Harpagan-50. Relacja

Autor: • 28 października 2015 • #nbrteam, Blog, Mapa i Kompas, Relacje, UltraKomentarzy (1)2016

Dawno mnie tu nie było (tak samo zaczynałem relację z Zaporowego Półmaratonu). Oj, dawno…

Albo sobie nie potrafię dobrze zorganizować czasu, albo go po prostu nie mam. Ciężko mi powiedzieć. Nowa praca zajmuje mi trochę tego czasu. Do tego pozostały czas wolny staram się wypełnić sobie w miarę jak najszczelniej. Siłownia, ścianka, rzecz jasna bieganie… Mimo że to ponad dwa miesiące, od kiedy NNŚ stwierdziła, że ma inne priorytety w życiu, to ciągle nie udało mi się w pełni ogarnąć tego wszystkiego. I jakoś ciężko mi usiąść do komputera i napisać cokolwiek. A projektów i szkicy pozaczynanych sporo…

logo_erno

Harpagan-50. Impreza z kategorii „must be”. Szczególnie w ostatnich dwóch latach nie wyobrażałem sobie, aby na Harpagana nie pojechać. W tym roku miał to być start szczególny. Szczególny dlatego, że dość mocno nastawiałem się na sukces. Tego słowa akurat nie definiowałem sobie wcześniej, ale wiedziałem, że stać mnie na pudło. I chciałem na tym podium być.
(TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ możecie przeczytać relacje z poprzednich startów na Harpaganie)

Nikogo chyba nie zdziwi, że zebrał się tradycyjny skład poskramiaczy pomorskich lasów – ja, Paweł Choiński i Paweł Słoma. Na Harpaganach biegamy w takim składzie od paru edycji i za każdym razem jest tak samo fajnie. Za każdym razem też pojawiają się babole na pierwszym punkcie…

Jeśli chcesz pobiec z nami, odpal TEN LINK, przyspiesz sobie ile razy potrzebujesz, włącz po prawej stronie pasek postępu czasu i śledź mojego tracka 🙂

Syndrom pierwszego punktu

Lecimy w stronę PK1. Skrzyżowanie przecinek. Syndrom pierwszego punktu, którego tak bardzo się obawialiśmy, pojawił się ponownie. Nie wiem, jak to się dzieje, ale nie dobiegliśmy jeszcze do punktu, a już byliśmy zamotani. Najpierw przecinką w jedną stronę, ogarnianie rzeczywistości, a następnie w stronę właściwą, żeby namierzyć lampion. Strata czasu na samym wstępie demotywuje. Dobra, olać, zapomnieć.

WP_20151016_22_24_39_Pro

Czas na PK2. Trochę na krechę, trochę asfaltem, trochę lasem, ale wpadamy na punkt bezbłędnie. Znowu szukaliśmy skrzyżowania przecinek, więc poszło bezproblemowo. Jeśli mnie pamięć nie myli, to byliśmy na tym punkcie w okolicach 20. miejsca. Czyli było tak średnio na jeża z naciskiem na jeża.

Na kolejny punkt atakujemy tak, jak nam wskazuje kompas. Trafia się jakaś ścieżka, więc nią gonimy. Wypadamy na asfalt, szybko orientujemy się, gdzie jesteśmy. Zaraz za nami, z innej przecinki, wypada kilkanaście osób. Ha, wyprzedziliśmy was, ludzie! A teraz w nogi! Lubię to uczucie, kiedy mam kogoś za plecami, albo kiedy kogoś gonię. Włącza się wtedy we mnie coś, co sprawia, że dostaję sportowego agresora. W drodze do PK3 mogłem się dzięki temu wyżyć, bo przelot przez fantastyczne kilkunastometrowe siodła z niezwykłymi zbiegami i podbiegami, wkręcił mnie na obroty.

Równać do standardów

Co z PK4? Jak do niego dotrzeć. Słoma preferował wariant północny, nam on niezbyt odpowiadał. Demokracja zadziała i polecieliśmy od południa. Wariant dłuższy, dość mocno nieoptymalny, ale pewniejszy. Średnia prędkość w przebieżnym terenie była całkiem rozsądna, więc strata czasowa nie była jakoś specjalnie wielka. I bez specjalnie wielkich kłopotów, po przeczłapaniu 2 kilometrów asfaltem, dotarliśmy do czwartego punktu.

Poza wtopą na PK1, nawigacja szła nam całkiem sprawnie, więc zaproponowałem, żebyśmy z PK4 na PK5 polecieli zgodnie z kompasem. Dobrze to wyszło. Trochę ścieżek, trochę nawigacji, trochę kombinowania, ale w do PK5 dotarliśmy w zasadzie bez problemów. Po drodze zgarnęliśmy parę osób, w tym Sebastiana Reczka. To było dla mnie zaskoczenie, bo byłem przekonany, że będzie bardzo mocno z przodu. Niestety to nie był jego dzień i dwa punkty dalej zszedł z trasy.

WP_20151017_13_10_58_ProPK5 do PK6 to długi przelot, podczas którego prawie się udusiłem ze śmiechu. Zresztą byłem tego bliski niemalże w każdej godzinie napierania. Śmieszkowanie nie przeszkodziło nam jednak w sprawnej nawigacji, zakończonej bezbłędnym namierzeniem PK6. Choć, trzeba przyznać, że punkt wymagał czujności, bo przecinka, na której był położony, nie była zbyt oczywista. Zresztą znaczna część dróg, którymi się poruszaliśmy, była możliwa do rozpoznania tylko dzięki przejaśnieniom w koronach drzew.

Droga do PK7 to kolejny szybki przelot. Bez stresu, bez gubienia się. Ot, dobrze ułożony plan, zrealizowany zgodnie z założeniami. Na PK7, podobnie jak na dwóch czy trzech poprzednich punktach, byliśmy w okolicy pierwszej dziesiątki. Czyli jak na nasze harpaganowe standardy dobrze, ale bez szału. Nie znaliśmy straty czasowej do zawodników przed nami. A szkoda, bo mogłoby to odmienić losy rywalizacji…

4:30/km na ostatnich kilometrach. Za późno!

Wariant z PK7 do PK8 był moim pomysłem i na siebie biorę jego nieudane wykonanie. Choć może wykonanie było całkiem dobre, ale tempo jakim to zrobiliśmy, to była jakaś fataliza. Spodziewałem się czegoś innego i gdybym wiedział, że będziemy biec tak wolno, w życiu bym chłopaków nie namawiał na bieg takim przelotem. Po kilkunastu minutach udało nam się wbić na drogę, z której do punktu mogliśmy polecieć już na normalnej prędkości. I równie prędko udało nam się punkt namierzyć.

Samopoczucie znakomite. Zdrowie idealne. Nogi nie bolą. Zmęczenia zero. A jednak pod skórą czujemy, że coś jest nie tak. W drodze do PK9 otwarcie sobie powiedzieliśmy, że te zawody są jakieś dziwne. Coś było nie tak, ale jeszcze nie wiedzieliśmy co. Dowiedziałem się na mecie…

20151017_152051 (2)
PK9 zgarnięty w towarzystwie kilku osób. Znów włączył się tryb ucieczki. Hasło było proste: spierdalamy. I faktycznie nie potrzebowaliśmy wiele czasu, żeby uciec na kilkaset metrów zaraz po podbiciu punktu, a później systematycznie powiększać przewagę. Na PK10 namierzyliśmy się znakomicie i to był cholernie udany wariant. Zostało tylko kilka kilometrów do mety.

Wybiegliśmy z lasu. Dobiegliśmy do asfaltu. Do bazy zawodów zostały 4 kilometry a na zegarze jakieś 6:44. Słoma wypala z tekstem „dawać, kurwa, łamiemy 7 godzin”. Myślę sobie „co za debil”. Ale ułamek sekundy później stwierdzam, że raz się żyje. Mam siłę, chcę biegać. Lecimy. Choiński zostaje, dotrze na metę parę minut później. Ja ze Słomą gonię w tempie po 4:30/km, mając na liczniku blisko 50 kilometrów. Już wiem, że daliśmy ciała, bo stać nas było na tej trasie (na całym dystansie) na znacznie więcej.

Wpadamy na metę. 7:01. Dużo nie brakło, ale i tak jest fajnie. 9. miejsce, to przecież dobry wynik. I tak myślałem, dopóki nie przeanalizowałem pozostałych czasów.

Znowu o ułamek

Do 3. miejsca zabrakło 20 minut. Dwa-dzieś-cia. Kiedy to zobaczyłem, myślałem, że szlag mnie trafi. Te 20 minut, to jest popierdółka. To jest nic. To jest coś, co mogliśmy bez problemu urwać! Pół roku wcześniej, podczas wiosennej edycji, do podium zabrakło 13 minut. Teraz niewiele więcej.

Dlaczego tego nie zrobiliśmy? Dlaczego nie pocisnęliśmy mocniej? Czort wie…

WP_20151017_14_39_21_ProNie było spinania się. Zniknęła po drodze presja. Zniknęłą chęć walki na śmierć i życie. I, tak mi się wydaje, bez tego wszystkiego, nogi nie niosły tak szybko, jakbyśmy chcieli. Albo inaczej: nie zmuszaliśmy nóg do takiego wysiłku, jaki byłby potrzebny, żeby zająć miejsce w czubie klasyfikacji…

Jednego na pewno się dowiedziałem po tych zawodach. Nie jara mnie przybieganie w pierwszej dziesiątce. To już za mną. Kiedyś cieszyłem się z miejsc 7, 8 czy 9. Stać mnie na więcej. I chcę więcej. Rzekłem.

Podobne wpisy

  1. […] 28 października 2015 | Harpagan-50. Relacja […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *