Harpagan-49. Relacja

Autor: • 22 kwietnia 2015 • #nbrteam, Blog, Mapa i Kompas, Relacje4 komentarze3196

Kocham Kaszuby. Kocham tamtejsze lasy, jeziora, powietrze i wszystko to, co sprawia, że czuję się tam jak ryba w wodzie. To się tyczy całego Pomorza. Najpiękniejszy region w Polsce. A jeśli pojawia się okazja na to, aby w tych lasach i nad tymi jeziorami poszukać punktów kontrolnych, oddychając tamtejszym powietrzem, to staję się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Taka okazja pojawia się co 6 miesięcy – bo właśnie co pół roku organizowany jest Harpagan. Kilka dni temu odbyła się jego 49. edycja.

Razem z najlepszą-narzeczoną-na-świecie do Kalisk dotarliśmy w piątkowy wieczór. Chwilę pokręciliśmy się w biurze zawodów i pojechaliśmy 30 kilometrów dalej, do przeuroczej miejscowości Wdzydze Kiszewskie, gdzie mieliśmy własną bazę noclegową. Kolacja, pakowanie i spać, bo moja trasa – 50 kilometrów – startowała o godzinie 7:30. Oznaczało to pobudkę przed 6 rano. Nienawidzę tego.

foto: marcinkargol.pl

foto: marcinkargol.pl

Wstaliśmy jednak i pojechaliśmy na start. Co mnie cieszyło najbardziej to to, że Kasia również tego dnia pojawiła się na trasie jako zawodniczka. Walczyła na dystansie 25 kilometrów i startowała 2 godziny po mnie. To był jej wielki powrót do startów w zawodach. Do formy z 2012 roku, kiedy to z wielkim luzem przebiegła Bieg Rzeźnika jeszcze daleko, ale przed startem mówiłem, że 4 godziny są w jej zasięgu. Czy się pomyliłem? Stay tuned!

Po co biec wolno, kiedy można biec szybko

Póki co skupmy się na mnie, Pawle Choińskim i Pawle Słomie, czyli trójcy świętej, która – co się okazało pół roku wcześniej na Harpaganie-48 – lubi i potrafi ze sobą biegać. Lubi też wypadać w kosmos na pierwszym punkcie. Parę miesięcy temu taki wypadek kosztował nas kilkadziesiąt minut. Tym razem skupienie było duże i już chwilę po przewaleniu przecinki, w którą mieliśmy skręcić, zorientowaliśmy się, że jesteśmy na dobrej drodze do powtórzenia zeszłorocznego wyczynu i ten błąd naprawiliśmy. PK1 za nami.

PK2 to prosty przelot i oczywisty punkt. Wszedł on bez większej historii. Co ważne to to, że podczas biegu nie schodziliśmy z tempa rzędu 4:50-5:00/km. W sumie taki plan mieliśmy z Pawłem Ch. Obaj chcieliśmy się zniszczyć, a do tego ja, po sukcesie w Róży Wiatrów, zastanawiałem się, jak długo mogę napierać bez zwalniania i wprowadzania zbędnych elementów taktycznych, jak np. oszczędzanie sił. Po co to komu w ogóle?

Z blogęrami! (foto: marcinkargol.pl)

Walimy do PK3. Ścieżka niknie obok posesji. Część zawodników za nami szuka innej drogi. Ja prowadzę nasz tramwaj przez ogródek bez ogródek. Wpadamy na zarośniętą przecinkę, a chwilę później dolatujemy do drogi, która wyprowadzi nas na trzeci punkt kontrolny. Niewiele zabrakło, a w tym momencie wyścigu doszłoby do potrącenia biegacza przez rogacza marki sarna, rocznik (na oko) 2013. Oczywiście potrąciłby mnie, a wystarczyłoby, abym był 10 metrów dalej, niż byłem. Do zdarzenia na szczęście nie doszło i wszyscy szczęśliwie (włącznie z sarną) pobiegliśmy w stronę PK3.

Trzeci punkt kontrolny, położony nad Jeziorem Wygonin. Miejscówka taka, że aż chciało się oddać chipa, otworzyć piwo i zostać tam na cały dzień. Niestety nie mogliśmy tego zrobić, bo czas nas gonił! I konkurencja deptała po piętach. Szybko się odbiliśmy i pocisnęliśmy w stronę PK4. Chociaż „w stronę” to za dużo powiedziane…

Pierwsze stracone minuty

Droga nam się skończyła. A w zasadzie nie udało nam się trafić na tę przecinkę, na którą chcieliśmy i na której musieliśmy się znaleźć. Kompas, mapa, azymut. Jadziemmm! Minutę później dobiega do nas Piotrek Kwitowski. A to niespodzianka! Gonimy dalej razem. Na drugiej przecince, którą przekraczaliśmy, ruszyliśmy na północny zachód. W sumie teraz nie wiem po co. A później na zachód – to już sensowniejszy kierunek. Wypadamy na skrzyżowanie. Konsternacja. Doznaję olśnienia, wiem gdzie jesteśmy! Kompas, mapa, azymut. Jadziemmm! Po paru minutach i zdecydowanie za długim czasie od podbicia PK3 zjawiamy się przy PK4. Zadowolenie z tego wariantu było co najmniej średnie.

Tak wygląda zmęczony Paweł Ch. (foto: marcinkargol.pl)

Długi dolot do PK5 bez historii. Noga za nogą i tempo ciągle na właściwym poziomie. Niedługo przed PK5 strzeliliśmy półmaraton w nieco ponad 2 godziny. Nieźle było, naprawdę nieźle. Piik-piik na punkcie i chwila zastanowienia jak dotrzeć do PK6, do którego ciężko nam było wymyśleć najoptymalniejszy wariant. Parę sekund później ruszyliśmy do przodu. Z przodu majaczyła nam sylwetka Piotrka Kwitowskiego. A że Piotrek jest i szybkim biegaczem i dobrym orientalistą, wiedzieliśmy, że jest w sumie nieźle. Choć, patrząc na listę zawodników na punktach, którą zapisywali wolontariusze, trzymaliśmy się w okolicach końca pierwszej dziesiątki.

PK6 coraz bliżej. Zmęczenia jeszcze brak, mimo że Słoma zaczyna gadać z psami, które chcą nas pogryźć, gdy przewalamy się przez jakieś gospodarstwo. Było to jednak na tyle skuteczne działanie, że żaden z nas nie skończył z kundlem w łydce lub tyłku. Do punktu dolecieliśmy w tym samym momencie, w którym dotarł do niego Krzysiek Arseniuk, który na mecie zameldował się z trzecim wynikiem. Piiik-piiik, go, go, go!

Powaga sytuacji

To były inne zawody od tych sprzed pół roku. Wówczas robiliśmy dużo zdjęć, opowiadaliśmy sobie obleśne dowcipy, gadaliśmy hashtagami. A teraz? Owszem, rozmawialiśmy. Owszem, śmialiśmy się. Ale nie traciliśmy czasu na pierdoły! Nie wiem co było tego przyczyną, ale skupienie i chęć walki w grupie były wielkie. Przynajmniej u mnie i u Choińskiego. A Słoma się do tego dostosował, przez co zadanie jakie przed sobą postawiliśmy (a mówiliśmy otwarcie: podium), nabrało wielkiej wagi.

PK7. Kiedy teraz patrzę na mapę, widzę jak źle naszliśmy na ten punkt. Kosztowało nas to kilka minut, które w połączeniu w tymi minutami z przelotu między PK3 a PK4 mogłby być kluczowe. Niemniej jednak podbiliśmy tę siódemkę i rozpoczęliśmy (chyba w odczuciu nas wszystkich) natrudniejszy etap biegu. To był 36 kilometr. Byliśmy na trasie ledwie 3 godziny i 50 minut. W życiu nie biegłem tak szybko podczas pięćdziesiątki na orientację! A tu jeszcze trzeba było przycisnąć. Do PK8 mieliśmy około 8 kilometrów. Straaaaasznie dużo. Zaczęły się również pierwsze kryzysy…

Boli, ale biegnę

foto: Paweł Pakuła

To był moment, kiedy i ja i Paweł Ch. zaczęliśmy lecieć na rezerwie. Pierwszy do rezerwy zszedł Paweł. Nie wiem czym i jak, ale dotankował się po drodze. U mnie poziom paliwa stopniowo spadał i w okolicach PK8 zacząłem biec na oparach. Na około ośmiusetmetrowych dolocie i jednocześnie powrocie z miejsca, gdzie leżał PK8, minęliśmy wszystkich, którzy byli przed nami – od 3. do 8. miejsca! Krzysiek Arseniuk, Kwito, Staszek Kaczmarek i cała reszta. To się nie zdarza, żeby na 44. kilometrze pięćdziesięciokilometrowego biegu na orientację odstępy w pierwszej dziesiątce były tak niewielkie! Gonić, gonić, gonić!

Kurde, nie mam siły gonić! Złapaliśmy PK9. Po raz trzeci lub czwarty tego dnia miałem czuja nawigacyjnego i w odpowiednim momencie wyprowadziłem towarzystwo na właściwe tory, dzięki czemu praktycznie każdy punkt zdobywaliśmy z buta. Jeden punkt do końca. 5 kilometrów do końca (czy ja wspomniałem, że maraton pokonaliśmy w 4:30?). Nie mam paliwa. Wyganiam chłopaków do przodu, oni nie chcą. Słoma krzyczy, motywuje, dopinguje, puszcza mi muzykę. Skąd on ma siłę? Choiński też ma siłę. Odzyskał wigor i też jest 200 metrów przede mną. Dlaczego oni nie biegną do mety?!?

Tego jeszcze nie było

PK10 podbity! Chwilę wcześniej zadzwoniłem do Kasi. Raz, że chciałem się dowiedzieć, czy narzeczona mi się nie zgubiła w nieznanym lesie, a dwa musiałem trochę jej ponarzekać. Dowiedziałem się, że niedługo też będzie na tym punkcie. Nie czekam jednak, bo do mety mamy jakieś 2 kilometry, a na zegarku 5:47! To musi być moja pierwsza pięćdziesiątka, podczas której zejdę poniżej 6 godzin! Musi! Lecę więc przez las. Choiński przede mną, Słomę straciłem z oczu. Nie mam paliwa, ale przyspieszam, żeby zgubić ogon. Uda się! Przebiegam przez parking, przyspieszam jeszcze bardziej! Aaaaa!!!! Wpadam na metę, odbijam chip, przytulam Słomiaka, kładę się obok Choińskiego, umieram na śmierć.

foto: marcinkargol.pl

Cóż to był za bieg! Zawodnicy z pierwszego i drugiego miejsca byli poza zasięgiem i przybiegli w 4:55 i 4:59. Ale to, co dzieje się dalej w klasyfikacji końcowej, to coś niesamowitego!

3. miejsce – 5:43. 4. miejsce – strata 1,5 minuty do podium. 5. miejsce – strata 6 minut do podium. 6. miejsce – strata 7 minut do podium. 7. miejsce – strata 9 minut do podium. 8. miejsce – strata 10 minut do podium. 9. i 10. miejsce (Słoma i Choiński) – strata 13 minut do podium. 11. miejsce (ja) – strata 14 minut do podium i czas 5:57:19

Masakra jakaś! Nigdy nie spotkałem się z czymś takim!

Najważniejsze na koniec

Najlepsza narzeczona na świecie! (foto: marcinkargol.pl)

Nie zmienia to faktu, że jestem przeokrutnie szczęśliwy! Po pierwsze dlatego, że udało mi się wybiegać kosmiczny czas (naprawdę uważałem, że >6 godzin w pucharowej pięćdziesiątce to dla mnie coś nieosiągalnego), a po drugie dlatego, że Kasia na trasie TP25 zajęła 3. miejsce wśród kobiet, przybiegając na metę z czasem 4:07! Hip hip, hurra! Teraz mamy dwa puchary z Harpagana na półce!:)

I tradycyjnie możecie ZROBIĆ KLIKU-KLIKU TUTAJ i obejrzeć tracka z biegu 🙂

Podobne wpisy

Jedna odpowiedź na Harpagan-49. Relacja

  1. Paweł Choiński napisał(a):

    Za pół roku Harpagan50! Będzie pudło! 😀

  2. smerf Maruda napisał(a):

    Skoro tak kochasz Kaszuby, to dlaczego w większości biegłeś po Kociewiu 😉

  3. […] ale wiedziałem, że stać mnie na pudło. I chciałem na tym podium być. (TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ możecie przeczytać relacje z poprzednich startów na […]

  4. […] miejsc 7-11 i czasowej straty do podium niewynoszącej więcej niż 20 minut z ostatnich edycji Harpagana, była ciężarem, którego […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *