa przerwa na siku – wtedy spadliśmy gdzieś w okolice 3-4. miejsca. Wtedy też Słoma odpadł od nas. Zasady są proste – ciśniemy razem, ale jeśli któryś z nas umiera, zostawiamy go sępom na pożarcie. 

foto: ERnO Harpagan

foto: ERnO Harpagan

Ze Słomą spotkaliśmy się jednak kilka minut poźniej, kiedy to tańczyliśmy oberka w okolicach PK6, nie mogąc go namierzyć. Jak się później okazało, robiliśmy to za wcześnie, w rezultacie czego straciliśmy kilka minut i podbiliśmy ten punkt razem z kilkoma innymi zawodnikami. W tym momencie sytuacja była taka, że lider był 20 minut przed nami, a pierwsza dziesiątka skupiła się w jednym miejscu. Mocno.

Nawigacja do PK7 spadła na moje barki. Wyprzedziliśmy po drodze tych, którzy byli przed nami. Wiedziałem, że nie możemy sobie pozwolić na chwilę rozluźnienia. Choć byliśmy już nieco zmęczeni, chciałem pokazać, że jest nam zajebiście, cudownie i generalnie luz. Więc ogień z dupy i do przodu. Bez problemów przewaliliśmy się przez bukowy las, którego ścieżki były zawiłe, pokręcone, zasypane liścmi, a przede wszystkim piękne – złoty dywan, wysokie drzewa, słońce nad głowami i Kargol, który śpiewał pod nosem, że „gdybym miał urodzić się na nowo, gdyby drugą szansę los mi dał, poszedłbym tą samą ślepą drogą, będę taki sam…”. Idealnie.

PK7 podbiliśmy równo z Marcinem Sontowskim, który trzymał się za nami. Oznaczało to tyle, że dalej pewnie będzie megaciekawie. Jest nas czwórka, miejsca na podium zostały dwa. Nie myliłem się.

Byle nie popełnić błędu

Do PK8 wybraliśmy różne warianty. Marcin poleciał zachodnim a my wschodnim brzegiem jeziora. Na niewiele się to zdało, bo niedługo przed punktem ponownie się spotkaliśmy. Zebraliśmy go wspólnie i rozpoczęliśmy kilkukilometrowy przelot do PK9.

Nie chciałem być z tyłu. Trzeba było nakurwiać. Więc to robiliśmy, zostawiając Marcina z tyłu. Trzymał się jednak w zasięgu wzroku. Robiliśmy jednak swoje – metodycznie, krok za krokiem i relatywnie szybko. Wtedy, kiedy biegliśmy, nie schodziliśmy poniżej 5 minut na kilometr, a przecież mieliśmy już blisko 40 kilometrów w nogach. Pięknie było.

foto: ERnO Harpagan

Kilkaset metrów przed punktem chwila zastanowienia. Sontowski nas wyprzedził, poleciał na krechę. Wróciliśmy 100 metrów do ścieżki i podbiegliśmy pod sam szczyt wzniesienia wygodną drogą. Dopiero tam zaczęliśmy podejście między drzewami. PK9 był na szczycie wieży widokowej – tych widoków nie pamiętam. Wchodząc do góry, minąłem Marcina, który zaiwaniał na dół. Moja jedyna myśl: nie pozwolić mu uciec.

Piękny, długi zbieg pozwolił mi odrobić stratę do kilkudziesięciu metrów. Paweł z Błażejem również mnie dogonili i mogliśmy wspólnie kombinować, co robić dalej. Pomysły, warianty, kombinacje alpejskie. Jak biec, jak żyć? Słońce już mocno doskwierało, zmęczenie też. Chciałoby się być już na mecie. Ale jeszcze z 10 kilometrów i jeden punkt do odhaczenia.

Wybraliśmy. Gonimy tym samym wariantem, którym Marcin. Ale bez ścigania się, to jeszcze nie ten moment. Na zmęczeniu łatwo o błąd, a szkoda byłoby go popełnić w tak kluczowym momencie. 

Do samego końca

PK10 położony dość prosto. Po dotarciu do odpowiedniej drogi, wystarczyło trzymać się kierunku. Sontowski raz był 50 a raz 300 metrów przed nami. Taka sytuacja utrzymała się do samego punktu. Wpadliśmy tam razem. Cała czwórka. Pytanie: co dalej? Miałem plan na to, którędy dotrzeć do bazy, ale nie wiedziałem, czy będzie wykonalny. 

foto: ERnO Harpagan

foto: ERnO Harpagan

Nie był, bo droga przez pole, którą chciałem pobiec, była zaorana. Albo jej nie widziałem. Zaczęły się dziwne szachy. Marcin koniecznie chciał biec innym wariantem niż my i czekał, jaką podejmiemy decyzję. Ta mogła być tylko jedna – tniemy na krechę.

Nie wiedzieliśmy, co tam zastaniemy. Czy kanały, które było widać na mapie, będą możliwe do pokonanie, czy będzie to najgorsza decyzja, jaką mogliśmy podjąć. Na szczęście nie była. Włączyliśmy tryb czołgu – aby do przodu, aby do asfaltu. Choiński pierwszy. Ja 100 metrów za nim. 200 metrów za mną Bąkiewicz. I zaczęliśmy się ścigać. Kurwa, bratobójcza walka.

Wbiegamy do Bytowa, Choiński wali na wiadukt. Ja biegnę dołem, przez tory kolejowe. Wyprzedzam go o kilkadziesiąt metrów. Walimy przez miasto bardzo dziwnym wariantem. Dobiegamy do zamku od dupy strony. Wspinamy się na skarpę – Paweł pcha mnie do góry. Wbiegamy na dziedziniec. Patrzymy sobie głęboko w oczy, w tym samym momencie przykładamy karty do czytników, koniec…

Mamy to!

foto: marcinkargol.pl

foto: marcinkargol.pl

5:39 i ex-aequo drugie miejsce razem z Pawłem Choińskim, to wynik, który jest absolutnie doskonały! Po trzech latach ponownie stanąłem na podium Harpagana. Dodatkowo to, że zrobiłem to razem z Pawłem, jest znakomitym prognostykiem przed Biegiem Rzeźnika, do którego zostało już naprawdę niewiele.

A w odpowiedzi na pewne zarzuty z czapy o tym, że „korzystaliśmy z pomocy zająca” i „wieźliśmy się na czyichś plecach”, sugeruję dokładne zapoznanie się z trackami. With love, Marcin.

Podobne wpisy

6 Odpowiedzi na Harpagan-51. Relacja

  1. Krasus napisał(a):

    Ależ pięknie!!! Jaram się czytając to i zazdro, że mnie tam nie było. No ale nie można mieć w życiu wszystkiego, niestety nie można.. 🙂 Wielkie gratulacje za wynik!

  2. Michał napisał(a):

    Nie mam żadnych zarzutów, ale wg. tracków to ominołeś PK7 😉

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Nadajnik parokrotnie gubił sygnał 🙂
      Wszyscy mamy takie momenty, gdzie tniemy idealnie po linii prostej, nie zważając na nic 😉

  3. klisak napisał(a):

    „Kilka chwil na zorientowanie się w terenie, wspólne ustalenie, gdzie się znajdujemy ” – dlatego lepiej jest lecieć samemu, oszczędza się cenny czas na niepotrzebne dyskusje 🙂

  4. Bartek napisał(a):

    Wow, to dopiero przeżycie!

    Super sprawa

    Pozdrawiam,
    Bartek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *